|
Jedynym filmem z prezentowanej w Gdyni panoramy kina z Europy Wschodniej, jaki udało mi się obejrzeć, było najnowsze dzieło (2010) Šarunasa Bartasa Obywatele Eurazji. Bartas, wierny estetyce i tematyce kina modernistycznego reżyser tworzący głównie na Litwie, uchodzi za jednego z najważniejszych twórców regionu obok Sokurowa czy Tarra. Piszę „uchodzi”, gdyż jego twórczość znałem dotychczas głównie z omówień – była ona prawie zupełnie nieobecna w Polsce – widziałem jedynie nowelkę składającą się na film Visions of Europe (wyprodukowany przez Zoentropę z okazji rozszerzenia UE zbiór filmów z każdego kraju nowej, powiększonej Unii) pt. The Kids Are All Right. Nowelka Bartasa zupełnie zachwyciła mnie swoją mroczną poezją, cudownie „gnilnymi” obrazami wczesnojesiennego litewskiego lasu stającego się magiczną przestrzenią dla dwójki dzieci.
W kontekście przypisywanego Bartasowi „modernizmu” Obywatele są filmem zaskakującym – to świetne, mroczne kino gatunkowe utrzymane w konwencji neo-noir, równie dobrze nakręcić mógłby je np. Aleksander Bałabanow. Występujący w filmie bohaterowie (gangsterzy, postacie kobiece), czy nawet sposób gry odtwarzającego w filmie główną rolę Bartasa przywodzą zresztą na myśl kino twórcy obu części Brata. Choć w filmie Bartasa spójną narrację kina czarnego rozbijają wizyjne ujęcia wschodnioeuropejskich krajobrazów: brzozowych lasów, jezior, dróg pokrytych wiecznie kałużami i śniegiem, stawów zaludnianych przez bure ropuchy itd. Bohaterem filmu jest Gena, gangster żyjący we Francji, pracujący w przestępczej organizacji zajmującej się przemytem narkotyków i handlem nimi. Organizacja działa na terenie rozciągającym się od Europy Zachodniej po Wilno i Moskwę, którą to przestrzeń zaludniają ludzkie odpady po sowieckim imperium. Po jego upadku dawni obywatele mogli wybrać albo dostosowanie się do brutalnej rzeczywistości (i utożsamienie się z wpisaną w nią przemocą), albo całkowitą pauperyzację. Gena popada w konflikt z dawnymi kolegami, wikła się z nimi w konflikt i musi walczyć o swoje życie. Walcząc o nie, popada w konflikt z prawem kilku państw, w tym znajdującej się na trasie jego ucieczki Polski. W dodatku uwikłany jest w erotyczny trójkąt z dwoma kobietami: Francuzką Gabrielle i moskiewską prostytutką, Szaszą.
Polski tytuł filmu niestety wypacza sens oryginalnego – Indigène d’Eurasie (Bartas nakręcił film głównie za francuskie pieniądze) – czyli tubylcy, nie obywatele Eurazji. Po upadku „imperium zła” tym właśnie stali się – mówi film Bartasa – jego dawni mieszkańcy. Na pewno nie „obywatelami Europy”, jak obiecywali nam intelektualiści kapłańsko nadzorujący tranformację.
Bartas demitologizuje zresztą także samą Europę. Część akcji dzieje się w Paryżu, który na ekranie w zasadzie niewiele różni się od przestrzeni posowieckiej. Dla „tubylców Eurazji” jest tak samo obcy i wrogi bohaterom, jak blokowiska Moskwy. Bartas świetnie to sygnalizuje w ujęciach ustanawiających Paryż jako miejsce akcji. Nie pokazuje miasta z punktu widzenia ikonicznych, turystycznych miejsc. Zamiast tego na pierwszym planie widać szare, niegościnne blokowiska paryskich przedmieść (przypominających te z Wilna, czy Kazania), dopiero gdzieś w tle majaczy Wieża Eiffela. Bartas tworzy fascynujący pejzaż świata człowieka „posowieckiego” – nie ma w nim ani nostalgii za tym, co minęło, ani żadnej nadziei. Mimo wyraźnych odniesień do Stalkera Tarkowskiego (zwłaszcza w scenach, gdy bohater ucieka przed swoimi dawnymi kolegami i polską policja przez lasy Suwalszczyzny), film pozbawiony jest także jakiejkolwiek perspektywy religijnej czy transcendentnej. Wszystko rozgrywa się tu w materii, w królestwie pożerających się i pożeranych zwierząt, którego częścią są ludzie, zwłaszcza tubylcy Eurazji.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...