|
Bułgaria i Rumunia to dwa najbiedniejsze państwa Unii Europejskiej. A jednak, jak pokazuje tegoroczny WFF, powstaje tam naprawdę dobre kino, które w żadnym wypadku nie musi czuć się ubogim krewnym wielkich europejskich kinematografii.
Kino rumuńskie od dawna ma już wyrobioną markę w międzynarodowym obiegu festiwalowym. Złota Palma dla Czterech miesięcy, trzech tygodni i dwóch dni Cristiana Mungiu w 2007 roku otworzyła światu oczy na powstające w Rumunii kino. Wszystkie odnoszące międzynarodowe sukcesy filmy stamtąd wiele łączy: niski budżet, surowa, naturalistyczna, estetyka, długie ujęcia, dedramatyzacja. To filmy kameralne, intymne, niespektakularne. W takim estetycznym idiomie utrzymany jest także Kochanek Cătălina Mitulescu. Film Mitulescu zawiera w sobie elementy kina gatunkowego: świat zorganizowanej przestępczości, kryminalną zagadkę, policyjne śledztwo. Ale na ekranie nie krystalizuje się charakterystyczna dla kina policyjnego czy gangsterskiego struktura dramaturgiczna, żaden z wątków nie zostaje do końca rozwiązany, a zamiast charakterystycznych dla tych gatunków filmowych atrakcji i sensacji otrzymujemy kameralny dramat.
Kochanek rozgrywa się w małej miejscowości niedaleko Konstancy. Trochę to wieś, trochę miejscowość letniskowa (do morza jest kilka kilometrów), trochę małe miasteczko. Zapuszczone, senne, sprawiające wrażenie beznadziei – każdy kto ma dość energii albo już stamtąd uciekł albo właśnie zamierza. Po miasteczku błąka się Luca, młody mechanik samochodowy próbujący założyć swój własny warsztat. Jednak prawdziwym źródłem utrzymania chłopaka jest współpraca z gangiem sprzedającym kobiety do domów publicznych w Europie Zachodniej. Luca, przystojny mężczyzna wyglądający jak gwiazdor idealny do odgrywania ról „latynoskich kochanków”, rozkochuje w sobie młode, naiwne, dziewczęta z okolicy, pozbawione wykształcenia, pracy, perspektyw. Gdy one są już gotowe oddać za niego życie, zaczyna przed nimi udawać, że mafia ściga go za długi – przerażone dziewczyny godzą się prostytuować, by ratować go przed – jak wierzą – pewną śmiercią.
Mitulescu przedstawia to wszystko w zdystansowany sposób, nie interesuje go wgłębianie się w motywacje postaci, pokazuje tylko ich zachowania, interakcje ciał. Większość filmu to historia tego, jak Luca rozkochuje w sobie młodą dziewczynę – Veli. W Kochanku świetnie widać całą cielesną, erotyczną, dynamikę tych dwojga – duża w tym zasługa świetnie obsadzonych, wiarygodnych aktorów – Georgego Pistreeanu i Ady Condeescu. Jako widzowie zastanawiamy się nawet przez chwilę, czy tym razem emocje, namiętności Luci nie są szczere – ale gdzieś tam cały czas wiemy, jaki los czeka dziewczynę. Nie ma ona zresztą przed sobą żadnych innych szczególnie jasnych perspektyw: mieszka w domu z ponurymi braćmi i prymitywnym, autorytarnym ojcem-rzeźnikiem, związek z Lucą wydaje się dla niej ucieczką od beznadziei życia, jaką ofiarowała jej rodzina.
Mitulescu pokazuje upadły, skarlały świat, gdzie instrumentalizacji, uprzedmiotowieniu, przemocy ulega to, co najbardziej intymne – miłość, seksualność, cielesność – i to w wyjątkowo brutalny, najbardziej bezpośredni sposób. A przy tym świat portretowany przez Mitulescu jest nie tylko moralnie odrażający, ale gdzieś tam też piękny, młody, pełen witalnej siły, zmysłowości – co czyni jego upadek jeszcze bardziej przerażającym.
Kochanek jest nie tylko obrazem nędzy peryferii zjednoczonej Europy, ale także ciekawym obrazem męskości i kobiecości. Luca jest z jednej strony mężczyzną bardzo silnie zidentyfikowanym z tradycyjnym, maczystowskim wzorcem: wykonuje zawód mechanika, stawia się ponad zwykłymi regułami i opinią społeczną, wygląda jak typowy „południowy kochanek”, bez trudu i niemal bez słów zdobywa kolejne kobiety. Ale jednocześnie właśnie ta jego tak „silna męskość” feminizuje go – to on w tym filmie jest przede wszystkim obiektem pragnienia (i spojrzenia kamery podziwiającego jego cielesność) kolejnych uwodzonych kobiet – co odwraca tradycyjny, opisywany przez feministyczne badaczki filmowy schemat, gdzie to kobieta (zarówno na poziomie fabuły, jak i spojrzenia kamery) jest obiektem pragnienia. W pewnym sensie Luca strukturalnie pełni w filmie rolę femme fatale. Wciągając kolejne dziewczyny w sidła sutenerów, Luca sam się prostytuuje. Dawno nie widziałem w kinie tak mrocznego, zimnego, pozbawionego złudzeń, a przy tym pełnego pewnego poetyckiego piękna filmu o związkach seksualności, miłości, intymności i różnych form przemocy.
Avé, debiut Bułgara Konstantina Bojanova – choć mamy w nim samobójstwo, historię dziewczyny zdradzającej ukochanego z jego najlepszym przyjacielem i narkomana umierającego od przedawkowania heroiny – jest filmem nieskończenie bardziej optymistycznym. Bojanov realizuje film w konwencji amerykańskiego kina drogi. Na trasie wylotowej z Sofii spotykają się dwaj młodzi ludzie, student rzeźby i młoda dziewczyna. Łapią jednego stopa i wspólnie wyruszają na wędrówkę przez całą Bułgarię. On jedzie na pogrzeb przyjaciela, który popełnił samobójstwo, ona szuka brata, który uciekł z domu. Po drodze mijają smutny, biedny kraj, spotykają chłopów, kierowców tirów, włóczących się młodych ludzi, narkomanów itp. Chłopak milczy, dziewczyna ciągle mówi – kierowcy każdego pojazdu, jaki zabiera ich w trasę opowiada inną historię swojego życia, sprawia wrażenie nadpobudliwej mitomanki. Ale i jej gadatliwość i jego milczenie są sposobami na ucieczkę przed ciężką prawdą, z jaką będą się musieli zmierzyć. Choć chłopak i dziewczyna ciągle się sprzeczają, widać między nimi wielkie erotyczne napięcie, ale także rosnące przywiązanie, przyjaźń czułość. Wszystko zrobione lekko, bez zadęcia, bardzo sprawnie opowiedziane, filmowo ładne, świetnie zagrane przez Anjelę Nadjalkovą i Ovanesa Torosyana. Mały film, a cieszy.
Historia opowiadana przez Bojanova równie dobrze mogłaby rozgrywać się w każdym miejscu na świecie, nietrudno wyobrazić sobie dokładnie identyczny film, gdzie noszący anglosaskie imiona chłopak i dziewczyna przemierzaliby np. amerykański Środkowy Zachód. Nie jest to zarzut, Bojanov świetnie czuje konwencję, doskonale łączy globalne kody estetyczne z lokalnym krajobrazem. Nie miałbym nic przeciw podobnym połączeniom także w naszym kinie.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...