|
Trudno o bardziej oczywisty symbol degrengolady współczesnej demokracji liberalnej niż Silvio Berlusconi – całkowite wyparcie jakichkolwiek politycznych treści przez marketing; nowy populizm odwołujący się nie do gniewu wykluczonych, ale egoizmu klas średnich; podporządkowanie państwa nawet nie wielkiemu biznesowi, ale jednemu przedsiębiorcy; a na dodatek finansowe, kryminalne i obyczajowe skandale. Berlusconi i berlusconizm wydaje się idealnym tematem dla kina. Jednak z przyczyn oczywistych (pozycji Berlusconiego jako szefa rządu i medialnego potentata) kino nie podejmowało zbyt często tej tematyki (wyjątkiem jest Kajman Nanniego Morettiego).
Prezentowany na WFF film Giulio Manfredoniego Jakiśtam, choć o Berlusconim nie wspomina ani słowem, to nie daje się czytać inaczej niż alegoria berlusconizmu. Bohaterem filmu jest Cetto Jakiśtam (po włosku Cetto Quelunquemente) szemrany przedsiębiorca z południa Włoch, powiązany z miejscowym środowiskiem przestępczym i Kościołem. W pierwszej scenie filmu grupa notabli (przestępców, przedsiębiorców, księży, urzędników) z rodzinnego miasteczka Cetto – nadmorskiego kurortu w Kampanii – decyduje się wystawić go jako swojego kandydata na burmistrza przeciw kandydatowi startującemu pod hasłami walki z korupcją i praworządności. Trudno nie dopatrzyć się tu analogii z postawą włoskich elit gospodarczych, które po tym, jak w wyniku walki z korupcją w ramach akcji „czyste ręce” rozwalił się we Włoszech system partyjny zabezpieczający ich interesy, postawiły na Berlusconiego – człowieka znikąd, już wówczas powszechnie oskarżanego o mętne interesy. Cetto, wracając z przymusowej emigracji w jakiejś z południowoamerykańskich republik, gdzie czekał na przedawnienie się zarzutów urzędu skarbowego, przyjmuje oczywiście propozycję kolegów i staje do wyborów.
Postać Cetto, odtwarzana przez Antonio Albanese, pochodzi z nadawanego na Rai 3 programu satyrycznego Che tempo, che fa – w tym sensie Cetto przypomina Borata, czy Aliego G. Estetyka telewizyjnej satyry, ostrego, niesilącego się na dobry smak i subtelności politycznego kabaretu bardzo ciąży nad filmem. Przez pierwszy kwadrans ciężko było mi kupić tę konwencję, gdy jednak ją już zaakceptowałem, zacząłem się naprawdę nie najgorzej bawić. W filmie Manfredoniego polityczna satyra wali grubo, nie troszcząc się przy tym o zachowanie jakkolwiek pojmowanej zasady rzeczywistości, prawda Cetto tkwi w jego przesadzie.
Cetto jednocześnie głosi rodzinne wartości, jest bigamistą, a przy tym również stałym klientem domów publicznych. Swój „kurort” (kilka walących się, betonowych ruder, do których przyjeżdżają skuszeni pięknymi zdjęciami zagraniczni turyści) buduje na ruinach miasta Etrusków, z zasady nigdy nie płaci podatków, głosi, że południe Włoch wcale nie potrzebuje więcej miejsc pracy, tylko tego, by policja nie wtrącała się w jego sprawy itd. Także estetycznie film wygląda nawet nie jak parodia estetyki Berlusconiego, ale jak najgorszy koszmar śniony na jej temat przez jakiegoś wyrafinowanego estetę z kart prozy Prousta. Na ekranie nie ma ani jednej nie obwieszonej złotem, nie tandetnie ubranej postaci, wszędzie pełno ostentacyjnie pozbawionego smaku bogactwa: najefektowniejsza jest zdecydowanie wielka łazienka w domu Cetta: pojemna złota wanna, a na ścianach półpornograficzne zdjęcia i dewocyjne obrazy z Madonnami. Do tego pełno skąpo ubranych młodych kobiet, a z głośników ciągle rozbrzmiewają piosenki, jakie obecny premier Włoch śpiewał w młodości jako pilot na statkach wycieczkowych.
Jednak gdy Cetto, postać tak groteskowa, że zupełnie nieprawdopodobna, zaczyna wygłaszać w trakcie kampanii hasła, które głoszą politycy głównego nurtu w całej Europie („biednym w ogóle nie należy pomagać – sami są sobie winni, dość już mówienia o biednych”), czy podobnie jak szef rządu jednego z państw grupy G8 publicznie, podczas kampanii wyborczej zaczyna przechwalać się własną potencją i liczbą seksualnych podbojów, to przestaje nam być do końca wesoło. Cetto-Berlusconi to tylko symptomy pokazujące, na czym polega problem ze współczesną postpolityczną demokracją, gdzie jakkolwiek rozumianą władzę ludu wypiera „nowy stan natury”, ucieleśniany przez Cetta.
Zupełnie inną, a jednak, co do pewnych podstawowych mechanizmów podobną, twarz dzisiejszej postpolityki przedstawia rewelacyjny (prezentowany w tym roku w Cannes w ramach Tygodnia Krytyków) film z Chin Sauna na księżycu Zou Penga. Akcja toczy się w delcie Rzeki Perłowej, jednym z symboli chińskiej modernizacji, tuż przy granicy prowincji Guandong z dawną portugalską kolonią Makau. Rzeczywistość tego regionu obserwujemy z punktu widzenia domu publicznego prowadzonego przez dwóch mężczyzn i pomagającą im kobietę, obsługującego rozwijającą się chińską klasę średnią i zachodnich turystów.
Można powiedzieć, że Peng, zaglądając za kulisy domu publicznego, pokazuje, jak najbardziej dosłownie, proces „produkcji pragnienia”. Kamera z uwagą, na zimno, dokumentuje wszelkie zabiegi, dzięki którym pracujące w domu publicznym młode kobiety co wieczór mogą stać się ucieleśnieniem fantazji swoich klientów. Od budowania przez właścicieli zakładu przyjaznych, opartych na korupcji relacji z policją; przez zabezpieczanie źródeł kapitału i wdrażanie ciał młodych kobiet w określone dyscypliny; aż po szycie dla nich strojów i wyszukiwanie erotycznych gadżetów. Peng nie moralizuje, nie wiktymizuje ani nie dehumanizuje żadnej ze swoich postaci. Nawet dwaj, średnio udolni stręczyciele mogą budzić sympatię – widać, że pracują ciężko, często na darmo, że ich praca wiąże się ze stresem i ryzykiem, a oni sami – ze strony osób wyżej stojących od nich w hierarchii społecznej – także doświadczają niezliczonych upokorzeń i aktów różnego rodzaju przemocy.
Świat współczesnych Chin w kamerze Penga to świat zupełnie pozbawiony ideologii, wszystkim rządzi pieniądz, oficjalną ideologią jest cynizm. Jeśli w świecie tym nawet nie ma zbyt dużo fizycznej, bezpośredniej przemocy (czego moglibyśmy się spodziewać, po filmie o takim środowisku), to tylko dlatego, że założycielski akt przemocy – który określił kto będzie ofiarami, kto nadzorcami ofiar, i kto będzie z cierpienia ofiar czerpał korzyści – już dawno się dokonał i w żaden sposób nie można przeciw niemu walczyć, odwołać się od wyroku jaki wydał.
Sauna na księżycu to film dopieszczony w najmniejszych szczególe, wspaniale opowiada przez posługiwanie się detalem, obraz i dźwięk. Peng doskonale wygrywa kontrast między paradokumentalnymi fragmentami ukazującymi codzienną pracę przygotowującą spektakl płatnego seksu i oniryczne, zatopione w odrealniającym wszystko świetle sceny, gdy kobiety stają przed swoimi klientami zmuszone odgrywać ich fantazję. Chińską rzeczywistość społeczną, soundscape dzisiejszych Chin, celnie oddają pojawiające się w filmie piosenki: dudniący w radiach rosyjski pop, śpiewane przez kobiety współczesne chińskie hity, ciągle gdzieś pobrzmiewające w oficjalnych sytuacjach maoistyczne hymny.
Portret Mao wisi zresztą w domu publicznym. Stanowi on część swoistego „ołtarzyka”: pod portretem przywódcy Długiego Marszu stoi posąg Konfucjusza, właściciel domu publicznego przed oboma co dzień pali kadzidełka i urządza jakieś modły. Trudno o lepszą metaforę współczesnych Chin i odpolitycznienia, jakich doznają po okresie rewolucyjnych burz, rozciągającego się od ruchów studenckich z lat 20. ubiegłego wieku. Mao z symbolu radykalnej opozycji wobec kapitalizmu i chińskiej tradycji zmienia się w jednego z opiekuńczych duchów chińskiego społeczeństwa, część kultu przodków, patrona kapitalizmu „z azjatyckimi wartościami” (nie tylko bez demokracji, ale w zasadzie bez polityki), którego skromną placówką jest dom publiczny, w którym rozgrywa się film.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...