|
Szósty dzień Berlinale wyróżnił się głośnymi polskimi przekleństwami lecącymi z kinowych głośników. Zaczeło się od niemieckiej komedii o Żydach i nazistach Mój lepszy wróg, pokazanej w prestiżowej kategorii „poza konkursem”. W jednej ze scen dwójka bohaterów – oficer SS i jego były żydowski przyjaciel, obecnie więzień obozu, którego oficer ma przetransportować z Polski do Berlina – cudem okazują się w schronieniu polskich partyzantów. Słysząc zbliżenie wroga, zraniony oficer pyta Żyda, jak powiedziec po polsku „nie strzelaj”. Odpowiedź brzmi: „Słyszysz, kurwa”. Kilkakrotnie wykrzykiwanie tych polskich słów przez oficera SS miało być, sądząc z reakcji publicznosci, najzabawniejszym dowcipem całego filmu. Niestety, powodów do śmiechu po obejrzeniu filmu raczej nie ma.
Przesłanie tej komedii sytuacyjnej, w której zamieniają się miejscami oficer SS i więzień obozu, miało być jak najbardziej humanistyczno-multikulturalistyczne. Po tym, jak były więzień obozu ubiera się w strój nazistowski, żaden inny nazista nie jest w stanie rozpoznać w nim Żyda, nasza tożsamość to zatem kwestia wyboru itd. itp. Obsceniczne drugie dno tej sytuacji staje się widoczne w momencie, kiedy Żyd mówi swojemu przyjacielowi-naziście, że zrozumiał całą siłę ideologii nazistowskiej, gdy tylko przebrał się na esesmana. Ujawnia to całą hipokryzję zawartego w tym filmie przekazu: otóż pozory nie zawsze zwodzą (jak wtedy, gdy przebrany na esesmana Żyd uchodzi za Niemca), pozory czasem mają rację. Kiedy Żyd w nazistowskim uniformie katuje esesmana zmuszonego udawac Żyda, widzowi trudno się powstrzymac od obscenicznego zadowolenia – dokładnie jak w finale Bękartów wojny Tarantino. Z tą jednak różnicą, że w filmie Mój lepszy wróg brakuje wymiaru autorefleksyjnego, krytycznego wobec tradycji antynazistowskich filmów akcji (który jest bardzo widoczny w dziele Tarantino).
Wybuchy śmiechu, spowodowane polskimi przekleństwami, towarzyszyły też projekcji nowego filmu Przemysława Wojcieszka Made in Poland. Gdy porównamy ten film z poprzednim dziełem reżysera pt. Doskonałe popołudnie (pokazanym na Berlinale pięć lat temu), łatwo dojść do wniosku, że w kraju produkcji tych filów coś się poważnie popsuło. Doskonałe popołudnie było totalnie konwencjonalnym filmem o parze młodych Polaków, marzących o prowadzeniu normalnego małego interesu w normalnym małym kraju, gdzie, niestety, ich dobrym intencjom cały czas przeszkadzają małe, ale też całkiem normalne problemy. Made in Poland jest kompletnym przeciwieństwem tamtego obrazu: jego główny bohater z wytatuowanymi na czole słowami FUCK OFF wielokrotnie krzyczy na całe swoje osiedle: „Jestem wkurwiony!”, przeklina własnego księdza i zaczyna niszczyć drogie samochody. Antyspołeczny bunt kończy się jednak odrabianiem zadanej społeczeństwu straty w lokalnym kościele. Bunt reżysera filmu przeciw konwencjom filmowym sprowadza się do zmuszenia bohatera do ciągłego przeklinania oraz wstawienia animowanych scenek z wykorzystaniem głosów z Radia Maryja. Polskie przekleństwa mogą brzmieć różnie.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...