|
Najbliższą rodzinę Theta Sambatha wymordowali Czerwoni Khmerowie. Sambatha dorósł, został reżyserem - i postanowił zrobić o tym film. Nie wspomnienie o rodzicach i bracie, ale przede wszystkim opowieść o ich katach. Pomysł sam w sobie nie jest zaskakujący. Wykonanie i przyjęte podejście – wręcz przeciwnie.
Sambath swój film robił latami, trwało to niemal dekadę. Odnajdywał kolejne osoby odpowiedzialne za ludobójstwo na kambodżańskich polach śmierci. Każdy poznany uczestnik tamtych wydarzeń prowadził go do następnego. Większość początkowo zaprzeczała, by kiedykolwiek kogoś zabiła. Reżyser przychodził do nich wielokrotnie, oswajał ze swoją obecnością, zapoznawał się z nimi, zdobywał zaufanie. Fragmenty rejestracji kolejnych spotkań ukazują fascynujący proces stopniowego wydobywania prawdy z ubogich rolników, w latach 70. szeregowych działaczy organizacji Pol Pota. Jeden z nich wreszcie przyznaje się do brania biernego udziału w czystce, potem – do jednego tylko zabójstwa; później dochodzą kolejne.
Opowiadania poszczególnych przedstawicieli wielotysięcznej rzeszy uwikłanych w zbrodnie Kambodżan skonfrontowane są w Enemies of the People z długimi rozmowami z Nuonem Chea, najważniejszym po Pol Pocie funkcjonariuszu Czerwonych Khmerów. Osiemdziesięcioletni starzec przez prawie dziesięć lat spotykał się z Sambathem w swej drewnianej chacie pod tajlandzką granicą. Cierpliwość i otwartość reżysera sprawiła, że z czasem „Brat Numer Dwa”, jak nazywano go w czasach reżimu, opowiadał coraz więcej o swoich dawnych motywacjach i obecnym stosunku do przeszłych wydarzeń. Między niegdysiejszym przywódcą i autorem filmu wytworzyła się szczególna, trudna do opisania więź. Nie tyle przejaw „syndromu sztokholmskiego”, co wzajemne zrozumienie i empatia - choć oczywiście rozmówcy pozostali przy całkowicie odrębnych stanowiskach. Gdy w 2007 roku dochodzi do aresztowania Nuona Chea, reżyserowi jest właściwie przykro. Jak mówi – sam nie wie do końca, jak określić przyczynę tego uczucia. Takich elementów autorefleksji jest w filmie bardzo dużo: oglądamy Sambatha w montażowni, gdzie na ekranach przegląda materiały zawierające niejednokrotnie dialogi, które słyszeliśmy już wcześniej; czasem konfrontuje swoich bohaterów.
Autorem filmu nie kieruje chęć zemsty ani nawet rozliczenia szeregowych oprawców, którzy nie mają czego się obawiać we współczesnej Kambodży. Pragnie zrozumieć mechanizm, który spowodował ludobójstwo o podłożu tyleż klasowym, co etnicznym i religijnym – bo obok maoizmu Czerwoni Khmerowie opierali swój ruch na bardzo silnym szowinizmie narodowym. Przede wszystkim zaś kieruje nim silna potrzeba upamiętnienia tamtych wydarzeń. Dla sprawców – zwłaszcza tych z partyjnych dołów – udział w filmie jest jakąś formą ekspiacji. Wprawdzie Nuon Chea tłumaczy im, że ponieważ wykonywali tylko rozkazy, w świetle buddyjskiej etyki nie ponoszą winy, ale jeden ze starych mężczyzn nie ma wątpliwości – dharma nie pozwoli już odrodzić mu się w ludzkiej postaci.
Czy Enemies of the People to kambodżańska wersja polityki historycznej? Raczej nie. Film powstał zupełnie poza państwowymi instytucjami, zresztą jest zakazany w Kambodży. Twórcy nie zgodzili się również na wykorzystanie go podczas procesu przywódców Czerwonych Khmerów przed międzynarodowym trybunałem. Jednak oglądając Enemies of the People, nie mogłem przestać myśleć o rodzimych produkcjach traktujących o narodowych traumach. Choć podobnie jak Andrzej Wajda w Katyniu Sambath pozostawia najdrastyczniejsze sceny na koniec – dokumentalne zdjęcia miejsc zbrodni pełne rozrzuconych, zmasakrowanych zwłok – jego film zdecydowanie bardziej przypomina Las katyński Marcela Łozińskiego (1990) niż jakąkolwiek powstałą w ostatnich latach mitotwórczą narrację narodową.
Reżyser-potomek ofiar odwiedza miejsca kaźni razem ze sprawcami. Wskazują, gdzie w podmokłych polach spoczywają do dziś zwłoki. W pewnym momencie autor prosi, by jeden z nich - przy użyciu plastikowego noża – zademonstrował na nim, jak dokonywał egzekucji. I choć początkową reakcją jest śmiech zażenowania, to ostatecznie mężczyzna rzuca reżysera na ziemię, przygniata go nogą, chwyta za głowę i markuje poderżnięcie gardła. Ciało powtarza gest przed laty wykonywany mechanicznie tysiące razy. Odegranie rutynowego układu ruchów jest dużo bardziej wymowne niż z trudem wydobyte werbalne przyznanie się do dawnych czynów. To teatralizacja wspomnienia zbrodni – ale jakże inna od zabaw dziarskich chłopców w piknikowej atmosferze odgrywających walki z Powstania Warszawskiego.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...