|
Dzień pierwszy: Będzie bolało |
|
|
Michał Zygmunt
|
|
24.05.2010 |
Bardzo lubię pierwsze dni festiwali filmowych. Można nie robić nic, mając jednocześnie poczucie wykonywania ciężkiej pracy. W Gdyni to poczucie jest w pełni uzasadnione. Ciężką pracą jest samo przygotowanie psychiczne do siedmiodniowego maratonu kinowego zła wszechgatunków. To nie Nowe Horyzonty, gdzie można wybierać i przebierać. W Gdyni filmy dobre są silnie dyskryminowaną mniejszością.
Usiedliśmy sobie zatem z Martusią w bardzo dobrym (i tanim!) barze w Multikinie, zjedliśmy mnóstwo smacznego jedzenia i deser na dokładkę, a potem zastanawialiśmy się, co zrobić, żeby bolało możliwie jak najmniej. Bo że będzie bolało, to jasne- wystarczy rzucić okiem na program festiwalu. Świetnie zapowiadają się tylko Matka Teresa od kotów (dobre recenzje po pokazie w Karlovych Varach) i Made in Poland (znakomity spektakl Wojcieszka, w sam raz nadający się do kina). Nie widziałem Mistyfikacji, na temat której krążą skrajne opinie, wyczekuję więc także i tego pokazu. Reszty po prostu się boję. Lektura filmwebowych blurbów budzi we mnie coś między zażenowaniem a paniką (polecam na przykład lekturę zapowiedzi filmu Cudowne lato, który czeka mnie jutro o dziewiątej).
Dziś obejrzałem dwa filmy. O Fenomenie pisać nie będę; Jan Pospieszalski pewnie by się ze mną nie zgodził, ale uważam, że są rzeczy, o których nie warto rozmawiać. Mała matura 1947 Janusza Majewskiego to zaś przypadek niezwykle ciekawy. Kilka fenomenalnie napisanych, świetnie zagranych scen i sekwencji (scena w celi krakowskiego więzienia, w której lwowski rzezimieszek uczy maturzystę z dobrego domu fachu kieszonkowca - sam miód!), genialny Wiktor Zborowski w roli ekscentrycznego nauczyciela matematyki, słowem - mnóstwo dobra przyprawiono dwa razy większą ilością skrajnie żenujących scen patriotyczno-bogoojczyźnianych. Oglądając ten film, czułem się jak w górskiej kolejce - po bezgranicznej radości z kolejnej dialogowej perełki przychodziła ochota na wymioty na widok trzepoczącej biało-czerwonej flagi, przed którą gną się kolana ładnego (acz aktorsko nieco drewnianego) chłopca, czy na widok wuefisty mówiącego ze śmiertelną powagą „Niech wiodą was słowa: Bóg, honor, Ojczyzna!” (przysięgam, nie ma w tej scenie żadnej ironii). Że nie wspomnę o wątkach klasowo-historycznych; uczniowie elitarnego krakowskiego liceum (czyżby Nowodworek?) pochodzą rzecz jasna z zamożnych, inteligenckich rodzin o jedynie właściwym stosunku do władzy ludowej, przedstawiciele tejże władzy to niepiśmienne buraki (i Żydy, rzecz jasna!), a o sanacji słyszymy tylko domowe klechdy (Pan Marszałek rację miał!). Jakby Majewski-reżyser przykładał pełnemu dobrych chęci Majewskiemu-scenarzyście pistolet do głowy, rycząc „więcej Polski! Więcej Boga! I patosu!”. I w ten sposób zmarnował niestety szansę na zrobienie lekkiej, bezpretensjonalnej, wielobarwnej opowieści o dojrzewaniu na tle burzliwej historii powojennej Polski. Czy komuś się to w końcu uda?
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 24.05.2010 )
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...