|
Wszyscy znają film Dziewczyny do wzięcia i kwestie, które w nim padają – o tym, że jest „wiele różnych możliwości, ale jakich” lub „oczy mam ładne, takie zielone”. Film Kondratiuka funkcjonuje w potocznej świadomości jako komedia, jako pewien kod kulturowy - niczym Rejs czy Miś, wreszcie- jako zbiór gagów. To w końcu bardzo zabawne patrzeć, jak trzy nieporadne dziewczyny próbują zakosztować wielkiego (w ich mniemaniu) świata, gdy ten świat pozwala im co najwyżej na piosenkę Pieski małe dwa i zjedzenie czegoś w cukierni.
Warszawa do wzięcia miała w założeniu być filmem z optymistycznym przesłaniem, być może o radzeniu sobie z rzeczywistością, albo o tym, że wystarczy zaangażowanie, solidny edukacyjny program renomowanej organizacji pozarządowej i już można naprawiać wstydliwe elementy polskiej rzeczywistości. Na przykład wyciągać taśmowo, jedna po drugiej, ofiary strukturalnej biedy popegeerowskich terenów. Nawiązanie do filmu Kondratiuka, kojarzącego się z melancholijną tragikomedią było zapewne celowe. Ot, w nowych czasach uroczo nieporadne kolejne prowincjuszki poszukują w Warszawie pracy i szansy na lepsze życie. Bohaterki zdają się potwierdzać ten zamysł. Ania marzy, aby zostać fryzjerką i rezygnuje, bo tęskni za Andrzejem, też emigrantem, ale wyspiarskim. Ilona, 21-letnia mama, tęskni z kolei za dzieckiem, które zostawiła w rodzinnej wsi. W jej szansę na sukces najtrudniej uwierzyć. Bierna i niezaradna, przystępuje do programu za namową matki. Gosia, wyrazista i najbardziej przebojowa, z wdziękiem zaklina rzeczywistość: „może mi się uda, ale pewnie się nie uda, jak znam siebie”. O jej powrocie do domu dowiadujemy się dopiero z napisów końcowych. Same reżyserki przyznały po projekcji, że w trakcie prac nad filmem zmieniły pogląd na to, co filmują, a przerażone skalą problemów, jakie dotykają bohaterki, miały ochotę przerwać pracę i rozproszyć taśmy.
Choć oczekiwalibyśmy typowego „warszawskiego” happy endu, wszystkie dziewczyny wracają do swoich miejscowości, stagnacji, bezczynności i do wyrzutów rodziców, od których chciały uciec być może bardziej, niż od biedy. Ostatecznie decydują powody bardziej przynależne melodramatom, jak brak ukochanego mężczyzny przy boku. Bohaterka Ania przyznaje szczerze w końcowej części filmu: „gdyby nie Andrzej, udałoby mi się może przetrwać w Warszawie, ale niestety tęsknota przeważyła i zrezygnowałam”. Przysłowiowe „szukanie mężczyzny” okazuje się być przyczyną podjęcia działania i finalnym, wymarzonym celem każdej z bohaterek. Przyjmowana za oczywistość rola, którą odgrywają sprawia, że wszystkie zawodowe plany odłożone zostają na bok. Jedna z bohaterek mówi wprost, że najchętniej oddałaby się czynnościom pani domu przy boku kogoś „mądrego i zdecydowanego”.
W filmie pojawia się problem emigracji, podjęty już przez dokument np. w Barze na Wiktorii Leszka Dawida. Dziewczyny jadą do świata, który znają tylko z tvnowskich seriali. Konfrontacja z rzeczywistością jest szokująca, wywołuje w nich słabo maskowany popłoch i uczucie rozczarowania – jedna z bohaterek kwituje: „taka sama wioska jak u nas, tylko większa.” Bohaterki pocieszają się sztampowymi sloganami, zasłyszanymi podczas szkoleń i kursów: „trzeba się umieć sprzedać”. Poczucie powinności i opanowanie obowiązujących w stolicy prowincjonalnego kapitalizmu kodów nie wystarcza jednak do niczego. Poproszona o powiedzenie czegoś o sobie, jedna z bohaterek krzywi się i mówi „o Jezuu”. Nie wiedzą, że opakowanie nie wystarczy, że wejście w system wymaga szeregu masek, że na rozmowie kwalifikacyjnej nie mówi się o straconej pracy, swoich wadach, czy o tym, że niedługo trzeba wziąć wolne, żeby spotkać się z dzieckiem. Z niepotrzebnym w Warszawie bagażem pochodzenia wracają do swoich rodzin.
Opowieść skupiona na bohaterkach pokazuje zaledwie kilka momentów, które pokazują, jak wygląda program „Przystań na Skarpie”, realizowany przez Caritas Archidiecezji Warszawskiej we współpracy z Agencją Nieruchomości Rolnych. Podtytuł projektu – Promocja Zawodowa Dziewcząt mówi sam za siebie. Dziewczęta, w przeciwieństwie do swoich dziewiętnastowiecznych antenatek pozbawione fartuszków i dickensowskich wielkich oczu, przyuczane są do obsługi komputera, pisania CV i tego, ze nogę z kurczaka należy trzymać jedną ręką. Kiedy proszone są o posprzątanie pokoju, przełożona z bursy (!) dokładnie pokazuje w jaki sposób należy to zrobić. Program stawia na usamodzielnienie poprzez edukację, ale edukacja to tylko pozór, naskórkowe przyuczenie do najbardziej sztampowych i prymitywnych czynności wymaganych na rynku, do tego wyuczanych w atmosferze kontroli.
Na pokazie filmu publiczność wielokrotnie wybuchała śmiechem. Może w części ten śmiech miał uwolnić widzów od niejasnego poczucia winy, które w trakcie projekcji zaczynamy odczuwać. Z drugiej strony pierwsza jazda pociągiem, nieumiejętność odnalezienia się wśród obcych miejsc i przedmiotów nie są dla większości takie odległe i dziwaczne. Przecież sporo obecnych na sali doskonale zna te sytuacje z „wakacji” w Londynie albo Irlandii. Pokoleniowym doświadczeniem sporej części z nas jest roznoszenie CV, maszerowanie w upale z otwartą Azetką, kupowanie najtańszych ciasteczek w Tesco (bo są tańsze od bułek) i poczucie nieustannego zagrożenia brakiem pracy czy mieszkania.
Miałam jednak wrażenie, że nie chcemy przywoływać tamtych wspomnień. Raczej zapisujemy co soczystsze teksty Gosi i nie przyjmujemy do wiadomości, że to nie czeski melancholijno-komiczny film fabularny, tylko dokument, którego akcja toczy się pod oknem. To, jak bardzo egzotyczna wydawała się publiczności polska bieda zapowiada, że Warszawa do wzięcia, niczym film Kondratiuka, stanie się filmem anegdotycznym, który wzbogaci tylko nasz język, ale taki, który nie rozszerza granic naszego świata. Niestety.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...