|
Przypadek filmu Chodorkowski, który na kilka dni przed startem Berlinale nagle stał się najbardziej pożądanym filmem całego festiwalu, przypomina historię Mona Lisy Leonarda da Vinci. Stała się ona najsłynniejszym dziełem w historii sztuki dopiero po kradzieży w 1911 roku, kiedy tłumy ludzi przyszły do Luwru, żeby zobaczyć puste miejsce, gdzie niegdyś wisiał ten obraz. Mniej więcej ten sam los spotkał film Cyrila Tuschiego o Michaile Chodorkowskim. Przed kradzieżą komputera z finalną wersją obrazu z mieszkania reżysera Chodorkowski był odbierany po prostu jako kolejny europejski dokument o zbrodniach putinowskiego reżimu. Skandaliczna kradzież kopii spowodowała pojawienie się na projekcjach Chodorkowskiego niewiarygodnych tłumów. W sumie szkoda, że kradzież nie przeszkodziła projekcji filmu na Berlinale. Dzięki pełnej sali widzów ogladających pusty ekran film zapewnie miałby większe szanse pozostać w historii sztuki, niż dzięki temu, co pokazano w dziele Tuschiego. Chodorkowski jest dość konwencjonalnym dokumentem o tryumfie i upadku niegdyś najbogatszej osoby Rosji, a teraz – jej najsłynniejszego więźnia. Głowną zaletą tego filmu jest sam fakt jego nakręcenia: wielu polityków i biznesmenów, do których Tuschi zwracał się z prośbą o wywiad, uparcie radziło mu porzucić to przedsięwzięcie, jeśli tylko ceni własne życie. Tuschi jednak dokończył projekt. Niestety, dużo uprościł swoje zadanie, omijając najbardziej tajemnicze momenty biografii Chodorkowskiego (i tłumacząc się odmową kluczowych rozmówców – od Gorbaczowa po Putina). W ten sposób pominięto np. niejasne okolicznosci przeistoczenia się Chodorkowskiego z komsomolskiego funkcjonariusza w doradcę tychczasowego ministra finansów Rosji (który akurat zgodził się na wywiad dla filmu). Pozostaje wrażenie, że Tuschi po prostu nie umiał „rozgadać” swoich rosyjskich rozmowców. Najbardziej to widać w scenie wywiadu z samym Chodorkowskim w sali sądowej, gdzie Tuschi zadaje mu dość ogólnikowe pytania. Najciekawszym przesłaniem płynącym z filmu jest wskazówka, że Chodorkowski raczej nie był przeciwnikiem putinowskiego reżimu. Wprost przeciwnie, był jego współautorem, swego rodzaju obscenicznym sobowtórem Putina (co by zresztą wyjaśniało irracjonalny gniew rosyjskiego premiera wobec Chodorkowskiego).
Kontrapunktem do Chodorkowskiego na Berlinale okazał się rosyjski Celownik reżysera Aleksandra Zeldowicza i pisarza Wladimira Sorokina. Zeldowicz jest od dawna współpracownikiem najwybitniejszego pisarza współczesnej Rosji – 10 lat temu ekranizował jego scenariusz zatytułowany Moskwa. Główny bohater ich nowego, futurystycznego filmu (akcja toczy się w roku 2020) – to minister zasobów naturalnych Rosji, czyli – gdyby nie areszt i procesy sądowe – właśnie Chodorkowski. Sorokin, który ostatnio bezkompromisowo krytykuje rzeczywistość współczesnej Rosji za pomocą futurystycznych książek eksploatujących tradycję literatury rosyjskiej XIX wieku, tym razem skupił się na życiu codziennym gospodarzy przyszłej Rosji. Dziwne, ale tym razem bezgraniczna fantazja Sorokina zadziwia nieco mniej, niż przedstawiona w Chodorkowskim rosyjska rzeczywistość.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...