|
A dokładnie wypada z szafy. Martwa. I w kawałkach. „Wstrząsający zapis zbrodni”, „rasowy thriller”, „podróż w głąb tragedii” – takie opisy przewijają się w zapowiedziach i pierwszych recenzjach Matki Teresy od kotów Pawła Sali, pokazywanej we Wrocławiu w konkursie Nowe Filmy Polskie. Ale nic z tego: po początkowych scenach, które rzeczywiście wciskają w fotel, film Sali odchodzi od sensacyjno-kryminalnej konwencji. Wiemy już, kto zabił, tkankę fabuły wypełnia psychologiczna analiza motywów i przyczyn, które mogły doprowadzić do okrutnego finału.
Dlaczego dwóch chłopców morduje własną matkę? Odwrócenie chronologii pokazywanych na ekranie wydarzeń (cofamy się w końcu o ponad rok od zbrodni) wzmacnia przekonanie, że możemy dotrzeć do prawdy o tym, co zaszło. Jeszcze jeden wysiłek, widzowie, jedno zanurzenie w mętnej przeszłości - i „to” uchwycimy. Ale „to” pragnienie wiedzy nie zostaje zaspokojone. Z migawek z rodzinnego życia, rzuconych przelotem słów, krótkich odsłon oświetlających na moment splątane relacje między rodzicami i dziećmi nie wyłania się żaden konkretny kształt, żaden bardziej prawdopodobny od innych łańcuch przyczyn i skutków. W efekcie wychodzimy z kina z poczuciem zawodu czy niedosytu: może coś przeoczyliśmy? Może któraś ze scen była właśnie tą decydującą, która zdeterminowała dalszy rozwój wydarzeń, trzeba tylko jeszcze raz uważnie przewinąć je wszystkie w pamięci?
Ta gra w niezaspokojenie ma miejsce też w innych warstwach Matki Teresy od kotów. Pierwsze ujęcia wnętrza, w którym dojdzie do zbrodni, wydają się nie pozostawiać żadnych wątpliwości co do społecznego statusu bohaterów: stara czynszowa kamienica, odrapane ściany, ponure, zapuszczone mieszkanie, ciasnota potęgowana przez obsiadające każdy sprzęt i kawałek wolnej powierzchni koty. Coś dusznego i męczącego w powietrzu. Ale poręczną hipotezę o biedzie i patologii, które doprowadzają do gwałtownego wybuchu, również w końcu trzeba porzucić. W miarę cofania się o kolejne miesiące widzimy, że poziom i sposób życia rodziny Teresy nie odbiega szczególnie od polskiej „normy”. Niezbyt pewna praca, dochody pozwalające jakoś przetrwać do pierwszego, zakończone niepowodzeniem próby dorobienia się – nic więcej. Żadnych spektakularnych życiowych porażek, chorób i nieszczęść. Prawdziwa średnia krajowa, wciąż, pomimo aspiracji, odległa od wirtualnej „typowej klasy średniej” z telewizyjnych seriali. Znowu więc spotyka nas interpretacyjny zawód: dlaczego codzienne nieporozumienia, konflikty i frustracje akurat w tej rodzinie kulminują w trudnej do wyobrażenia zbrodni?
Reżyser opowiada w wywiadach, że bardzo zależało mu na tym aspekcie „zwyczajności”. Nie pozwala on widzowi na postawienie zbyt łatwych diagnoz i odcięcie się od oglądanej historii jako nie swojej, takiej, która jemu, „normalnemu”, na pewno nie mogłaby się przydarzyć. Sala podkreśla jej uniwersalny wymiar – ochłodzenie relacji między członkami rodziny, wyuczone odgrywanie społecznych ról zastępujące prawdziwy kontakt z bliskim człowiekiem. Wyobcowanie i anomia to swoiste znaki naszych czasów, bolączki tak biednych, jak i bogatych. Do symbolicznego mordu na rodzicach, którzy przestają cokolwiek znaczyć, dochodzi dzisiaj na co dzień - mówi Sala. W Matce Teresie od kotów ta powszechna prawda po prostu się wyjątkowo brutalnie materializuje.
I właściwie trudno odrzucić takie odczytanie tego filmu. Gdyby jednak jego znaczenie wyczerpywało się w dość banalnej tezie o zaniku rodzinnych czy, szerzej, międzyludzkich więzi we współczesnym świecie, to – poza niezbyt częstą w polskim kinie sprawną realizacją – nie byłby aż tak wart uwagi. Najciekawsza warstwa fabularnego debiutu Sali - która, sądząc po wypowiedziach samych twórców, lokuje się raczej poza ich świadomymi intencjami - to wpisany w ten film obraz kształtowania się relacji władzy: upadku tradycyjnych figur i przejmowania kontroli przez nowych aktorów. W recenzjach Matki Teresy od kotów przywołuje się często Nieodwracalne Gaspara Noé (z racji strukturalnych podobieństw narracyjnych) czy Matkę Joanną od Aniołów Jerzego Kawalerowicza (z racji tytułu i pewnych metafizycznych analogii). Ja po wyjściu z kina pomyślałam o Białej wstążce Michaela Hanekego i Tangu Sławomira Mrożka
Matka Teresa od kotów jako minitraktat polityczny? Dlaczego nie. Jeśli odpowiednio spojrzeć na ten rodzinny dramat, widzimy ciekawą metaforę zmian zachodzących w społecznym układzie. Dynamika relacji między jego członkami nie daje się za bardzo tłumaczyć za pomocą takich kategorii jak międzyludzkie porozumienie czy bliskość; dużo bardziej użyteczne są pojęcia hierarchii, zajmowanej pozycji, siły bądź podporządkowania. Obserwując przez rok tę strukturę, widzimy, jak się zmienia: ci, którzy dotychczas rządzili, stopniowo słabną i w końcu abdykują. Pole przejmuje Artur.
Ewa Skibińska i Mariusz Bonaszewski, filmowi rodzice, świetnie oddają ten proces stopniowego wycofywania się, utraty kontroli nad światem, w którym dotąd panowali. Ich gra to pokaz bezsilności, strachu, nieubłaganego, wręcz hipnotycznego poddawania się starszemu synowi. Dawne atrybuty władzy stają się już tylko nędzną atrapą. Ojciec jest wojskowym, ale z misji w Afganistanie wraca pogruchotany emocjonalnie, zresztą wkrótce zostaje wyrzucony z jednostki. Matka, nadal atrakcyjna, wciąż uzbrojona (jak ojciec w mundur) w garsonkę i szminkę, ucieka przed rzeczywistością w kompulsywną miłość do kotów. Artur konsekwentnie zdobywa kolejne przyczółki – zmusza ojca do wyprowadzki z domu, zastrasza przyjaciółkę matki, która z nimi mieszka. Przy tym przez cały czas przedstawia się raczej jako ofiara, a nie sprawca wydarzeń. Przejmuje władzę nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi. Ktoś przecież powinien w końcu zaprowadzić porządek w tym upadającym królestwie, w którym nic już nie działa, jak należy, skoro matkę nic już nie obchodzi, a ojciec jest „mięczakiem”. To nie szał czy nagły bunt, to przemyślane i celowe działanie, które prowadzi do logicznego końca, czyli usunięcia wszystkich, którzy władzy Artura się opierają bądź ją kwestionują. Dopiero w tej perspektywie zabicie matki, absurdalnie nadmierne na poziomie powierzchniowych relacji rodzinnych, staje się sensowne. To swoisty „mord założycielski” nowego porządku.
Władza Artura, jak każda władza, nie jest w żaden sposób racjonalna, nie ma niczego poza nią samą, co by ją legitymizowało czy uzasadniało. A przy tym narzuca się jako oczywista, trudno jej zaprzeczyć – mamy na nią namacalne dowody. Artur ożywia umierającego kota, programuje sny ojca i zna każdy ruch matki. Osobliwy, cudowny czy magiczny status tych wydarzeń wcale ich nie unieważnia, przeciwnie – razem z młodszym bratem Artura, zafascynowanym jego siłą, moglibyśmy powiedzieć: credo quia absurdum.
Na pozór wydaje się, że stary porządek zostaje w końcu przywrócony – grupa policjantów w widowiskowej akcji aresztuje chłopców, nie szczędząc im przy tym brutalności i upokorzeń. Nie miejmy jednak złudzeń. Zmiana, która zaszła, jest nieodwracalna. Matka i Ojciec naprawdę odeszli.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...