Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Błędowska: Matka odchodzi Drukuj
Magdalena Błędowska   
01.08.2010

A dokładnie wypada z szafy. Martwa. I w kawałkach. „Wstrząsający zapis zbrodni”, „rasowy thriller”, „podróż w głąb tragedii” – takie opisy przewijają się w zapowiedziach i pierwszych recenzjach Matki Teresy od kotów Pawła Sali, pokazywanej we Wrocławiu w konkursie Nowe Filmy Polskie. Ale nic z tego: po początkowych scenach, które rzeczywiście wciskają w fotel, film Sali odchodzi od sensacyjno-kryminalnej konwencji. Wiemy już, kto zabił, tkankę fabuły wypełnia psychologiczna analiza motywów i przyczyn, które mogły doprowadzić do okrutnego finału.

Dlaczego dwóch chłopców morduje własną matkę? Odwrócenie chronologii pokazywanych na ekranie wydarzeń (cofamy się w końcu o ponad rok od zbrodni) wzmacnia przekonanie, że możemy dotrzeć do prawdy o tym, co zaszło. Jeszcze jeden wysiłek, widzowie, jedno zanurzenie w mętnej przeszłości - i „to” uchwycimy. Ale „to” pragnienie wiedzy nie zostaje zaspokojone. Z migawek z rodzinnego życia, rzuconych przelotem słów, krótkich odsłon oświetlających na moment splątane relacje między rodzicami i dziećmi nie wyłania się żaden konkretny kształt, żaden bardziej prawdopodobny od innych łańcuch przyczyn i skutków. W efekcie wychodzimy z kina z poczuciem zawodu czy niedosytu: może coś przeoczyliśmy? Może któraś ze scen była właśnie tą decydującą, która zdeterminowała dalszy rozwój wydarzeń, trzeba tylko jeszcze raz uważnie przewinąć je wszystkie w pamięci?

Ta gra w niezaspokojenie ma miejsce też w innych warstwach Matki Teresy od kotów. Pierwsze ujęcia wnętrza, w którym dojdzie do zbrodni, wydają się nie pozostawiać żadnych wątpliwości co do społecznego statusu bohaterów: stara czynszowa kamienica, odrapane ściany, ponure, zapuszczone mieszkanie, ciasnota potęgowana przez obsiadające każdy sprzęt i kawałek wolnej powierzchni koty. Coś dusznego i męczącego w powietrzu. Ale poręczną hipotezę o biedzie i patologii, które doprowadzają do gwałtownego wybuchu, również w końcu trzeba porzucić. W miarę cofania się o kolejne miesiące widzimy, że poziom i sposób życia rodziny Teresy nie odbiega szczególnie od polskiej „normy”. Niezbyt pewna praca, dochody pozwalające jakoś przetrwać do pierwszego, zakończone niepowodzeniem próby dorobienia się – nic więcej. Żadnych spektakularnych życiowych porażek, chorób i nieszczęść. Prawdziwa średnia krajowa, wciąż, pomimo aspiracji, odległa od wirtualnej „typowej klasy średniej” z telewizyjnych seriali. Znowu więc spotyka nas interpretacyjny zawód: dlaczego codzienne nieporozumienia, konflikty i frustracje akurat w tej rodzinie kulminują w trudnej do wyobrażenia zbrodni?

Reżyser opowiada w wywiadach, że bardzo zależało mu na tym aspekcie „zwyczajności”. Nie pozwala on widzowi na postawienie zbyt łatwych diagnoz i odcięcie się od oglądanej historii jako nie swojej, takiej, która jemu, „normalnemu”, na pewno nie mogłaby się przydarzyć. Sala podkreśla jej uniwersalny wymiar – ochłodzenie relacji między członkami rodziny, wyuczone odgrywanie społecznych ról zastępujące prawdziwy kontakt z bliskim człowiekiem. Wyobcowanie i anomia to swoiste znaki naszych czasów, bolączki tak biednych, jak i bogatych. Do symbolicznego mordu na rodzicach, którzy przestają cokolwiek znaczyć, dochodzi dzisiaj na co dzień - mówi Sala. W Matce Teresie od kotów ta powszechna prawda po prostu się wyjątkowo brutalnie materializuje.

I właściwie trudno odrzucić takie odczytanie tego filmu. Gdyby jednak jego znaczenie wyczerpywało się w dość banalnej tezie o zaniku rodzinnych czy, szerzej, międzyludzkich więzi we współczesnym świecie, to – poza niezbyt częstą w polskim kinie sprawną realizacją – nie byłby aż tak wart uwagi. Najciekawsza warstwa fabularnego debiutu Sali - która, sądząc po wypowiedziach samych twórców, lokuje się raczej poza ich świadomymi intencjami - to wpisany w ten film obraz kształtowania się relacji władzy: upadku tradycyjnych figur i przejmowania kontroli przez nowych aktorów. W recenzjach Matki Teresy od kotów przywołuje się często Nieodwracalne Gaspara Noé (z racji strukturalnych podobieństw narracyjnych) czy Matkę Joanną od Aniołów Jerzego Kawalerowicza (z racji tytułu i pewnych metafizycznych analogii). Ja po wyjściu z kina pomyślałam o Białej wstążce Michaela Hanekego i Tangu Sławomira Mrożka

Matka Teresa od kotów
 jako minitraktat polityczny? Dlaczego nie. Jeśli odpowiednio spojrzeć na ten rodzinny dramat, widzimy ciekawą metaforę zmian zachodzących w społecznym układzie. Dynamika relacji między jego członkami nie daje się za bardzo tłumaczyć za pomocą takich kategorii jak międzyludzkie porozumienie czy bliskość; dużo bardziej użyteczne są pojęcia hierarchii, zajmowanej pozycji, siły bądź podporządkowania. Obserwując przez rok tę strukturę, widzimy, jak się zmienia: ci, którzy dotychczas rządzili, stopniowo słabną i w końcu abdykują. Pole przejmuje Artur.

Ewa Skibińska i Mariusz Bonaszewski, filmowi rodzice, świetnie oddają ten proces stopniowego wycofywania się, utraty kontroli nad światem, w którym dotąd panowali. Ich gra to pokaz bezsilności, strachu, nieubłaganego, wręcz hipnotycznego poddawania się starszemu synowi. Dawne atrybuty władzy stają się już tylko nędzną atrapą. Ojciec jest wojskowym, ale z misji w Afganistanie wraca pogruchotany emocjonalnie, zresztą wkrótce zostaje wyrzucony z jednostki. Matka, nadal atrakcyjna, wciąż uzbrojona (jak ojciec w mundur) w garsonkę i szminkę, ucieka przed rzeczywistością w kompulsywną miłość do kotów. Artur konsekwentnie zdobywa kolejne przyczółki – zmusza ojca do wyprowadzki z domu, zastrasza przyjaciółkę matki, która z nimi mieszka. Przy tym przez cały czas przedstawia się raczej jako ofiara, a nie sprawca wydarzeń. Przejmuje władzę nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi. Ktoś przecież powinien w końcu zaprowadzić porządek w tym upadającym królestwie, w którym nic już nie działa, jak należy, skoro matkę nic już nie obchodzi, a ojciec jest „mięczakiem”. To nie szał czy nagły bunt, to przemyślane i celowe działanie, które prowadzi do logicznego końca, czyli usunięcia wszystkich, którzy władzy Artura się opierają bądź ją kwestionują. Dopiero w tej perspektywie zabicie matki, absurdalnie nadmierne na poziomie powierzchniowych relacji rodzinnych, staje się sensowne. To swoisty „mord założycielski” nowego porządku.

Władza Artura, jak każda władza, nie jest w żaden sposób racjonalna, nie ma niczego poza nią samą, co by ją legitymizowało czy uzasadniało. A przy tym narzuca się jako oczywista, trudno jej zaprzeczyć – mamy na nią namacalne dowody. Artur ożywia umierającego kota, programuje sny ojca i zna każdy ruch matki. Osobliwy, cudowny czy magiczny status tych wydarzeń wcale ich nie unieważnia, przeciwnie – razem z młodszym bratem Artura, zafascynowanym jego siłą, moglibyśmy powiedzieć: credo quia absurdum.

Na pozór wydaje się, że stary porządek zostaje w końcu przywrócony – grupa policjantów w widowiskowej akcji aresztuje chłopców, nie szczędząc im przy tym brutalności i upokorzeń. Nie miejmy jednak złudzeń. Zmiana, która zaszła, jest nieodwracalna. Matka i Ojciec naprawdę odeszli.

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 01.08.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 20.07761 Seconds