|
Historia muzyki zachodniej to nie tylko spisywane przez muzykologów dzieje kompozytorów, utworów i wykonawców. To także historia percepcji muzyki, jej funkcjonowania w wymiarze społecznym, politycznym, indywidualnym i fizycznym. A w związku z tym to także historia dźwięków wykluczanych jako brzydkie, nieprzyjemne, niebezpieczne a nawet rewolucyjne. Każda epoka miała – i ma – swoje dźwięki wykluczone. Część z nich uznajemy dziś za całkiem normalne, czasem nawet ładne i raczej bawią nas określenia typu „diabolus in musica”, czyli „diabeł w muzyce”, a w tak wdzięczny przecież sposób przez parę stuleci nazywano tryton (odległość między dźwiękami wynosząca trzy całe tony). Trudno nam też dziś uwierzyć w to, że stosowanie niektórych dźwięków bywało po prostu zakazywane. A bywało przecież.
Jakkolwiek anegdotyczne byłyby historie o interwencji policji podczas premiery Święta wiosny Igora Strawińskiego w Paryżu albo bójce, w którą wdał się Gustav Mahler w obronie dzieła Arnolda Schönberga w Wiedniu, pokazują one, jak silny opór wywoływały zmiany w muzyce, włączanie do niej dźwięków wcześniej wykluczanych, nawet w czasach tak otwartych jak fin de siècle. Skąd ten opór? Być może odpowiedź znajdziemy u Platona, który pisze, że „trzeba sie wystrzegać przełomów i nowości w muzyce, bo to w ogóle rzecz niebezpieczna. Nigdy nie zmienia się styl w muzyce bez przewrotu w zasadniczych prawach politycznych. Tak mówi Damon, a ja mu wierzę”? Może więc chodzi po prostu o strach przed przewrotem politycznym? Może.
W muzyce, tak samo jak w każdej innej ze sztuk, odbija się rzeczywistość, konflikty, pęknięcia i dążenia danej epoki. Muzyka, jak każda inna ze sztuk, może być formą komentowania a także formułowania postulatów politycznych. Choć mówienie o dźwiękach wykluczonych może na pierwszy rzut okaz wyglądać dziwnie, niewiele się zatem różni od badania tematów wykluczanych w literaturze. Historia dźwięków wykluczonych może być ilustracją historii wykluczenia w ogóle.
Czy dziś w muzyce są jeszcze dźwięki wykluczone? Po zwróceniu się na przełomie XIX i XX wieku takich kompozytorów jak Claude Debussy albo Bela Bartok w stronę odrzucanej wcześniej muzyki ludowej, po włączeniu do muzyki zachodniej obcych jej skal ćwierćtonowych, po równouprawnieniu w muzyce zachodniej wszystkich przynależnych jej dwunastu dźwięków, po futurystycznym manifeście Luigiego Russolo postulującego zaliczenie do muzyki dźwięków będących wcześniej hałasem, szmerem albo szumem: dźwięków maszyn, uzyskiwanych mechanicznie świstów, syków, trzeszczeń, huków, grzmotów, skrzypień, szurań, krzyków, jęków czy chrząkań (a lista ta jest dłuższa…), po pojawieniu się w muzyce gatunków takich jak free jazz, improv i noise, czy wreszcie po skomponowaniu przez Johna Cage’a 4 minut i 33 sekund ciszy? Może dźwięki znajdujące się na granicach ludzkiego słuchu (człowiek teoretycznie słyszy w zakresie 20 Hz – 20 kHz) albo dźwięki wyraźnie odczuwane fizycznie, a nawet sprawiające fizyczny ból? Dodatkowo ich fizyczny aspekt, niemal namacalność, skłania do stawiania pytań o związki muzyki z cielesnością, a ciało, jak przecież wiadomo, od lat jest areną walki politycznej.
Wykluczanie dźwięków z muzyki oficjalnej zawsze miało związek z panującą w danym momencie ideologią. Więcej: wykluczania dokonywała zazwyczaj klasa panująca, a przynajmniej dominująca. Wspomniany tryton nie podobał się Kościołowi, bo jego „nieczystość” przywoływała skojarzenie z diabłem. Historia muzyki barokowej to historia muzyki arystokracji, klasycyzm stopniowo wędrował w stronę mieszczaństwa. Potem to właśnie mieszczaństwo osłupiało, gdy impresjoniści zachwycili się muzyką ludową, a już całkiem doznało szoku, gdy zaproponowano mu atonalność i hałas. Dalej historia nieco się komplikuje, bo to, że każda klasa ma swoją muzykę, stawało się coraz wyraźniejsze. Coraz częściej ustawiający się po różnych stronach barykady muzycy i odbiorcy patrzyli na siebie z pogardą, politowaniem, ewentualnie rozbawieniem. Czy przypadkiem w tym stosunku do muzyki innych nie odbija się coś głębszego?
Jednocześnie jednak coraz częściej byliśmy (i jesteśmy wciąż) świadkami mieszania się stylistyk i włączania do osobnych terytoriów muzycznych dźwięków obcych. No właśnie. Tę samą historię można opowiedzieć też oczywiście „od drugiej strony”. Skupić się w narracji na dźwiękach, nazwijmy je tak roboczo, odzyskanych. To te same dźwięki, co wykluczone, obserwowane jednak z innej, odwrotnej perspektywy. W takim ujęciu byłaby to historia upodmiotowienia, włączania kolejnych „grup” albo po prostu grup, historia o poszerzaniu przestrzeni wolności… Byłaby to fajna historia. Dobra bajka o z początku trudnej, ale jakże potem pięknej przyjaźni Czystej Kwinty i Garbatego Trytona… Przypowieść o tym, że wszyscy jesteśmy Półtonami w jednej Chromatycznej Rodzinie… I tak dalej i tak dalej. I ja wcale nie żartuję.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...