|
Witold Mrozek
|
|
05.07.2011 |
|
Plany zagospodarowania przestrzennego, podobnie jak plany pięcioletnie i wszelkie inne plany, należą do sztafażu epoki słusznie minionej. Nic więc dziwnego, że np. w takim Gdańsku na terenie działki planowo przeznaczonej na obiekty usługowe, postawić można kościół. Widocznie tak zadecydował rynek – uniwersalne narzędzie zaspokajania ludzkich potrzeb. Widocznie rynek usług religijnych ciągle się nie nasycił. Nic też dziwnego, że parafia zapłaci za działkę ledwie jedną setną jej wartości - nie ma czegoś takiego, jak obiektywna „wartość”, towar jest wart tyle, ile ktoś za niego zapłaci. A skoro tak poważny inwestor, jak Kościół katolicki, oferuje taką, a nie inną stawkę…
Właśnie – inwestycje. Jak wszyscy pamiętamy z felietonów Gadomskiego i wywiadów z Balcerowiczem, najlepiej rozwijają się te dziedziny gospodarki, których państwo nie obciąża podatkami. Kościelny boom inwestycyjny jest zatem czymś oczywistym - „usługi religijne” opodatkowane przecież nie są. Można więc spojrzeć na taką parcelę pod kościół jak na specjalną strefę ekonomiczną – samorząd przekazuje grunt na preferencyjnych warunkach, inwestor zaś błyskawicznie rozkręca interes. To takich właśnie stref potrzebują nasze miasta. Więcej czarnych wysp na planach zagospodarowania przestrzennego to silniejsza Polska, zielona wyspa na mapie Europy.
Co mnie dziwi? Rada miasta odebrała prezydentowi Gdańska możliwość tworzenia nowych kościelnych specjalnych stref ekonomicznych – nie może on już przekazywać kościelnej korporacji kolejnych gruntów z bonifikatą 99%. Co gorsza, za tym nieelastycznym rozwiązaniem głosowali podobno głównie młodsi radni liberalnej ponoć partii rządzącej. Dlaczego? Czy młody wiek oznacza brak znajomości podstawowych zasad ekonomii? A może znów do czystej rynkowej gry swoje brudne paluchy pcha polityka?
Radnym przypominamy – miasto jest od stwarzania dobrych warunków dla inwestorów, a nie od dbania o tzw. komunalny majątek. Księża – w zdecydowanej większości dobrze zarabiający single, coraz częściej pochodzący z wielkich miast – napędzają swoimi dochodami szereg segmentów gospodarki. Zwiększają konsumpcję i stwarzają nowe miejsca pracy. To od nich zależy, czy będziemy bogatsi - czy biedniejsi.
Felieton ukazał sie na portalu e-teatr.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 05.07.2011 )
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...