|
Oburzona Krystyna Janda występuje z Kościoła katolickiego. A przynajmniej tak zapowiada. Bo czy między prowadzeniem prywatnych teatrów, wskrzeszaniem renomy Teatru Telewizji i udzielaniem wywiadów znajdzie czas na wszystkie procedury związane z apostazją, na składanie podań, szukanie świadków i stawianie się z nimi przed swoim proboszczem?
Janda oburzyła się oczywiście sprawą księdza Adama Bonieckiego, jednego z idoli poczciwej polskiej inteligencji spod znaku Unii Wolności - a zarazem przez wiele lat szefa pisma, które bywało i bywa od tej inteligencji dużo mądrzejsze. Niezależnie od tego, czy stoi nad nim akurat partyjny cenzor, biskup czy menadżer z ITI.
Wydany Bonieckiemu przez władze zakonne zakaz publicznych wystąpień wywołał powszechne protesty, lawinę głosów o braku w Kościele „demokracji” i „wolności słowa”. Jednak instytucja ta od zawsze przecież niewiele ma wspólnego z tymi wartościami, kieruje się zupełnie innymi. Bez hierarchii i posłuszeństwa rzymski katolicyzm – w Polsce tkwiący wciąż mentalnie w kontrreformacji - byłby jak poststalinowski Związek Radziecki bez „centralizmu demokratycznego”. Czyli by go nie było. A na pewno nie byłoby w nim zakonów. Autorytarny i przedoświeceniowy rdzeń katolicyzmu jest zawsze ten sam, niezależnie od tego, czy jako jego twarz występuje akurat przystojny dominikanin z dwoma doktoratami, pięcioma językami obcymi i tysiącem znajomych na fejsbuku – czy groźnie pohukujący z ambony pleban o czerwonej twarzy i olbrzymiej tuszy.
Sam ksiądz Boniecki z Kościoła nie występuje. Zresztą, gdyby chciał uniknąć dyscyplinujących praktyk, nie musiałby tego robić, mógłby nawet pozostać księdzem, a odejść tylko z zakonu. Duchowni diecezjalni, podlegli biskupowi, żyją jednak w nieco łagodniejszym reżimie.
Mówiąc dosadnie – oburzając się, że „kneblują Bonieckiego”, nie można zapominać, że były naczelny „Tygodnika Powszechnego” sam sobie ten knebel w usta pozwolił wsadzić. Życie zakonne to forma duchowego BDSM - czerpanie radości z rozmaitych więzów czy knebli; z tego, że ktoś komuś na coś nie pozwala, zmusza do czegoś czy ogranicza swobodę ruchów. To na tym między innymi polega jego patos.
Księdzu Bonieckiemu widać ciągle z jakichś przyczyn chce się trwać w tej ascetycznej logice. To jego decyzja. Można oczywiście postawić pytanie, czy człowiek ma prawo sam wyzbywać się swojej podmiotowości. Zapytać, czy taka decyzja może być w ogóle podjęta w sposób wolny i świadomy – czy np. zawsze jest skutkiem czyjegoś nacisku bądź funkcjonowania w ramach opresyjnej kultury. To jak z czadorem - można się zastanawiać, czy demokratyczne państwo w imię swoich wartości ma prawo zabronić islamskiej kobiecie jego noszenia. Jednak rozwiązanie takie pachnie oświeceniowym totalizmem – nie chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym konkretny model podmiotowości jest do tego stopnia egzekwowany prawnie. A jednocześnie tzw. „kompromis aborcyjny”, Komisja Majątkowa czy religia w szkołach przeszkadzają mi dużo bardziej niż dyscyplinowanie przez Kościół własnych funkcjonariuszy.
Nie przyłączę się do inteligenckiego pospolitego ruszenia w „obronie” księdza Bonieckiego. Ale i nie zamierzam mówić mu, jak ma żyć: czy ma nosić czador, czy też koloratkę - z własnej woli i z wszystkimi tego konsekwencjami.
Felieton ukazał się na portalu e-teatr.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...