|
Świnki Roberta Glińskiego i Galerianki Katarzyny
Rosłaniec. Nie sposób nie zestawić z sobą tych dwóch filmów. Oba to
współczesne opowieści o dziecięcej prostytucji. W obu bohaterami są
nastolatki wykorzystywane i dające się wykorzystywać za małe pieniądze
i tanie prezenty. W obu dzieciaki są genialnie zagrane przez młodych
aktorów. W obu filmach rodzice nie zauważają, że ich dzieci mają
problem, że nagle z dnia na dzień zaczynają się lepiej ubierać, że
wracają coraz później do domu. Rodzice są ślepi i bezradni. Podobnie
nauczyciele. Nic nie widzą, nic nie rozumieją, nikt ich nie szanuje.
Rodzice nie mają autorytetu u dzieci, więc skutecznie podważają
autorytet nauczycieli. Taka tradycja i taki zwyczaj. A poza tym - na
wszelki wypadek lepiej, żeby dziecko nie szanowało bardziej obcych niż
własnych rodziców. Koniec końców dzieci nikogo nie szanują, a wzorem
jest dla nich dobrze ubrany wyszczekany kolega czy koleżanka z klasy.
Wszystko to brzmi jak belferskie gadanie. Można pomyśleć, że powstały
dwa filmy, które mają uświadomić dorosłym, że dzieciaki mają problem.
Pytanie tylko, czy dorośli filmy zobaczą i czy się przejmą. Rodzice
bohaterów Świnek i Galerianek
filmu raczej nie obejrzą - nie chodzą do kina, ledwo wiążą koniec z
końcem, ani myślą o wyprawie do miejskiego megapleksu i wydaniu na dwa
bilety czterech dych. Jedyną szansą na pokazanie filmu rodzicom jest
wyemitowanie go w jedynce po dzienniku. Tylko czy rodzice zauważą, że
filmowi bohaterowie mają kłopoty podobne do kłopotów ich dzieci? Nawet
jeśli nie są mamą i tatą nastolatki, która idzie do łóżka z facetem, bo
ten obiecał jej nową opaskę, to może są znajomymi takiej mamy. Pewno
pomyślą, że nie są. Akcja filmu Świnki toczy się w miasteczku przy granicy z Niemcami, Galerianek
w dużym mieście, bo tam są galerie handlowe. Rodzice i nauczyciele
dzieci z innych miast gotowi pomyśleć, że to egzotyczny problem miast
dużych i przygranicznych i ich nie dotyczy.
Filmy Glińskiego i Rosłaniec są dobre. Świnki - opowieść o chłopakach zrobiona przez chłopaka - są mroczne i przerażające, Galerianki
bardziej dziewczyńskie, spokojniejsze i poetyckie. Tylko do kogo te
filmy są kierowane? Młodzieży mogą się spodobać. Rodziców mogą znudzić
i zmęczyć. Najgorszą rzeczą, a taka szansa istnieje, to nie obejrzenie
ich przez tych, którzy powinni je obejrzeć i spodobanie się tym,
których powinny przerazić. Dialogi z Galerianek wejdą do języka
nastolatek („Miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż
i się nie przyzwyczajać, nie?”), a dorośli będą ich słuchać i nic nadal
nie będą z tego rozumieć.
Kuriozum dnia: Dekalog 89+ - projekt, w ramach którego
powstają filmy, w których młodzi twórcy pokazują „wpływ przykazań
dekalogu na współczesnego człowieka” (cytat ze strony internetowej
projektu). Film Siódme: street feeling to historia grafika,
który nie ma weny, więc kradnie cudzy projekt. Ten projekt to graffiti
namalowane pod jego oknem. Poznajecie?
W napisach końcowych szukałam informacji o autorze tego graffiti. Nie ma. Czyżby ktoś ukradł projekt do filmu o tym, że źle jest kraść
projekty? Doprawdy dziwny jest „wpływ dekalogu na współczesnego człowieka”.
Kuriozum festiwalu: Bursztynowego Lwa - nagrodę dla produkcji, która
przyciągnęła w ostatnim sezonie najwięcej widzów do kina - otrzyma Kochaj i tańcz,
film, którego nie ma w konkursie. Nie został nawet zgłoszony. Twórcy
uznali, że w Gdyni nie ma o co walczyć. Przed rokiem Łukasz Barczyk nie
zgłosił filmu do konkursu i wybuchł skandal. Ciekawe czemu teraz nie
wybuchł, czemu nikt nie upomniał się o pokazanie najpopularniejszego
polskiego filmu zeszłego sezonu podczas święta polskiego kina.
Lubianych i oglądanych na świecie nie chcemy. Oni mają swoje święto,
gdy przeglądają box office’y.
Na podobny temat
|
"Są gry komputerowe, które mogą&n...
Proszę Pani, ale to się i tak stać mu...
"Jak poszczuję kogoś psem, nie ch...