|
Euro 2012 jest uważane za szansę na szybką modernizację Polski. Podkreśla się jego zalety nie tyle prestiżowe, co infrastrukturalne. Ma być okazją do stworzenia sieci szlaków komunikacyjnych, ale też szansą na liczne inwestycje. Poczynając od tych najbardziej oczywistych - sportowych, poprzez hotelarskie czy handlowo-usługowe, a kończąc na inwestycjach w zwykłych ludzi, których mieszkania zostaną przy okazji odnowione, a oni sami zyskają szansę na lepsze życie. Krótko mówiąc: piłka nożna jako impuls dla powszechnej modernizacji kraju. Tak przynajmniej wygląda to w prospektach reklamowych czy w mowach agitacyjnych na rzecz stadionów. Jednej z nich miałem okazję wysłuchać w Gdańsku. Rzecznik prasowy spółki Bieg2012, która zajmuje się budową stadionu Baltic Arena, Michał Kruszyński, nie ukrywa, że wiele osób uważa go za osobę arogancką, ale to dlatego, że nie lubi malkontenctwa. Będąc urodzonym malkontentem, nie mogę powstrzymać się od pewnej – rzeczowej, jak się łudzę – krytyki.
Zacząć trzeba od podstawowego pytania. Czy budowanie stadionów jest rzeczywiście najlepszym modelem modernizacji Polski? Oczywiście jest to pytanie spóźnione. Decyzje zostały podjęte. Zamiast większej ilości przedszkoli czy szpitali będziemy mieli wielofunkcyjne stadiony. Bo przecież już w tym punkcie jasne jest, że Euro 2012 nie będzie u nas co roku. Trzeba więc szukać alternatyw. Poza meczami mogą się na stadionach oczywiście odbywać koncerty albo np. zawody żużlowe. Ale dziewięć tysięcy kwadratowych powierzchni handlowej również będzie miał swój wkład w stadionowy pejzaż. Planowane są przestrzenie restauracyjne. W większej knajpie będzie można organizować, według słów rzecznika, koncerty jazzowe, w mniejszej bardziej alternatywne. Bardzo ambitne to plany. Bo o ile jestem w stanie uwierzyć, że trochę osób może przyjść na koncert Robbiego Williamsa czy mecz Lechii, o tyle może być trudno skłonić do wycieczki na Letnicę bardziej alternatywną młodzież, która niekoniecznie może mieć ochotę bawić się w klubie stadionowym, tym bardziej, że znajduje się on w dość niebezpiecznej okolicy. Żeby tylko wspomnieć ciągle ginące nocami z budowy paliwo. Ale to tylko jedna z licznych nielegalnych działalności, jakie tam kwitną, o czym przekonałem się podczas późniejszych rozmów z lokalnym aktywistą Mariuszem Andrzejczykiem.
Do niezwykle ciekawej osoby Mariusza jeszcze wrócimy, na razie chciałbym zastanowić się nad postacią Michała Kruszyńskiego, który – jak podaje w swoim profilu na Goldenline.pl – jest również poetą. „Układam zdania listów miłosnych tym, którym nieśmiałość nie pozwala”. Być może jego opowieść o stadionie należy traktować jak list miłosny wygłoszony w imieniu tych, którym nieśmiałość nie pozwala. Na przykład w imieniu premiera Tuska, któremu stadion ogromnie się podoba. Być może dlatego, że wygląda jak wielka bułka, których premier, ze względu na pełnioną reprezentacyjną funkcję, jeść za dużo nie może. Co do Tuska, to podczas spotkania na budowie Baltic Areny przytoczona została jego opinia na temat graniczących ze stadionem terenów przemysłowych. Podobno zapytany, co z tym, niezbyt estetycznym fantem zrobić, odrzekł: „No co? Wywłaszczamy!” W obliczu tej pewności siebie nawet rzecznik prasowy okazał się sceptyczny. Jakkolwiek można traktować ten cytat jako żart, to trzeba zauważyć, że pokazuje on znamienny stosunek władzy do obywateli. Nie, żebym miał coś przeciwko wywłaszczaniu. Zasadniczy jest jednak powód, dla którego się to robi. Powody estetyczne są wystarczające. A nawet okazują się bardzo ważne. Wydają się na przykład głównym problemem przy rewitalizacji Letnicy. Jeśli komuś przeszkadza panująca tam bieda i szerząca się przestępczość, to właśnie chyba dlatego. Tacy brzydcy obywatele, obok takiego ładnego stadionu? Nie może być. No i nie będzie. Rewitalizacja stanowi właściwie synonim wysiedlenia. Część z zamieszkujących osiedle mieszkańców została już przesiedlona do innych dzielnic. Wielu dopiero to czeka. Teoretycznie zawsze będą mogli wrócić. Praktycznie może się okazać, że nie stać ich będzie na odnowione mieszkania, do których wprowadzą się ładniejsi mieszkańcy. Polityka przesiedleń jest oczywiście jakimś rozwiązaniem. Podobnie dzieci odpowiadają na pytania, co zrobić z ludźmi żebrzącymi na ulicach. Dzieci chcą ich wywieźć tam, skąd przyjechali albo usunąć ich z miasta. Bardzo to sprytne, ale przesuwanie problemu nie przyczyni się do jego rozwiązania.
Tutaj dochodzimy do postaci Mariusza Andrzejczyka. Jako młody chłopak brał trzysta siedemdziesiąt kilo na klatę i handlował sterydami, aby, gdy państwo skonfiskowało cały jego majątek, zająć się działalnością wśród lokalnej młodzieży ze skłonnościami do przestępczości. Czy może raczej nawet nie skłonnościami, tylko rozlicznymi praktykami. Andrzejczyk stworzył siłownię, gdzie mogą wyładowywać swoją energię i ćwiczyć sztuki walki. Próbuje ich także przekonywać, że legalna praca może być również źródłem zarobków i satysfakcji.
Andrzejczyk nie ma pewności siebie Kruszyńskiego. Ciągle powtarza „moim zdaniem” i „mogę się mylić”. Być może dlatego, że jego praca jest trudniejsza i nie polega wyłącznie na wciskaniu kitu. Przytoczmy jeszcze jedną anegdotę. Kruszyński opowiadał, że dzięki systemowi monitoringu HD, który będzie robił zdjęcie każdemu wchodzącemu, uda się zlikwidować stadionową przemoc. O bitwach kibiców opowiadał również Andrzejczyk. Twierdził, że nie da się im zapobiec, bo ich uczestników zwyczajnie to kręci. Cóż z kamer HD, gdy ustawki odbędą się w lesie obok?
Łatwiej jest zbudować stadion, niż zmienić człowiek? Być może. Pytanie, czy powinniśmy koncentrować się na tym, co jest łatwiejsze i ładniejsze? Nie ma co do tego pewności nawet Kruszyński powtarzający, że budowa stadionu jest wielkim wyzwaniem. Być może. Ale w sytuacji, gdy inwestorem jest państwo, któremu raczej będzie trudno zbankrutować, jest to problem wyłącznie logistyczny. Można jednak by oczekiwać, że priorytetem państwa nie będzie jedynie opłacalna inwestycja (choć nawet w jej opłacalność należy wątpić, wcale nie jest pewne, że stadion będzie na siebie zarabiał, tym bardziej, że jest jedną z dwóch tego rodzaju inwestycji właśnie wznoszonych w Gdańsku), ale również cele społeczne.
Że można myśleć i działać w ten sposób, pokazuje również przykład Katarzyny Kownackiej-Nowaczek, odpowiedzialnej w Referacie Rewitalizacji Urzędu Miejskiego w Gdańsku za tak zwane projekty miękkie. Projekty miękkie, czyli rewitalizacja poprzez aktywizację lokalnej ludności. Co wydaje się nawet ważniejsze, niż zwyczajne odnowienie domów. Dopóki nie przekonamy ludzi, że warto o nie dbać, można odnawiać budynki bez końca z podobnym, zerowym skutkiem. Oczywiście łatwiej wyremontować dom niż zmienić człowieka. Dlatego niewymierna praca w dziedzinie projektów miękkich jest tak niewdzięczna. Nie przynosi namacalnych efektów politykom, którzy mogliby się nimi pochwalić na afiszach, więc bardzo trudno ich przekonać, że jest rzeczywiście potrzebna. A przecież jest nie tylko potrzebna, ale wręcz niezbędna, jeśli nie chcemy żyć w społeczeństwie, które musi kolejnych, coraz brzydszych, mieszkańców, przesiedlać za coraz wyższe płoty, żeby nie psuli widoku pięknych stadionów.
Zobacz: Rewitalizacja Stoczni Gdańskiej - fotorelacja Jakuba Szafrańskiego
Czytaj więcej o projekcie: Miejsca transformacji
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...