|
Dolne Miasto jest uważane za jedną z niebezpieczniejszych dzielnic Gdańska, ale nie zawsze tak było. Przed drugą wojną światową dzielnica ta należała właściwie do Śródmieścia i dopiero wybudowanie przelotowej szosy warszawskiej, oddzielił ją od dzisiejszego centrum, a znajdujące się tam liczne zakłady przemysłowe (między innymi fabryki broni i zakłady futrzarskie) dawały mieszkańcom względnie dobrze opłacaną pracę. Dzisiaj Dolne Miasto wciąż znajduje się w okolicach gdańskiej starówki, Urzędu Wojewódzkiego i Miejskiego, co wzmacnia dwuznaczną sytuację miejsca będącego jednocześnie w centrum i na peryferiach.
Świadectwem tej dwuznaczności jest między innymi nazwa lokalnego stowarzyszenia „Bliżej centrum”. Utworzone z inicjatywy proboszcza i radnego pochodzącego z dzielnicy stara się działać na rzecz ożywienia i zmodernizowania podupadłej okolicy. Jolanta Kwiatkowska, dyrektorka tamtejszej podstawówki, stwierdza bez ogródek, że upadek Dolnego Miasta bezpośrednio związany jest z polską transformacją ustrojową. Dopiero nowy ustrój sprawił, że robotnicy stali się bezrobotnymi, co w oczywisty sposób sprzyjało rozwojowi, a przynajmniej wyjściu na jaw, patologii. Zresztą jej osobisty przykład - punkty zdobyte za robotnicze pochodzenie, które umożliwiły jej edukację - pokazuje, że istnieją sposoby, by bieda i brak wykształcenia nie były cechami dziedziczonymi z pokolenia na pokolenie.
Dziś dzielnica nie jest tak niebezpieczna jak jeszcze kilka lat temu. Mają w tym swój udział osoby aktywnie działające na rzecz społecznej rewitalizacji dzielnicy. Poza wspomnianym stowarzyszeniem wymienić tu trzeba działalność edukacyjną Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, prowadzoną pod przewodnictwem Mikołaja Jurkowskiego i Sylwestra Gałuszki z PGR-Art. Od listopada zeszłego roku, w budynku odziedziczonym po straży pożarnej, rozpoczęło pracę Centrum „Reduta”, utworzone przez stowarzyszenie „Mrowisko”. Codzienna praca i nauka z dziećmi wydaje się niezbędna w miejscu, gdzie rodzice po pierwsze sami nie bardzo mają na to ochotę, po drugie tego nie potrafią. Można jeszcze liczyć na kolegów z podwórka, którzy rzeczywiście służą pomocą, ale głównie w nauce sztuk walki, w fizyce raczej nie pomogą. Praca dziewczyn z „Reduty” jest tym bardziej potrzebna, że instytucje państwowe nie bardzo mają ochotę się w to angażować. Brak ochoty nie jest zresztą jedynym problemem. Dyrektor Kwiatkowska opowiadała między innymi, że po kontroli z kuratorium została upomniana, że nie jest upoważniona do udostępniania pomieszczeń na zajęcia pozalekcyjne dla dzieci. Jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało. Teoretycznie mogłoby się wydać, że dyrektorka, która organizuje zajęcia pozalekcyjne, mimo braku pieniędzy na tego typu akcje w szkolnym budżecie, powinna być chwalona. Okazuje się jednak, że udostępnianie w szkole pomieszczeń organizacjom, które są gotowe tego rodzaju zajęcia prowadzić, może być problemem. Zaskakujące jest, w jakim stopniu państwo pragnie zrzucić z siebie wszelką odpowiedzialność za swoich obywateli. Rewitalizacja społeczna jest w głównej mierze oddolnym działaniem mieszkańców, tudzież innych osób osobiście zainteresowanych Dolnym Miastem.
Jednocześnie nie jest tak, że miasto całkowicie nie interesuje się tą okolicą. Zainteresowanie to przybiera jednak często zaskakujące formy. Kilka lat temu zrewitalizowano brzeg części kanału Motławy. Zrobiono to jednak w tak przemyślny sposób, że jedyna aktywność, jaką można tam spostrzec, to spożywanie alkoholu przez lokalnych mieszkańców. W czym oczywiście nie ma nic złego. Ale pewnie możliwości byłoby więcej, gdyby obok ławeczek postawiono na przykład również boisko. Albo przynajmniej okolica została połączona z niedalekim centrum. Tego jednak nie zrobiono, niedawno zbudowane chodniki zarastają trawą. O rewitalizacji szybko zapomniano. Choć po samej idei pozostało znamienne graffiti głoszące hasło: „jebać społeczniaków”. Łatwo zrozumieć dosadność sądów młodych mieszkańców, których nikt nie spytał, czego by sobie życzyli dla swojej dzielnicy. Zaobserwować można również inne zjawisko. W generalnie biednej dzielnicy zamieszkuje – jak twierdzi jeden ze spotkanych przez nas „rewitalizatorów” - sporo gdańskich „urzędników, prawników i doktorów”. A to dlatego, że dziewiętnastowieczne mieszkania są eleganckie, przestronne i blisko centrum. Warto zauważyć, że jedną z nielicznych odnowionych kamienic stanowi budynek mieszczący agendę Urzędu Miejskiego. Całkiem możliwe, że okolica wkrótce stanie się znacznie bardziej elegancka, czemu sprzyja podnoszenie czynszów. Zresztą domy wybudowane dla biednych mieszkańców przez Towarzystwa Budownictwa Społecznego również okazują się przekraczać ich możliwości finansowe, co stawia pod znakiem zapytania całą idee. Gdzie mają się przenieść, skoro nie stać ich nawet na wybudowane dla nich domy? Nie bardzo wiadomo. Całodzienna wizyta na Dolnym Mieście pozwala odnieść wrażenie, że ani państwo, ani miasto Gdańsk nie ma pomysłu, co zrobić z biedą. Lokalne działania mieszkańców i stowarzyszeń są raczej „łataniem dziur”, w sytuacji, gdy potrzebna jest zwarta i całościowa zmiana polityki społecznej.
Zobacz: Dolne Miasto - fotorelacja Jakuba Szafrańskiego
Czytaj więcej o projekcie: Miejsca transformacji
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...