|
Pomieszczenia sztuki
Po przekroczeniu bramy Stoczni Gdańskiej kierujemy wzrok na duży budynek. Wchodząc do środka, szybko przekonujemy się, że z budową statków nie ma on dziś nic wspólnego. Na parterze skorzystać można z usług przeróżnych firm prywatnych. Wyżej, trzeba się wspiąć po schodach, znajdują się małe pokoiki, w których rezydują artyści z tak zwanej Kolonii. Dzielą łazienkę, mijają się na korytarzu, który pełni funkcję przestrzeni wystawienniczej, czasem rozmawiają o wspólnym projekcie. Sąsiedztwo dźwigów i czerwonej cegły jest nieprzypadkowe, ma stworzyć artystom możliwość wnikliwej obserwacji dziś już tylko symbolicznego terenu, jakim jest Stocznia Gdańska.
Inne artystyczne aranżacje przestrzeni preferuje Berlin. W 2001 roku po reformie administracyjnej mało atrakcyjny rejon Wedding stracił samodzielny status. Koszty najmu lokali są tam niższe niż w większości innych dzielnic, a mieszkańcy to ludzie o niewielkich dochodach, imigranci, studenci. Władze miasta w ramach rewitalizacji udostępniły tę przestrzeń także artystom. Całość nazwano Kolonią Wedding. Pracownie artystów i miejsca wystawiennicze ulokowane są między tanimi sklepikami, w których pracuje przede wszystkim ludność napływowa. Wielu sprzedawców nie mówi nawet zbyt dobrze po niemiecku. Choć od kilku lat Wedding nie ma już większych problemów z przestępczością to, jak mówi artystka jednej z tamtejszych galerii: To nie jest dzielnica caffe latte.
Wypłynąć ze stoczni
Wróćmy do Gdańska. Spotykamy artystę, który ma poczucie, że wkrótce będzie musiał opuści swoją pracownię. Nie dlatego, że go wyrzucają, tylko ściany coraz bardziej się kurczą. Zastanawia się, co jeszcze poza wystawą na korytarzu mógłby stworzyć, ale myślami jest daleko za ostatnim wspólnym wernisażem. Ma pomysł na taki projekt: wypłynie ze stoczni na barce. Takiej dużej z napisem „SOLIDARNOŚĆ”. Koniecznie nad napisem musi pojawić się tęcza. Przecież „Solidarność” była ruchem, który walczył o prawa wykluczonych – mówi. Plan raczej się nie powiedzie, bo wątpliwe, żeby pomysł spotkał się z aprobatą tych, którzy mogliby wesprzeć przedsięwzięcie. Artyści w gdańskiej Kolonii nie mają wielu możliwości (finansowych) aby działać samodzielnie. Jednak oczekuje się od nich projektów i prac, trochę w formie zadania publicznego. Artysta przekonuje, że owszem, Stocznia Gdańska inspiruje. Tylko czy artyści zainspirują stocznię i ożywią jej martwe tereny?
Galeria bez wyjścia
Kolonia Wedding w Berlinie funkcjonuje inaczej. Na zasadzie sieci, która zapewnia artyście dużą swobodę w kształtowaniu przestrzeni wystawienniczej. Mimo że wszystkie galerie finansowane są z tego samego funduszu, większość podejmuje samodzielne próby pozyskiwania dodatkowych środków. Z galerii można korzystać różnie. Ale nie jest to miejsce na prezentowanie wyłącznie własnych dokonań twórczych. Większość wystaw to prezentacja innych, przeważnie zaprzyjaźnionych artystów. A do tego nie ma wiele czasu na dyskusje o poziomie artystycznym prac, bo organizacja pochłania go prawie w całości. Jedni łączą wernisaże z koncertami muzyki klasycznej, na które przyjeżdżają ludzie z innych dzielnic, a i sąsiedzi od czasu do czasu zaglądają zobaczyć, co się dzieje. Drudzy organizują, w mniejszym lub większym stopniu, skierowane do mieszkańców warsztaty. Wszystko to jednak w granicach bezpiecznej otwartości. Relacje między mieszkańcami i artystami są różne. Generalnie jednak odnosi się wrażenie, że przeważa dystans, połączony z „uprzejmą nieuwagą”. Ludzie z Wedding galerii już nie zauważają, artyści natomiast nie ingerują szczególnie w problemy dzielnicy. Drzwi galerii stanowią dla nich bardziej wejście (do siebie) niż wyjście (do innych).
Sztuka wyjścia
Baaba, który nie jest rodowitym Niemcem, twierdzi, że położenie galerii w Wedding jest kluczowe, bo umożliwia wymianę doświadczeń różnych grup napływowych. Osoby zamieszkujące dzielnice stanowią mieszankę kulturową, która powinna nauczyć się współdziałania. Podkreśla też, że aby usprawnić rozpowszechnianie sztuki, należy zająć się odpowiednią edukacją. W dzielnicy większość osób nie zna niemieckiego, co stanowi ogromną przeszkodę w nawiązaniu dialogu. Baaba poduczył się tureckiego i próbuje wychodzić z galerii. Na terenie Kolonii Wedding zdarzają się też inicjatywy społeczne mające na celu edukację i integrację mieszkańców. Podejmują się ich osoby niezwiązane z galeriami. Działalność Baaby jest więc rzadkim przypadkiem podjęcia dialogu na polu sztuki. W jego galerii obejrzeć można wystawę, której tematem są uchodźcy. Większość sąsiadów wie, co oznacza opuszczenie swojego kraju na zawsze.
(Nie)użyteczne nieużytki
Artyści nie zaprzeczają, że ich obecność może przyczyniać się do gentryfikacji, czyli szeregu zmian niekorzystnych dla mieszkańców. Zmiany zaczynają się już od momentu utworzenia pomieszczeń dla artystów, co podnosi atrakcyjność dzielnicy dla ludzi z zewnątrz. Następnie wartość terenu wzrasta, co w określony sposób selekcjonuje następnych użytkowników. Może to prowadzić do zmiany składu społecznego zbiorowości zamieszkującej Wedding. Biedni nie opłacą mieszkań w prestiżowej dzielnicy.
Każda inna próba rewitalizacji mogłaby do tego doprowadzić. To chyba lepiej, żeby zamiast przestrzeni komercyjnych były galerie? Christian de Lutz, który prowadzi w Wedding od 2006 galerie „Art. Laboratory” twierdzi: Miejsca sztuki są otwarte dla wszystkich a sklepy dla wybranych. W jego interpretacji obecność produktów sztuki zamiast produktów konsumpcyjnych ma polepszyć jakość życia w sąsiedztwie. To wystarczy. Przygotowania ludzi do odbioru kultury traktuje się raczej marginalnie.
Gentryfikacja stanowi zagrożenie nie tylko dla mieszkańców. Obecność artystów w Kolonii Wedding jest elementem rewitalizacji, który miał wpłynąć na podniesienie walorów dzielnicy w oczach osób spoza jej obszaru. Jeżeli czynsze mieszkań pójdą w górę, to samo stanie się z opłatami za przestrzenie wystawiennicze. Większość galerii może wraz z mieszkańcami zniknąć z dzielnicy. Artyści nie będą musieli jednak zmieniać własnych domów. Bo i tak mieszkają poza Wedding. Kolonie dobiegną końca, tylko Baaba spakuje walizki razem z innymi mieszkańcami.
W dzielnicy objętej taką formą rewitalizacji artysta sam decyduje, czy sztuka będzie zaangażowana w życie mieszkańców i ponosi tego konsekwencje. Nieużytki, które otrzymali artyści, mogą być społecznie użyteczne, ale nie muszą.
Anna Cieplak* - członkini Klubu KP w Cieszynie
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...