Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Można narzekać, że: przaśnie, odpustowo, kiczowato, bogoojczyźnianie. Dwie godziny mszy, kwadrans wiecu, a na deser Kylie Minogue. Już sam opis wygląda tandetnie. Cóż poradzić, skoro przaśny i odpustowy jest właśnie polski lud.
4 czerwca 2009 roku w Gdańsku, poza premierem, było wszystko. Był nawet rząd (a przynajmniej jakaś jego część) w osobie Waldemara Pawlaka. Przy wejściu na Plac Solidarności można było kupić proporczyki, flagi, koszulki, breloczki, otwieracze do piwa, historyczne broszury, kubki, balony. Zawsze z charakterystycznym czerwonym logiem. Gadżety sprzedawało nawet Europejskie Centrum Solidarności. Pewnie ich też dotknął kryzys i muszą łatać dziury w budżecie.
Wyśmiewaliśmy romantyków? Wzruszaliśmy ramionami na wieść o wzniosłych ideach mesjanistów? Niesłusznie. Arcybiskup Leszek Głódź podczas homilii przypomniał nam o Bogu, który przemawiał zza gorejącego krzaka Mojżeszowego do ludu polskiego, o mesjanistycznym posłannictwie narodu. Dziękował Bogu za Polskę wymodloną, wywalczoną, wyczekiwaną. Kolejność nie jest przypadkowa. Przecież tylko pod krzyżem Polska będzie Polską, a Polak Polakiem. Nie da się więc zrozumieć Solidarności bez Chrystusa. No i bez Jana Pawła. Dorzućmy jeszcze Popiełuszkę i Sienkiewicza, i mamy Trójcę, choć jeszcze nie świętą. No i jak, koniec romantyzmu?
A jednak koniec. Lud utracił swe wzniosłe oblicze. Zresztą już za Gierka wyzywano go od warchołów. Współczesny słownik obelg wzbogacił się dodatkowo o zadymiarzy (Tusk), wandali (Gadomski) i „obalaczy”. Bo dla kapitalizmu jedyna masa to masa upadłościowa, przeszkoda na drodze reform.
Na Placu Solidarności tlił się jeszcze żar romantyczno-rewolucyjnego zapału. Był to już jednak zapał dogorywający. Były sztandary, były przemówienia, ale była też Kylie Minogoue, i w rzeczywistości to ona była gwiazdą wieczoru. Lud jeszcze się modlił, ale nie zauważył, że w tzw. międzyczasie Bóg umarł i modlitwy trafiały w próżnię. Pół biedy, że chociaż mamy Jana Pawła.
Solidarność współczesna
Solidarność, pisana tak wielką, jak i małą literą, jest niewygodna. W końcu mamy czasy oświeconego indywidualizmu. Nawet podczas obchodów okrągłej rocznicy nie obeszło się bez zgrzytów. Z jednej strony premier i rząd wyjechali na Wawel, z drugiej, obecnemu na gdańskich uroczystościach Karolowi Guzikiewiczowi odmówiono zarezerwowanego wcześniej miejsca koło prezydenta – to lokalna odsłona polskiej wojny o stołki. Święto „Solidarności” nie było też świętem dla wszystkich stoczniowców. Część z nich pracowała normalnie. Ci obecni na wiecu, będą musieli odrobić nieprzepracowane godziny.
Lista krzywd jest długa, a ochoty do rozmów po obu stronach nie widać. Na sławnej już debacie pomiędzy stoczniowcami a premierem Tuskiem pracowników reprezentował jedynie dyrektorski związek zawodowy „Okrętowiec” i Związek Zawodowy Inżynierów i Techników, który nie zrzesza ani jednego inżyniera. „Solidarność” odrzuciła wezwanie do rozmów. Ale czego innego można się spodziewać po „zadymiarzach”?
Tymczasem wciąż jest o co walczyć. Pytania, co zrobić z rozwarstwieniem płacowym, bezrobociem i prywatyzacją, wciąż są aktualne. Inną rzeczą jest, co można konkretnie zrobić? Pytani przez nas o wymarzoną wizję Polski za dwadzieścia lat, stoczniowcy odpowiadali różnie. Jedni, jak Edward Roeding, człowiek od trzydziestu lat związany ze stocznią, czekają na rewolucję. Inni życzą sobie, by „zlikwidować” tych, co rządzą i niech za 20 lat władzę obejmą dzisiejsi dwudziestolatkowie. To się nawet dobrze składa, bo akurat większość z młodych lewicowców ma po 20 lat. Wszyscy życzą sobie pracy i chleba. Pytani o szczegóły milczą. Nie są to jednak żądania wygórowane. Pracująca w Stoczni Gdańskiej do kilkudziesięciu lat jako suwnicowa Elżbieta Krefft wymienia po kolei postulaty: zwiększenie bezpieczeństwa pracy, zarobków, poprawa organizacji pracy i lepsze traktowanie pracowników. Byłoby błędem utrzymywać, że są zawiedzeni ostatnim dwudziestoleciem. Byłoby jednak kłamstwem, twierdzić, że są jego beneficjentami. Pracownik stoczni wzrostu PKB nie odczuł. Ich frustrację potęgują również kłopoty Stoczni Gdańskiej i groźba jej upadku. Często brakuje im po kilka lat do emerytury.
Co wynika z rocznicowych obchodów w Gdańsku? Właściwie nic. Kto miał się pomodlić, pomodlił, kto miał się pobawić, pobawił, kto pokrzyczeć, pokrzyczał. Kto wreszcie miał obalać mury, obalił. Do niedawna mogliśmy chociaż ponarzekać na lud: bo przaśny, narodowy, konserwatywny światopoglądowo, bogoojczyźniany… Cóż, innego ludu nie mieliśmy. Teraz nawet jego może nam zabraknąć.
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...