NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Ostolski: Potrzebna jest nam nowa wizja postępu Drukuj
Adam Ostolski w rozmowie z Przemysławem Prekielem   
08.05.2009
Przemysław Prekiel: Jak oceniasz polską transformację? Co się udało zrobić, a czego nie?

Adam Ostolski: Żyjemy w świecie, który jest efektem wielkiej polityczno-gospodarczej zmiany trwającej od kilku dekad. Mówiąc o „polskiej transformacji”, myślimy najczęściej o zmianie, której symboliczna data przypada w roku 1989 i która oznaczała z grubsza dwie rzeczy: przejście od jednopartyjnej dyktatury do liberalnej demokracji oraz od nakazowo-rozdzielczego do rynkowego modelu gospodarki. Niektórzy dodają do tego „powrót do Europy”, czyli integrację z międzynarodowymi strukturami NATO i Unii Europejskiej. Od początku podkreślano przy tym, że w przeciwieństwie do dawniejszych utopii, które były „gorącymi projektami”, mobilizującymi wielkie namiętności, liberalna demokracja jest projektem „chłodnym”. Te zadania udało się zrealizować, zapewne ani lepiej, ani gorzej niż w innych krajach Europy Wschodniej.

  

Problem z takim rozumieniem „polskiej transformacji” polega na tym, że jest to tylko nawierzchnia. Polityczne i gospodarcze przemiany w Europie Wschodniej od początku wpisane były w kontekst neoliberalnej globalizacji - to znaczy w inną, większą i bardziej uniwersalną transformację globalną. Na całym świecie oznacza ona prywatyzację problemów społecznych, kurczenie się zbiorowych zabezpieczeń przed ryzykiem, przeniesienie akcentu z opiekuńczej na policyjną funkcję państwa, nowe wzory migracji zarobkowych, deregulację rynków, wzrost rozpiętości dochodów, elastyczny reżim i wydłużające się godziny pracy itp. itd. Także pod tym względem zadanie zostało wykonane z nawiązką.

  

Czy polskie społeczeństwo nie zapłaciło zbyt wysokiej ceny w związku z tą transformacją?

  

Kusi mnie, żeby odwrócić to pytanie: czy transformacja nie była zbyt wysoką ceną za nasze bezczelne marzenia o lepszym świecie? Lata 80. to był na świecie, i także w Polsce okres ambitnych marzeń. Robotnicy marzyli o Rzeczpospolitej Samorządnej, o kontroli nad zyskami swoich zakładów, o pełnej suwerenności Polski… Ruchy pacyfistyczne marzyły o zatrzymaniu wyścigu zbrojeń i przeznaczeniu zaoszczędzonych pieniędzy na inne cele, takie jak ekologia i pomoc rozwojowa dla Trzeciego Świata. W tym samym czasie ekologowie protestowali przeciw budowie elektrowni jądrowych w Żarnowcu i Klempiczu, Warszawski Ruch Homoseksualny walczył o prawo do rejestracji, od początku lat 80. powstawały inicjatywy feministyczne. Czym był rok 1989 z punktu widzenia ich marzeń i działań? Co przyniósł robotnikom i ruchom społecznym? Jak wyglądałaby ta historia, gdybyśmy nauczyli się opowiadać ją nie z jakiejś jednej totalnej perspektywy („my wszyscy”, naród, polskie społeczeństwo itp.), lecz z wielu różnych zaangażowanych perspektyw?

  

Często mówi się, że rok 1989 przyniósł Polakom wolność, zaś rozmaite koszta transformacji (m.in. masowe bezrobocie, wzrost rozpiętości dochodowej, odebranie Polkom wolności do przerywania ciąży) to po prostu cena, jaką płacimy za tę wolność. Jest w tym dużo prawdy - po roku 1989 zwiększyła się paleta opinii dostępnych w prasie i telewizji, pojawiły się możliwości podróżowania po świecie, zaciągania kredytów, wyboru między różnymi partiami politycznymi… Cały szereg „negatywnych wolności”, bez których nie wyobrażamy już sobie życia - i słusznie.

  

Z drugiej strony nie mogę jednak zapomnieć dwóch obrazów, które widziałem w telewizji na samym początku lat 90. Pierwszy z nich to fragment programu „Sprawa dla reportera”: robotnicy, którzy wyli do kamery, domagając się zniesienia popiwku (podatku od wzrostu wynagrodzeń). Drugi to obraz kilku mężczyzn z zasłoniętymi twarzami stojących wokół kolumny Zygmunta. To była grupa gejów, którzy chcieli zorganizować manifestację na Placu Zamkowym, ale zakazano im tego argumentując, że obok jest katedra. Zawsze kiedy słyszę, że rok 1989 przyniósł Polakom wolność, prześladują mnie te obrazy, to wrażenie zaszczucia… Można powiedzieć, że są to przypadkowe skojarzenia, że nie wyrażają istoty polskich przemian, a jedynie ich uboczne koszty. Co jednak, jeśli podobnie jak wytrzymałość mostu mierzy się zawsze w najsłabszym punkcie, tak samo o danym porządku społecznym najwięcej mówi pozycja tych, którzy są w nim najsłabsi, którzy mają w nim najmniej wolności?

  

Dużo się mówi o planie Balcerowicza, ale co on konkretnie zakładał i czego dokonał?

  

Planem Balcerowicza nazwano pakiet ustaw przyjętych przez Sejm kontraktowy w grudniu 1989 roku. Dotyczyły one bardzo różnych spraw, m.in. regulowały emisję pieniądza, zasady opodatkowania czy zasady zwolnień grupowych. Zarówno pod względem gospodarczym, jak i politycznym najważniejsza była ustawa o podatku od wzrostu wynagrodzeń, czyli wspomnianym już przez mnie „popiwku”. Oficjalnym celem popiwku było zatrzymanie inflacji poprzez ograniczenie presji płacowej. Jednak zahamowanie inflacji można było osiągnąć w inny sposób, przy mniejszych kosztach społecznych, co proponował w debacie nad ustawami Balcerowicza senator Karol Modzelewski. Wkrótce potem zniesiono popiwek w sektorze prywatnym, zachowując go w sektorze państwowym. W warunkach wysokiej inflacji zamrożenie płac w sektorze państwowym było swego rodzaju ekonomicznym terrorem, sposobem na złamanie oporu pracowników przed prywatyzacją ich zakładów. I to się bez wątpienia udało.

  

Dziś jednak mówiąc o „planie Balcerowicza” mamy na myśli raczej pewien sposób myślenia o polityce gospodarczej niż te konkretne ustawy. Zgodnie z tą wizją istnieje ktoś, kto wie, jak należy postępować z gospodarką - są to krajowi i międzynarodowi eksperci, będący rzekomo w posiadaniu naukowych recept na problemy ekonomiczne. Elity polityczne mają się kierować wskazówkami tych ekspertów, a co za tym idzie, polityka gospodarcza musi być w znacznym stopniu wyłączona spod demokratycznej debaty. Nieprzypadkowo ustawy firmowane przez Balcerowicza przyjęto bez publicznej dyskusji, zaś debatę sejmową ograniczono do rytualnego minimum. Zadaniem polityków w tym modelu nie jest reprezentowanie interesów społecznych, lecz nakłanianie obywateli do akceptowania narzucanych im z góry jedynie słusznych rozwiązań.

  

Rozbrajaniu demokratycznych roszczeń, które mogłyby stać na drodze takiej polityce, służył cały arsenał nowomowy, stawiającej po jednej stronie „populizm” i „postawy roszczeniowe”, po drugiej zaś „bolesne reformy” i obiecywany przez nie „powrót do normalności”. Czy ten styl myślenia nie nadaje wciąż tonu naszej polityce i debacie publicznej, nie tylko w dziedzinie gospodarki? Ilekroć rząd podejmuje ważną decyzję bez publicznej dyskusji - np. wysyła armię na wojnę, podpisuje umowę o tzw. tarczy antyrakietowej czy postanawia zbudować elektrownię atomową - czy nie kontynuuje stylu rządzenia zapoczątkowanego planem Balcerowicza?

  

Dlaczego ludzie pracy nie znaleźli w tym 20-leciu oparcia w lewicy, która z natury rzeczy powinna ich bronić?

  

A ile godzin mogę odpowiadać na to pytanie? /śmiech/ Niestety kryzys lewicy to jest w dużej mierze tendencja globalna. Tony Blair w Wielkiej Brytanii, Bill Clinton w Stanach Zjednoczonych, Gerhard Schröder i Joschka Fischer w Niemczech posunęli neoliberalne przemiany dużo dalej niż ich prawicowi poprzednicy. A w RPA to właśnie lewicowy Afrykański Kongres Narodowy zainstalował neoliberalizm po upadku apartheidu. Ogólnie rzecz biorąc, lewicowi przywódcy podzielili się w latach 90. na dwie grupy. Jedni poszli „trzecią drogą”, udowadniając, że lewica wcale nie gorzej od prawicy radzi sobie z obsługiwaniem kapitalizmu. Inni, jak Lionel Jospin, próbowali trwać przy osiągnięciach złotego wieku socjaldemokracji, broniąc resztek demontowanego przez neoliberałów państwa dobrobytu. Oba nurty były odpowiedzią na doświadczenie kryzysu lewicy, ale żaden z nich go nie rozwiązywał.

  

W Polsce zawiodła zarówno lewica solidarnościowa, jak i postkomunistyczna… Wielka szkoda, że nie powstała silna partia reprezentująca lewicowy nurt „Solidarności”. W latach 90. niezależną i skuteczną politykę prowadziła Unia Pracy. Dziś rzadko zdajemy sobie sprawę, jak wiele jej zawdzięczamy, np. wiele demokratycznych i socjalnych zapisów w Konstytucji z 1997 roku. Sama obecność UP w Sejmie aż do roku 1997 powstrzymywała rządzący SLD od odpływania za bardzo w stronę liberalnego centrum. Ale to było dawno temu.

  

W krajach, w których istnieją silne związki zawodowe i ruchy społeczne, albo liczące się partie na lewo od socjaldemokracji, opór przed wywłaszczaniem ludzi z ich praw jest silniejszy. Ale opór to za mało. Czy fakt, że mówimy dziś więcej o oporze niż o postępie, nie świadczy o czymś bardzo niepokojącym? Ogromną rolę w globalnym osłabieniu lewicy odegrał fakt, że neoliberałom udało się przejąć z lewicowego słownika słowo „reforma”. Kiedyś reformy oznaczały zdobycze świata pracy lub progresywnych ruchów społecznych, były koncesją ze strony uprzywilejowanych i ceną, jaką płacili za pokój społeczny. Niektóre reformy były nawet czymś więcej - małymi krokami w stronę budowy innego, sprawiedliwszego ładu społecznego. Od kilku dekad słowo „reforma” zmienia diametralnie znaczenie. Dziś kojarzy się przede wszystkim z tzw. „bolesnymi reformami”, czyli z prywatyzacją usług publicznych i wycofywaniem się państwa z odpowiedzialności za wspólne dobro.

  

Skuteczna lewicowa polityka będzie niemożliwa, jeśli lewica nie przedstawi własnej wizji świata, do którego chce nas zaprowadzić. To sprawa o podstawowym znaczeniu. System, w którym żyjemy, pozwala dziś umiarkowanej lewicy od czasu do czasu łatać swoje dziury, ale wcale nie jest powiedziane, że zawsze będzie się na to zgadzać… Co bowiem jeśli zgoda na łatanie dziur nie jest niczym więcej, jak ceną płaconą niechętnie za pokój społeczny? I jeśli nawet skromne socjaldemokratyczne, socjalliberalne czy ekologiczne reformy potrzebują oparcia w jakiejś ambitniejszej wizji zmiany społecznej? Spróbujmy sobie wyobrazić, że powołaniem polityki nie jest obsługiwanie kapitalizmu. Że lewica nie jest skazana ani na „łatanie dziur”, ani na „obronę resztek”. Tym, czego potrzebujemy, jest nowa wizja postępu, a to znaczy, że musimy wciąż na nowo wymyślać socjalizm.

  


Rozmowa ukazała się w ramach ankiety o polskiej transformacji na portalu lewica.pl.


Komentarze
Dodaj nowy
kot   |12.05.2009 02:10:14
Znakomicie zanalizowane i skonstruowane.
Thome   |19.05.2009 08:12:55
"Robotnicy marzyli o Rzeczpospolitej Samorządnej, o kontroli nad zyskami
swoich zakładów"

????

Co do "popiwku" oraz likwidacji tzw.
nawisu inflacyjnego - pełna zgoda. To był czysty socjalizm wymierzony w ludzi.
rebelle  - @ Thome   |19.05.2009 08:21:02
To żadna tajemnica: http://mail.solidarnosc.org.pl/archiwum/ikzd/dokum
enty/program/program.pdf
Wprawdzie IPN nie znalazł już na ten tekst miejsca na
CD z dokumentami I "Solidarnoœci", ale można znaleŸć w internecie :)
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 05.06.2009 )
 
« poprzedni artykuł
Generated in 0.91319 Seconds