Przemysław Prekiel: Jak oceniasz
polską transformację? Co się udało zrobić, a czego nie?
Adam Ostolski: Żyjemy w
świecie, który jest efektem wielkiej polityczno-gospodarczej zmiany
trwającej od kilku dekad. Mówiąc o „polskiej transformacji”,
myślimy najczęściej o zmianie, której symboliczna data przypada w
roku 1989 i która oznaczała z grubsza dwie rzeczy: przejście od
jednopartyjnej dyktatury do liberalnej demokracji oraz od
nakazowo-rozdzielczego do rynkowego modelu gospodarki. Niektórzy
dodają do tego „powrót do Europy”, czyli integrację z
międzynarodowymi strukturami NATO i Unii Europejskiej. Od początku
podkreślano przy tym, że w przeciwieństwie do dawniejszych utopii,
które były „gorącymi projektami”, mobilizującymi wielkie
namiętności, liberalna demokracja jest projektem „chłodnym”.
Te zadania udało się zrealizować, zapewne ani lepiej, ani gorzej
niż w innych krajach Europy Wschodniej.
Problem z takim rozumieniem „polskiej
transformacji” polega na tym, że jest to tylko nawierzchnia.
Polityczne i gospodarcze przemiany w Europie Wschodniej od początku
wpisane były w kontekst neoliberalnej globalizacji - to znaczy w
inną, większą i bardziej uniwersalną transformację globalną. Na
całym świecie oznacza ona prywatyzację problemów społecznych,
kurczenie się zbiorowych zabezpieczeń przed ryzykiem, przeniesienie
akcentu z opiekuńczej na policyjną funkcję państwa, nowe wzory
migracji zarobkowych, deregulację rynków, wzrost rozpiętości
dochodów, elastyczny reżim i wydłużające się godziny pracy itp.
itd. Także pod tym względem zadanie zostało wykonane z nawiązką.
Czy polskie społeczeństwo nie
zapłaciło zbyt wysokiej ceny w związku z tą transformacją?
Kusi mnie, żeby odwrócić to pytanie:
czy transformacja nie była zbyt wysoką ceną za nasze bezczelne
marzenia o lepszym świecie? Lata 80. to był na świecie, i także w
Polsce okres ambitnych marzeń. Robotnicy marzyli o Rzeczpospolitej
Samorządnej, o kontroli nad zyskami swoich zakładów, o pełnej
suwerenności Polski… Ruchy pacyfistyczne marzyły o zatrzymaniu
wyścigu zbrojeń i przeznaczeniu zaoszczędzonych pieniędzy na inne
cele, takie jak ekologia i pomoc rozwojowa dla Trzeciego Świata. W
tym samym czasie ekologowie protestowali przeciw budowie elektrowni
jądrowych w Żarnowcu i Klempiczu, Warszawski Ruch Homoseksualny
walczył o prawo do rejestracji, od początku lat 80. powstawały
inicjatywy feministyczne. Czym był rok 1989 z punktu widzenia ich
marzeń i działań? Co przyniósł robotnikom i ruchom społecznym?
Jak wyglądałaby ta historia, gdybyśmy nauczyli się opowiadać ją
nie z jakiejś jednej totalnej perspektywy („my wszyscy”, naród,
polskie społeczeństwo itp.), lecz z wielu różnych zaangażowanych perspektyw?
Często mówi się, że rok 1989
przyniósł Polakom wolność, zaś rozmaite koszta transformacji
(m.in. masowe bezrobocie, wzrost rozpiętości dochodowej, odebranie
Polkom wolności do przerywania ciąży) to po prostu cena, jaką
płacimy za tę wolność. Jest w tym dużo prawdy - po roku 1989
zwiększyła się paleta opinii dostępnych w prasie i telewizji,
pojawiły się możliwości podróżowania po świecie, zaciągania
kredytów, wyboru między różnymi partiami politycznymi… Cały
szereg „negatywnych wolności”, bez których nie wyobrażamy już
sobie życia - i słusznie.
Z drugiej strony nie mogę jednak
zapomnieć dwóch obrazów, które widziałem w telewizji na samym
początku lat 90. Pierwszy z nich to fragment programu „Sprawa dla
reportera”: robotnicy, którzy wyli do kamery, domagając się
zniesienia popiwku (podatku od wzrostu wynagrodzeń). Drugi to obraz
kilku mężczyzn z zasłoniętymi twarzami stojących wokół kolumny
Zygmunta. To była grupa gejów, którzy chcieli zorganizować
manifestację na Placu Zamkowym, ale zakazano im tego argumentując,
że obok jest katedra. Zawsze kiedy słyszę, że rok 1989 przyniósł
Polakom wolność, prześladują mnie te obrazy, to wrażenie
zaszczucia… Można powiedzieć, że są to przypadkowe skojarzenia,
że nie wyrażają istoty polskich przemian, a jedynie ich uboczne
koszty. Co jednak, jeśli podobnie jak wytrzymałość mostu mierzy
się zawsze w najsłabszym punkcie, tak samo o danym porządku
społecznym najwięcej mówi pozycja tych, którzy są w nim
najsłabsi, którzy mają w nim najmniej wolności?
Dużo się mówi o planie
Balcerowicza, ale co on konkretnie zakładał i czego dokonał?
Planem Balcerowicza nazwano pakiet
ustaw przyjętych przez Sejm kontraktowy w grudniu 1989 roku.
Dotyczyły one bardzo różnych spraw, m.in. regulowały emisję
pieniądza, zasady opodatkowania czy zasady zwolnień grupowych.
Zarówno pod względem gospodarczym, jak i politycznym najważniejsza
była ustawa o podatku od wzrostu wynagrodzeń, czyli wspomnianym już
przez mnie „popiwku”. Oficjalnym celem popiwku było zatrzymanie
inflacji poprzez ograniczenie presji płacowej. Jednak zahamowanie
inflacji można było osiągnąć w inny sposób, przy mniejszych
kosztach społecznych, co proponował w debacie nad ustawami
Balcerowicza senator Karol Modzelewski. Wkrótce potem zniesiono
popiwek w sektorze prywatnym, zachowując go w sektorze państwowym.
W warunkach wysokiej inflacji zamrożenie płac w sektorze państwowym
było swego rodzaju ekonomicznym terrorem, sposobem na złamanie
oporu pracowników przed prywatyzacją ich zakładów. I to się bez
wątpienia udało.
Dziś jednak mówiąc o „planie
Balcerowicza” mamy na myśli raczej pewien sposób myślenia o
polityce gospodarczej niż te konkretne ustawy. Zgodnie z tą wizją
istnieje ktoś, kto wie, jak należy postępować z gospodarką -
są to krajowi i międzynarodowi eksperci, będący rzekomo w
posiadaniu naukowych recept na problemy ekonomiczne. Elity polityczne
mają się kierować wskazówkami tych ekspertów, a co za tym
idzie, polityka gospodarcza musi być w znacznym stopniu wyłączona
spod demokratycznej debaty. Nieprzypadkowo ustawy firmowane przez
Balcerowicza przyjęto bez publicznej dyskusji, zaś debatę sejmową
ograniczono do rytualnego minimum. Zadaniem polityków w tym modelu
nie jest reprezentowanie interesów społecznych, lecz nakłanianie
obywateli do akceptowania narzucanych im z góry jedynie słusznych rozwiązań.
Rozbrajaniu demokratycznych roszczeń,
które mogłyby stać na drodze takiej polityce, służył cały
arsenał nowomowy, stawiającej po jednej stronie „populizm” i
„postawy roszczeniowe”, po drugiej zaś „bolesne reformy” i
obiecywany przez nie „powrót do normalności”. Czy ten styl
myślenia nie nadaje wciąż tonu naszej polityce i debacie
publicznej, nie tylko w dziedzinie gospodarki? Ilekroć rząd
podejmuje ważną decyzję bez publicznej dyskusji - np. wysyła
armię na wojnę, podpisuje umowę o tzw. tarczy antyrakietowej czy
postanawia zbudować elektrownię atomową - czy nie kontynuuje
stylu rządzenia zapoczątkowanego planem Balcerowicza?
Dlaczego ludzie pracy nie znaleźli
w tym 20-leciu oparcia w lewicy, która z natury rzeczy powinna ich
bronić?
A ile godzin mogę odpowiadać na to
pytanie? /śmiech/ Niestety kryzys lewicy to jest w dużej mierze
tendencja globalna. Tony Blair w Wielkiej Brytanii, Bill Clinton w
Stanach Zjednoczonych, Gerhard Schröder
i Joschka Fischer w Niemczech posunęli neoliberalne przemiany dużo
dalej niż ich prawicowi poprzednicy. A w RPA to właśnie lewicowy
Afrykański Kongres Narodowy zainstalował neoliberalizm po upadku
apartheidu. Ogólnie rzecz biorąc, lewicowi przywódcy podzielili
się w latach 90. na dwie grupy. Jedni poszli „trzecią drogą”,
udowadniając, że lewica wcale nie gorzej od prawicy radzi sobie z
obsługiwaniem kapitalizmu. Inni, jak Lionel Jospin, próbowali trwać
przy osiągnięciach złotego wieku socjaldemokracji, broniąc
resztek demontowanego przez neoliberałów państwa dobrobytu. Oba
nurty były odpowiedzią na doświadczenie kryzysu lewicy, ale żaden
z nich go nie rozwiązywał.
W
Polsce zawiodła zarówno lewica solidarnościowa, jak i
postkomunistyczna… Wielka szkoda, że nie powstała silna partia
reprezentująca lewicowy nurt „Solidarności”. W latach 90.
niezależną i skuteczną politykę prowadziła Unia Pracy. Dziś
rzadko zdajemy sobie sprawę, jak wiele jej zawdzięczamy, np. wiele
demokratycznych i socjalnych zapisów w Konstytucji z 1997 roku. Sama
obecność UP w Sejmie aż do roku 1997 powstrzymywała rządzący
SLD od odpływania za bardzo w stronę liberalnego centrum. Ale to
było dawno temu.
W krajach, w których istnieją silne związki zawodowe i ruchy
społeczne, albo liczące się partie na lewo od socjaldemokracji,
opór przed wywłaszczaniem ludzi z ich praw jest silniejszy. Ale
opór to za mało. Czy fakt, że mówimy dziś więcej o oporze niż
o postępie, nie świadczy o czymś bardzo niepokojącym? Ogromną
rolę w globalnym osłabieniu lewicy odegrał fakt, że neoliberałom
udało się przejąć z lewicowego słownika słowo „reforma”.
Kiedyś reformy oznaczały zdobycze świata pracy lub progresywnych
ruchów społecznych, były koncesją ze strony uprzywilejowanych i
ceną, jaką płacili za pokój społeczny. Niektóre reformy były
nawet czymś więcej - małymi krokami w stronę budowy innego,
sprawiedliwszego ładu społecznego. Od kilku dekad słowo „reforma”
zmienia diametralnie znaczenie. Dziś kojarzy się przede wszystkim z
tzw. „bolesnymi reformami”, czyli z prywatyzacją usług
publicznych i wycofywaniem się państwa z odpowiedzialności za
wspólne dobro.
Skuteczna lewicowa polityka będzie
niemożliwa, jeśli lewica nie przedstawi własnej wizji świata, do
którego chce nas zaprowadzić. To sprawa o podstawowym znaczeniu.
System, w którym żyjemy, pozwala dziś umiarkowanej lewicy od czasu
do czasu łatać swoje dziury, ale wcale nie jest powiedziane, że
zawsze będzie się na to zgadzać… Co bowiem jeśli zgoda na
łatanie dziur nie jest niczym więcej, jak ceną płaconą
niechętnie za pokój społeczny? I jeśli nawet skromne
socjaldemokratyczne, socjalliberalne czy ekologiczne reformy
potrzebują oparcia w jakiejś ambitniejszej wizji zmiany społecznej?
Spróbujmy sobie wyobrazić, że powołaniem polityki nie jest
obsługiwanie kapitalizmu. Że lewica nie jest skazana ani na
„łatanie dziur”, ani na „obronę resztek”. Tym, czego
potrzebujemy, jest nowa wizja postępu, a to znaczy, że musimy wciąż
na nowo wymyślać socjalizm.
Rozmowa ukazała się w ramach
ankiety o polskiej transformacji na portalu lewica.pl.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...