Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Klasy, interesy, nierówności |
|
|
Maciej Gdula
|
|
13.06.2009 |
Przy okazji świętowania 20. rocznicy wyborów ’89 roku nie było końca zachwalaniu nowego ładu. Może ma on jakieś wady, ale jest lepszy od PRL, bo nie ma kartek, cenzury i pustych półek. Jest kolorowo, a po ulicach jeżdżą ładne samochody. Trudno nie zauważyć, że PRL wciąż spełnia rolę alibi dla kapitalizmu zrekonstruowanego po ’89 roku. Manichejskie porównania zwalniają z analizy specyficznych reguł określających kształt systemu, w którym dziś żyjemy.
Nic nie pozwala zrozumieć go lepiej niż przyjrzenie się nawiedzającym go duchom. Jednymi z najsilniej egzorcyzmowanych są dziś klasy. Oczywiście klasa źle się kojarzy, bo dawna partia była oficjalnie robotnicza, czyli klasowa. Ale klasa kłóci się też z „odzyskaniem wolności”, odsyłając na bardziej fundamentalnym poziomie do społecznej grawitacji i relacji podrzędności/nadrzędności, które podobno zostały pogrzebane wraz z komuną. Warto przyjrzeć się klasom, aby zdobyć dystans do lukrowanych wyobrażeń o Polsce i trochę inaczej opowiedzieć sobie historię ostatnich 20 lat.
Czy jesteśmy już postfordowscy?
Sprawiedliwie trzeba powiedzieć, że pojęcie klas poza Polską też nie robiło przez ostatnie 30 lat furory. Jednym z najważniejszych powodów tego stanu rzeczy było niepotwierdzenie się marksowskich hipotez co do rozwoju kapitalizmu w najbardziej rozwiniętych krajach świata. Marks przewidywał, że w miarę rozwoju systemu kapitalistycznego nastąpi polaryzacja struktury społecznej na wielkie masy słabo wykwalifikowanych i opłacanych robotników oraz wąską grupę bogatych kapitalistów. Od lat 60. XX wieku wśród pracowników obserwuje się jednak wyraźny wzrost udziału ekspertów, menedżerów i pracowników usług, a także pewien wzrost udziału robotników wykwalifikowanych. Spadek dotyczy z kolei robotników niewykwalifikowanych i bezpośrednich nadzorców pracy. Ogół tych zmian określa się jako przejście od społeczeństwa industrialnego do postfordowskiego. Nowoczesna gospodarka nie potrzebuje robotników przy taśmie, ale kreatywnych wytwórców i ludzi świadczących usługi. Zamiast machania łopatą sprzedajemy swoje wysokie kwalifikacje, zamiast alienacji w pracy z maszyną pracujemy, kontaktując się z ludźmi i rozwiązując ich problemy. Wyłania się z tego dość znośny obraz kapitalizmu: kapitaliści, żeby zarabiać, muszą podzielić się zyskiem (kupić lepiej wykwalifikowaną siłę roboczą), a praca staje się ciekawsza i mamy w niej większą dozę autonomii.
Pytanie tylko, czy zmiany, jakie zachodziły w Polsce na przestrzeni ostatnich lat, zbliżały nas do tego modelu. Żeby na to odpowiedzieć, trzeba niestety przekopać się przez sporo danych. Ciekawe są te, które pokazują strukturę klasową pracujących, bo na ich podstawie możemy określić, jak zmieniły się rozmiary poszczególnych klas definiowanych przez ich miejsce w podziale pracy. Chodzi o to, by przyjrzeć się, które klasy „spuchły” a które „schudły”. Jeśli zmiany po ‘89 roku odpowiadają modelowi postindustrialnemu, „puchnąć” będą specjaliści i pozostali umysłowi (pracownicy usług) oraz robotnicy wykwalifikowani, natomiast „chudnąć” będą robotnicy niewykwalifikowani i rolnicy.
Analiza danych nie daje jednoznacznego obrazu. Z jednej strony specjaliści, czyli osoby wykonujące prace umysłowe wymagające znacznych kwalifikacji, zwiększyli swój udział w strukturze klasowej. Podobnie daje się zinterpretować wzrost w kategorii osób pracujących w handlu jako jednym z działów usługowych gospodarki i kurczenie się klasy rolników. Zarazem jednak można zaobserwować wzrost udziału robotników niewykwalifikowanych i spadek udziału wykwalifikowanych w strukturze klasowej. To tendencje sprzeczne z dynamiką modernizacji postindustrialnej. Dodatkowo uwzględnienie szacunków na temat charakteru pracy w szarej strefie, gdzie pracownicy wykonują przede wszystkim proste prace niewymagające wysokich kwalifikacji i słabo opłacane, pozwala stwierdzić, że te tendencje są głębsze niż wtedy, gdy uwzględnia się tylko oficjalnie zatrudnionych.
Niejednoznaczne procesy przemian w strukturze klasowej łatwo interpretować, odwołując się do dominującej opowieści o transformacji, czyli historii przejścia od gospodarki planowej do wolnorynkowej. To, co dobre, kojarzone jest z działaniem spontanicznych mechanizmów samoorganizującego się rynku, natomiast to, co złe, pochodzi od nieprzezwyciężonego dziedzictwa przeszłości. Wedle tej logiki procesy zgodne z modelem postindustrialnym wytwarzane są przez rynek, natomiast niezgodne przez „niereformowalne” instytucje starego ładu, których bronią roszczeniowe związki zawodowe i państwo. Ta interpretacja jest jednak nie do utrzymania, gdy prześledzi się dynamikę zatrudnienia w poszczególnych działach gospodarki.
Od 1989 roku oprócz kurczenia się rynku pracy (w 1987 - 18 milionów pracujących, w 2007 - już tylko 13,7 miliona) zaszły istotne zmiany w strukturze zatrudnionych. Przede wszystkim nastąpił wyraźny spadek zatrudnienia w przemyśle, co zgadza się z powszechną wiedzą na temat regresu tradycyjnych gałęzi przemysłu takich jak np. przemysł węglowy czy włókienniczy. Dużą dynamiką wzrostu charakteryzował się dział handlu oraz obsługi firm i nieruchomości - oba związane przede wszystkim z rozwojem nowych form działalności rynkowej. Zmiana zatrudnienia mogłaby być interpretowana zgodnie z transformacyjną wulgatą, gdyby nie to, że dynamikę zatrudnienia oprócz rynku kształtowało po ‘89 roku także państwo czy szerzej sektor publiczny. W 1987 roku udział zatrudnionych w administracji wynosił 1,4 procent. W 2005 było to już 6,7 procent. Podobnie działo się w edukacji. „Spuchnięcia” klasy specjalistów nie zawdzięczamy zatem tylko rynkowi. Nadreprezentowany w wyobraźni sektor finansowy daje zatrudnienie zaledwie dwóm procentom pracowników. To sektor publiczny dający pracę dobrze wykształconym pracownikom, odpowiedzialny jest za kreowanie modernizacyjnej dynamiki.
Nie taki dobry rynek
Zwolennikom rynku krew gotuje się w żyłach na myśl o administracji przejadającej „wypracowane przez przedsiębiorców pieniądze”. Ich fantazje o tym, że wszystkim nam żyłoby się lepiej, gdyby nie aparat administracyjny, podobne są do rozmyślań gołębia, który fantazjuje o tym, jak wspaniale latałoby się bez hamującego działania powietrza. Żeby zdać sobie z tego sprawę, najlepiej przyjrzeć się, jak wygląda sytuacja na rynku.
Zacznijmy od porównania wynagrodzeń czterech dynamicznie rozwijających się działów: dwóch rynkowych (handel, obsługa nieruchomości i firm) i dwóch publicznych (administracja i oświata). W 2006 roku w rynkowych działach na stanowiskach opłacanych poniżej 1327 zł brutto pracowało odpowiednio 36,6 procent pracowników handlu i 32 procent zajmujących się obsługą nieruchomości i firm. W administracji w tych samych przedziałach płacowych pracowało 4,4 procent pracowników tego działu, a w edukacji 10,5 procent (dane GUS). Znaczna część nowo tworzonych przez rynek miejsc pracy to zatem stanowiska gorzej opłacane i w niepełnym wymiarze czasu pracy (stąd tak duża dysproporcja w zarobkach). W wyobrażeniach rynek daje pracę przede wszystkim wykształconym pracownikom SGH, w rzeczywistości jednak wytwarza miejsca pracy dla sprzedawczyń i ochroniarzy. Dodajmy do tego jeszcze pracę w szarej strefie, a otrzymamy prawdziwszy obraz nowego wspaniałego świata, gdzie płaci się mało i czerpie zyski z tego, że pracownik pracuje tylko wtedy, gdy jest potrzebny. Praca oferowana przez sektor publiczny charakteryzuje się większą stabilnością i relatywnie lepszymi wynagrodzeniami.
Oczywiście nie jest tak, że na rynku nikt dobrze nie zarabia. Są tacy, którzy za swoją pracę dostają wynagrodzenie dużo lepsze niż inni. Proces narastania nierówności płacowych między pracownikami manualnymi a pracownikami umysłowymi można doskonale prześledzić, porównując wynagrodzenia robotnicze i nierobotnicze w przemyśle. Pamiętać przy tym trzeba, że wciąż pracują tam prawie trzy miliony ludzi. Jeszcze w 1986 roku wynagrodzenie robotników stanowiło 92 procent wynagrodzenia na stanowiskach nierobotniczych. W 1998 już tylko 63 procent, a w 2007 - 52 procent (dane GUS). W tę stronę rzadko dokonuje się porównań z PRL. Gdyby robotnikom w 1989 roku opowiedzieć o tym, jak ich płace będą się miały do płac jajogłowych, chyba by nie uwierzyli. Nic dziwnego, że choć w 1988 roku tylko 24,9 procent robotników wykwalifikowanych oceniało pozytywnie PRL, w 2003 było to już 36,4 procent (Badanie POLPAN). Co ciekawe, dokładnie odwrotną tendencję możemy zaobserwować w wypadku menedżerów i specjalistów. W ocenie PRL nie chodzi więc - jak to się najczęściej twierdzi - o sentymenty, ale o całkiem realne interesy.
Góra, dół i inne kierunki
Trzeba wyraźnie powiedzieć, że - jeśli chodzi o dochody - w obecnym systemie uprzywilejowani są duzi przedsiębiorcy, menedżerowie i specjaliści (pracujący na rynku i w sektorze publicznym), a do zdecydowanie podporządkowanych należą robotnicy, rolnicy i pracownicy usług prostych. Rodzi się pytanie, dlaczego ten wzrastający poziom nierówności jest akceptowany i nie budzi sprzeciwu. Otóż przede wszystkim dlatego, że nastąpiła znacząca segmentacja interesów. Nawet jeśli w analizie widać wzrost nierówności dochodowych między górą a dołem, w doświadczeniu ludzi znaczącą rolę odgrywają inne wymiary.
Na górze wciąż istnieje znaczące zróżnicowanie między specjalistami i kierownikami pracującymi w sektorze prywatnym i publicznym. Ludzie pracujący w firmach, choć płacą za to większą ilością pracy i teoretycznie większym ryzykiem zwolnienia, zarabiają dużo więcej niż wybierający stabilną i mniej ryzykowną pracę specjaliści sektora publicznego. Z kolei na dole różnice między pozycjami klasowymi nie polegają tylko na różnicach w dochodach. Z jednej strony robotnicy, którzy pracują na pełne etaty, zagrożeni są bezrobociem w stopniu nieporównywalnym do innych klas społecznych - ponad 50 procent bezrobotnych w 2005 roku stanowili właśnie robotnicy. Z drugiej strony, pracownicy usług prostych, choć mniej narażeni są na bezrobocie, częściej muszą pracować „elastycznie” i są słabo opłacani. Na różnice dochodowe nakładają się zatem także różnice w ryzyku, które w nierównym stopniu rozłożone są przez system na poszczególne klasy społeczne. Góra albo nie ryzykuje, albo ryzykuje tylko teoretycznie. Dół, pracując elastycznie, oprócz niskich dochodów bierze na siebie ryzyko niestabilnego funkcjonowania małych firm i przedsiębiorców.
Realny kapitalizm
Przemiany w systemie klasowym pozwalają zamiast historii o odchodzeniu od realnego socjalizmu opowiedzieć o tym, jaki kształt przybiera realny kapitalizm. Po pierwsze, wątpliwe jest przekonanie o bezwzględnym unowocześnianiu się naszej gospodarki. Wzrost PKB nie jest równoznaczny z rozwojem. Wyjście z socjalizmu oznaczało przede wszystkim głębsze wejście w globalną gospodarkę kapitalistyczną. Nie należy tego jednak od razu utożsamiać ze zbliżaniem się do wzoru społeczeństw postfordowskich. Jeśli przyjrzymy się, jakie przemysły rozwijały się po 1989 roku, zobaczymy, że nie było to przejście od górnictwa i włókiennictwa do produkcji złożonych maszyn. Upadek polskich stoczni jest tylko jednym z etapów przechodzenia od produkcji złożonej do produkcji prostej. Najsilniej rozwijającymi się pod względem liczby miejsc pracy gałęziami przemysłu były przemysł spożywczy, drzewny i meblarski. Trudno zatem mówić o wzroście złożoności produkcji. Jeśli uwzględnimy ten fakt, nie zdziwi nas wzrost udziału robotników niewykwalifikowanych wśród zatrudnionych. Urynkowienie oznaczało też stworzenie setek tysięcy słabo opłacanych i elastycznych miejsc pracy w prostych usługach. Oczywiście nie wszyscy tracą w tym systemie. Dla części specjalistów, kierowników i przedsiębiorców pojawiły się nowe niedostępne wcześniej możliwości powiększania swojego udziału w społecznym dochodzie.
Po drugie, sektor publiczny ogranicza napięcia w realnym kapitalizmie i pełni rolę bufora dla wprowadzanych zmian. Wzrost liczby miejsc pracy dla specjalistów trzeba interpretować jako rodzaj wentylu bezpieczeństwa, który ograniczył niezadowolenie puchnącej klasy specjalistów. Państwo zaproponowało im swojego rodzaju trade off: pracujecie za mniejsze stawki niż w sektorze prywatnym, ale nie musicie obawiać się o stabilność swoich miejsc pracy. To skutecznie osłabiło uwspólnianie interesów między specjalistami a robotnikami i pracownikami usług prostych. Tamci zagrożeni są bezrobociem, co ogranicza ich postulaty płacowe i koncentruje lęki na tym, aby nie spaść w dół, natomiast specjaliści w sektorze publicznym porównują się z górą i marzą o przejściu na rynek. Kariera Kazimierza Marcinkiewicza to wcale nieodosobniony przypadek.
Po trzecie, segmentacja interesów nie sprzyja artykułowaniu ich przez system polityczny. Dlatego właśnie inne kryteria niż interesy biorą górę w organizowaniu działań politycznych. O wiele łatwiej zorganizować poparcie partii obiecującej, że lepiej będzie się żyło się wszystkim, niż partii podejmującej się stworzenia wspólnej płaszczyzny między zagrożonymi bezrobociem robotnikami, elastycznie zatrudnionymi w małych firmach pracownikami usług i specjalistami w sektorze publicznym. Niezadowolenie z niskiej płacy i podporządkowanej pozycji łatwiej wykorzystać, wskazując jako winnych mityczny układ i szczując ludzi na homoseksualistów pod narodowo-katolickim sztandarem niż zakwestionować współczesne zasady dzielenia bogactwa.
Jeśli znalazło więc się dla ciebie, czytelniku, miejsce wśród specjalistów, kierowników bądź większych przedsiębiorców, żyje ci się w Polsce całkiem dobrze, ale za twój dobrobyt płacą ludzie, których najprawdopodobniej w ogóle nie musisz oglądać. Płacą niższymi dochodami, koniecznością elastycznego zatrudnienia i większą kontrolą w miejscu pracy. Na razie nie musisz się obawiać, bo politycy albo przekonają ich, że już niedługo będą żyć jak ty, czyli „normalnie”, albo poszczują na jakichś odmieńców, a tobie i tak obniżą podatki. Na razie nie musisz się obawiać…
Tekst ukazał się w „Europie”, dodaku do „Dziennika”.
Na podobny temat
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...