Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Klasy, interesy, nierówności Drukuj
Maciej Gdula   
13.06.2009
Przy okazji świętowania 20. rocznicy wyborów ’89 roku nie było końca zachwalaniu nowego ładu. Może ma on jakieś wady, ale jest lepszy od PRL, bo nie ma kartek, cenzury i pustych półek. Jest kolorowo, a po ulicach jeżdżą ładne samochody. Trudno nie zauważyć, że PRL wciąż spełnia rolę alibi dla kapitalizmu zrekonstruowanego po ’89 roku. Manichejskie porównania zwalniają z analizy specyficznych reguł określających kształt systemu, w którym dziś żyjemy.

Nic nie pozwala zrozumieć go lepiej niż przyjrzenie się nawiedzającym go duchom. Jednymi z najsilniej egzorcyzmowanych są dziś klasy. Oczywiście klasa źle się kojarzy, bo dawna partia była oficjalnie robotnicza, czyli klasowa. Ale klasa kłóci się też z „odzyskaniem wolności”, odsyłając na bardziej fundamentalnym poziomie do społecznej grawitacji i relacji podrzędności/nadrzędności, które podobno zostały pogrzebane wraz z komuną. Warto przyjrzeć się klasom, aby zdobyć dystans do lukrowanych wyobrażeń o Polsce i trochę inaczej opowiedzieć sobie historię ostatnich 20 lat.

Czy jesteśmy już postfordowscy?

Sprawiedliwie trzeba powiedzieć, że pojęcie klas poza Polską też nie robiło przez ostatnie 30 lat furory. Jednym z najważniejszych powodów tego stanu rzeczy było niepotwierdzenie się marksowskich hipotez co do rozwoju kapitalizmu w najbardziej rozwiniętych krajach świata. Marks przewidywał, że w miarę rozwoju systemu kapitalistycznego nastąpi polaryzacja struktury społecznej na wielkie masy słabo wykwalifikowanych i opłacanych robotników oraz wąską grupę bogatych kapitalistów. Od lat 60. XX wieku wśród pracowników obserwuje się jednak wyraźny wzrost udziału ekspertów, menedżerów i pracowników usług, a także pewien wzrost udziału robotników wykwalifikowanych. Spadek dotyczy z kolei robotników niewykwalifikowanych i bezpośrednich nadzorców pracy. Ogół tych zmian określa się jako przejście od społeczeństwa industrialnego do postfordowskiego. Nowoczesna gospodarka nie potrzebuje robotników przy taśmie, ale kreatywnych wytwórców i ludzi świadczących usługi. Zamiast machania łopatą sprzedajemy swoje wysokie kwalifikacje, zamiast alienacji w pracy z maszyną pracujemy, kontaktując się z ludźmi i rozwiązując ich problemy. Wyłania się z tego dość znośny obraz kapitalizmu: kapitaliści, żeby zarabiać, muszą podzielić się zyskiem (kupić lepiej wykwalifikowaną siłę roboczą), a praca staje się ciekawsza i mamy w niej większą dozę autonomii.

Pytanie tylko, czy zmiany, jakie zachodziły w Polsce na przestrzeni ostatnich lat, zbliżały nas do tego modelu. Żeby na to odpowiedzieć, trzeba niestety przekopać się przez sporo danych. Ciekawe są te, które pokazują strukturę klasową pracujących, bo na ich podstawie możemy określić, jak zmieniły się rozmiary poszczególnych klas definiowanych przez ich miejsce w podziale pracy. Chodzi o to, by przyjrzeć się, które klasy „spuchły” a które „schudły”. Jeśli zmiany po ‘89 roku odpowiadają modelowi postindustrialnemu, „puchnąć” będą specjaliści i pozostali umysłowi (pracownicy usług) oraz robotnicy wykwalifikowani, natomiast „chudnąć” będą robotnicy niewykwalifikowani i rolnicy.

Analiza danych nie daje jednoznacznego obrazu. Z jednej strony specjaliści, czyli osoby wykonujące prace umysłowe wymagające znacznych kwalifikacji, zwiększyli swój udział w strukturze klasowej. Podobnie daje się zinterpretować wzrost w kategorii osób pracujących w handlu jako jednym z działów usługowych gospodarki i kurczenie się klasy rolników. Zarazem jednak można zaobserwować wzrost udziału robotników niewykwalifikowanych i spadek udziału wykwalifikowanych w strukturze klasowej. To tendencje sprzeczne z dynamiką modernizacji postindustrialnej. Dodatkowo uwzględnienie szacunków na temat charakteru pracy w szarej strefie, gdzie pracownicy wykonują przede wszystkim proste prace niewymagające wysokich kwalifikacji i słabo opłacane, pozwala stwierdzić, że te tendencje są głębsze niż wtedy, gdy uwzględnia się tylko oficjalnie zatrudnionych.

Niejednoznaczne procesy przemian w strukturze klasowej łatwo interpretować, odwołując się do dominującej opowieści o transformacji, czyli historii przejścia od gospodarki planowej do wolnorynkowej. To, co dobre, kojarzone jest z działaniem spontanicznych mechanizmów samoorganizującego się rynku, natomiast to, co złe, pochodzi od nieprzezwyciężonego dziedzictwa przeszłości. Wedle tej logiki procesy zgodne z modelem postindustrialnym wytwarzane są przez rynek, natomiast niezgodne przez „niereformowalne” instytucje starego ładu, których bronią roszczeniowe związki zawodowe i państwo. Ta interpretacja jest jednak nie do utrzymania, gdy prześledzi się dynamikę zatrudnienia w poszczególnych działach gospodarki.

Od 1989 roku oprócz kurczenia się rynku pracy (w 1987 - 18 milionów pracujących, w 2007 - już tylko 13,7 miliona) zaszły istotne zmiany w strukturze zatrudnionych. Przede wszystkim nastąpił wyraźny spadek zatrudnienia w przemyśle, co zgadza się z powszechną wiedzą na temat regresu tradycyjnych gałęzi przemysłu takich jak np. przemysł węglowy czy włókienniczy. Dużą dynamiką wzrostu charakteryzował się dział handlu oraz obsługi firm i nieruchomości - oba związane przede wszystkim z rozwojem nowych form działalności rynkowej. Zmiana zatrudnienia mogłaby być interpretowana zgodnie z transformacyjną wulgatą, gdyby nie to, że dynamikę zatrudnienia oprócz rynku kształtowało po ‘89 roku także państwo czy szerzej sektor publiczny. W 1987 roku udział zatrudnionych w administracji wynosił 1,4 procent. W 2005 było to już 6,7 procent. Podobnie działo się w edukacji. „Spuchnięcia” klasy specjalistów nie zawdzięczamy zatem tylko rynkowi. Nadreprezentowany w wyobraźni sektor finansowy daje zatrudnienie zaledwie dwóm procentom pracowników. To sektor publiczny dający pracę dobrze wykształconym pracownikom, odpowiedzialny jest za kreowanie modernizacyjnej dynamiki.

Nie taki dobry rynek

Zwolennikom rynku krew gotuje się w żyłach na myśl o administracji przejadającej „wypracowane przez przedsiębiorców pieniądze”. Ich fantazje o tym, że wszystkim nam żyłoby się lepiej, gdyby nie aparat administracyjny, podobne są do rozmyślań gołębia, który fantazjuje o tym, jak wspaniale latałoby się bez hamującego działania powietrza. Żeby zdać sobie z tego sprawę, najlepiej przyjrzeć się, jak wygląda sytuacja na rynku.

Zacznijmy od porównania wynagrodzeń czterech dynamicznie rozwijających się działów: dwóch rynkowych (handel, obsługa nieruchomości i firm) i dwóch publicznych (administracja i oświata). W 2006 roku w rynkowych działach na stanowiskach opłacanych poniżej 1327 zł brutto pracowało odpowiednio 36,6 procent pracowników handlu i 32 procent zajmujących się obsługą nieruchomości i firm. W administracji w tych samych przedziałach płacowych pracowało 4,4 procent pracowników tego działu, a w edukacji 10,5 procent (dane GUS). Znaczna część nowo tworzonych przez rynek miejsc pracy to zatem stanowiska gorzej opłacane i w niepełnym wymiarze czasu pracy (stąd tak duża dysproporcja w zarobkach). W wyobrażeniach rynek daje pracę przede wszystkim wykształconym pracownikom SGH, w rzeczywistości jednak wytwarza miejsca pracy dla sprzedawczyń i ochroniarzy. Dodajmy do tego jeszcze pracę w szarej strefie, a otrzymamy prawdziwszy obraz nowego wspaniałego świata, gdzie płaci się mało i czerpie zyski z tego, że pracownik pracuje tylko wtedy, gdy jest potrzebny. Praca oferowana przez sektor publiczny charakteryzuje się większą stabilnością i relatywnie lepszymi wynagrodzeniami.

Oczywiście nie jest tak, że na rynku nikt dobrze nie zarabia. Są tacy, którzy za swoją pracę dostają wynagrodzenie dużo lepsze niż inni. Proces narastania nierówności płacowych między pracownikami manualnymi a pracownikami umysłowymi można doskonale prześledzić, porównując wynagrodzenia robotnicze i nierobotnicze w przemyśle. Pamiętać przy tym trzeba, że wciąż pracują tam prawie trzy miliony ludzi. Jeszcze w 1986 roku wynagrodzenie robotników stanowiło 92 procent wynagrodzenia na stanowiskach nierobotniczych. W 1998 już tylko 63 procent, a w 2007 - 52 procent (dane GUS). W tę stronę rzadko dokonuje się porównań z PRL. Gdyby robotnikom w 1989 roku opowiedzieć o tym, jak ich płace będą się miały do płac jajogłowych, chyba by nie uwierzyli. Nic dziwnego, że choć w 1988 roku tylko 24,9 procent robotników wykwalifikowanych oceniało pozytywnie PRL, w 2003 było to już 36,4 procent (Badanie POLPAN). Co ciekawe, dokładnie odwrotną tendencję możemy zaobserwować w wypadku menedżerów i specjalistów. W ocenie PRL nie chodzi więc - jak to się najczęściej twierdzi - o sentymenty, ale o całkiem realne interesy.

Góra, dół i inne kierunki

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że - jeśli chodzi o dochody - w obecnym systemie uprzywilejowani są duzi przedsiębiorcy, menedżerowie i specjaliści (pracujący na rynku i w sektorze publicznym), a do zdecydowanie podporządkowanych należą robotnicy, rolnicy i pracownicy usług prostych. Rodzi się pytanie, dlaczego ten wzrastający poziom nierówności jest akceptowany i nie budzi sprzeciwu. Otóż przede wszystkim dlatego, że nastąpiła znacząca segmentacja interesów. Nawet jeśli w analizie widać wzrost nierówności dochodowych między górą a dołem, w doświadczeniu ludzi znaczącą rolę odgrywają inne wymiary.

Na górze wciąż istnieje znaczące zróżnicowanie między specjalistami i kierownikami pracującymi w sektorze prywatnym i publicznym. Ludzie pracujący w firmach, choć płacą za to większą ilością pracy i teoretycznie większym ryzykiem zwolnienia, zarabiają dużo więcej niż wybierający stabilną i mniej ryzykowną pracę specjaliści sektora publicznego. Z kolei na dole różnice między pozycjami klasowymi nie polegają tylko na różnicach w dochodach. Z jednej strony robotnicy, którzy pracują na pełne etaty, zagrożeni są bezrobociem w stopniu nieporównywalnym do innych klas społecznych - ponad 50 procent bezrobotnych w 2005 roku stanowili właśnie robotnicy. Z drugiej strony, pracownicy usług prostych, choć mniej narażeni są na bezrobocie, częściej muszą pracować „elastycznie” i są słabo opłacani. Na różnice dochodowe nakładają się zatem także różnice w ryzyku, które w nierównym stopniu rozłożone są przez system na poszczególne klasy społeczne. Góra albo nie ryzykuje, albo ryzykuje tylko teoretycznie. Dół, pracując elastycznie, oprócz niskich dochodów bierze na siebie ryzyko niestabilnego funkcjonowania małych firm i przedsiębiorców.

Realny kapitalizm

Przemiany w systemie klasowym pozwalają zamiast historii o odchodzeniu od realnego socjalizmu opowiedzieć o tym, jaki kształt przybiera realny kapitalizm. Po pierwsze, wątpliwe jest przekonanie o bezwzględnym unowocześnianiu się naszej gospodarki. Wzrost PKB nie jest równoznaczny z rozwojem. Wyjście z socjalizmu oznaczało przede wszystkim głębsze wejście w globalną gospodarkę kapitalistyczną. Nie należy tego jednak od razu utożsamiać ze zbliżaniem się do wzoru społeczeństw postfordowskich. Jeśli przyjrzymy się, jakie przemysły rozwijały się po 1989 roku, zobaczymy, że nie było to przejście od górnictwa i włókiennictwa do produkcji złożonych maszyn. Upadek polskich stoczni jest tylko jednym z etapów przechodzenia od produkcji złożonej do produkcji prostej. Najsilniej rozwijającymi się pod względem liczby miejsc pracy gałęziami przemysłu były przemysł spożywczy, drzewny i meblarski. Trudno zatem mówić o wzroście złożoności produkcji. Jeśli uwzględnimy ten fakt, nie zdziwi nas wzrost udziału robotników niewykwalifikowanych wśród zatrudnionych. Urynkowienie oznaczało też stworzenie setek tysięcy słabo opłacanych i elastycznych miejsc pracy w prostych usługach. Oczywiście nie wszyscy tracą w tym systemie. Dla części specjalistów, kierowników i przedsiębiorców pojawiły się nowe niedostępne wcześniej możliwości powiększania swojego udziału w społecznym dochodzie.

Po drugie, sektor publiczny ogranicza napięcia w realnym kapitalizmie i pełni rolę bufora dla wprowadzanych zmian. Wzrost liczby miejsc pracy dla specjalistów trzeba interpretować jako rodzaj wentylu bezpieczeństwa, który ograniczył niezadowolenie puchnącej klasy specjalistów. Państwo zaproponowało im swojego rodzaju trade off: pracujecie za mniejsze stawki niż w sektorze prywatnym, ale nie musicie obawiać się o stabilność swoich miejsc pracy. To skutecznie osłabiło uwspólnianie interesów między specjalistami a robotnikami i pracownikami usług prostych. Tamci zagrożeni są bezrobociem, co ogranicza ich postulaty płacowe i koncentruje lęki na tym, aby nie spaść w dół, natomiast specjaliści w sektorze publicznym porównują się z górą i marzą o przejściu na rynek. Kariera Kazimierza Marcinkiewicza to wcale nieodosobniony przypadek.

Po trzecie, segmentacja interesów nie sprzyja artykułowaniu ich przez system polityczny. Dlatego właśnie inne kryteria niż interesy biorą górę w organizowaniu działań politycznych. O wiele łatwiej zorganizować poparcie partii obiecującej, że lepiej będzie się żyło się wszystkim, niż partii podejmującej się stworzenia wspólnej płaszczyzny między zagrożonymi bezrobociem robotnikami, elastycznie zatrudnionymi w małych firmach pracownikami usług i specjalistami w sektorze publicznym. Niezadowolenie z niskiej płacy i podporządkowanej pozycji łatwiej wykorzystać, wskazując jako winnych mityczny układ i szczując ludzi na homoseksualistów pod narodowo-katolickim sztandarem niż zakwestionować współczesne zasady dzielenia bogactwa.

Jeśli znalazło więc się dla ciebie, czytelniku, miejsce wśród specjalistów, kierowników bądź większych przedsiębiorców, żyje ci się w Polsce całkiem dobrze, ale za twój dobrobyt płacą ludzie, których najprawdopodobniej w ogóle nie musisz oglądać. Płacą niższymi dochodami, koniecznością elastycznego zatrudnienia i większą kontrolą w miejscu pracy. Na razie nie musisz się obawiać, bo politycy albo przekonają ich, że już niedługo będą żyć jak ty, czyli „normalnie”, albo poszczują na jakichś odmieńców, a tobie i tak obniżą podatki. Na razie nie musisz się obawiać…

Tekst ukazał się w „Europie”, dodaku do „Dziennika”.
Komentarze
Dodaj nowy
kot  - Przlamujac uprzedzenia   |13.06.2009 17:33:19
z Paryza

,, kapitaliści, żeby zarabiać, muszą podzielić się
zyskiem,,
Rozpietosci dochodowe stale rosna _ krotnoscia kilkudziesietna.
Jaka
jet miara stanowiaca kryterium podzialu srodkow wypracowanych?
Taka miar
dotychczas nie istnieje. Rozpatrujac ten problem nie nozna pominac
klasowej
natury spoleczenstwa.
kot  - Przlamujac uprzedzenia   |13.06.2009 17:33:24
z Paryza

,, kapitaliści, żeby zarabiać, muszą podzielić się
zyskiem,,
Rozpietosci dochodowe stale rosna _ krotnoscia kilkudziesietna.
Jaka
jet miara stanowiaca kryterium podzialu srodkow wypracowanych?
Taka miar
dotychczas nie istnieje. Rozpatrujac ten problem nie nozna pominac
klasowej
natury spoleczenstwa.
Rylew   |14.06.2009 05:02:42
Czy przypadkiem nie przesadzasz odrobinę z tą swoją klasową naturą
społeczeństwa?
:)
kot   |14.06.2009 09:21:32
Ani troche! Mowiac o klasowej naturze spoleczenstwa chce podkreslic,ze mamy do
czynienia ze zjwiskiem trwalym, ktore w kazdych warunkach trzba uwzgledniac. W
przeciwnym wypadku zarowno w naukach spolecznych jak w polityce skazujemy sie
na popelnianie glupich bledow.
(Brakujue mi polskich ogonkow, a za litrowki
przepraszam)
Rylew   |14.06.2009 13:10:06
Myślę, że mówienie o naturze to lekka przesada dlatego, że sugeruje jakąś cechę
przyrodzoną.
A do podziałów klasowych jestem sceptyczny, tym bardziej, jeśli
mówimy o trwałych zjawiskach. Społeczeństwa są z natury pluralistyczne, a
wytyczane przez socjologów
linie podziałów ciągle się zmieniają.
Ostatnio
wydaje się, że zmierzamy do dalszego rozdrobnienia, a jedynym znaczącym
kryterium podziału wydaje się być kryterium dochodowe, ale czy w tym przypadku
można mówić o klasach ?
Czyż nie jest to tak, że pojęcia takie jak klasowość,
walka klas, interesy klasowe można już odłożyć do lamusa historii ?

Jednocześnie, chcąc zmieniać świat trzeba tworzyć nowe struktury i siły
polityczne, w oparciu o odpowiednią świadomość, niekoniecznie klasową.
kot   |14.06.2009 16:56:18
Rylew,dzieki za zabranie glosu.Zywiolem internetu jest dialog krotkich
wypowiedzi.
I dobrze, bo w ten sposob pozostaje esencja.
Nie zapreczysz, ze
w kazdej spolecznosci sa
zborowosci, ktore maja odrebne od pozostalych
interesy.
Czy wyobrazasz sobie spoleczenstwo, ktorym taka sytucja nie zchodzi?
kot   |15.06.2009 02:18:36
Walka klas? Nie aktualne!
Interesy klasowe? To nie konstrukty! Istnieja poza
jezykiem i swiadomoscia.
Warto tez pamietac o grawitacji!
Rylew  - Interesy klasowe ?   |15.06.2009 07:50:48
Z pewnością są interesy klasowe i interesiki :).
Interesy są zawsze takie same
i polegają na tym, żeby jak najmniej pracować, a jak najwięcej zarabiać.
Naturalnie są to interesy sprzeczne wewnętrznie i zewnętrznie, prowadzące do
walki klas, tylko że ta walka dzisiaj to dyskurs, rodzaj krowiego handlu,
czasami przenoszony na ulicę.
Interesiki zaś mogą być różnorodne, ale w
zasadzie są sprzeczne przynajmniej zewnętrznie, to znaczy sprzeczne z interesami
innych klas.

Ścieranie się tych interesów i interesików to jedna wielka
kloaka, ale na razie człowiek nie wymyślił czegoś mniej cuchnącego w to miejsce.
Miał być wprawdzie komunizm, wraz ze społeczeństwem bezklasowym, ale skończyło
się jak wiadomo szambem. Może działa tutaj ten specyficzny rodzaj grawitacji,
cokolwiek zrobisz wylądujesz w szambie :)?

Poważniej mówiąc, co chcesz
osiągnąć wykorzystując klasowość, jak chcesz wykorzystać siłę grawitacji ?

Liczysz na powtórkę z leninizmu ?
Skumbrie w tomacie, pstrąg?
kot   |16.06.2009 17:02:00
Rylew,
1. Poprawiam zapis.Powinno byc :
-Walka klas?
-Nieaktualne!
2.
Zadales wazne pytanie, na ktore czekalem.
-Po co?
-Po zanegowaniu walki
klas?
-Jezli cos istnieje niezaleznie od jezyka i swiadomosci to,
to cos
trzeba jakos nazwac. Pamietajac, ze nie nazwane _nie funkcjonuje, staje sie
niewidoczne. Pojecia spelniaja role latarki w ciemnym pokoju. I rownie sie
przydaja.
Kazdy zgodzi sie bez oporu na pojecie interesu grupowego. Ale to
pojecie jet wyprane
nijakie, nie znaczace. Pozatym grupa kojarzy sie z
niewielka iloscia osob.
-Interesy i interesiki -jak piszesz .
Chodzi mi po
glowie przedyskutownie, jak sie maja do interesu klasowego takie zjawiska
jak:oligarchia, uklad, elita.


Znudzily mi sie juz potyczki z
neoliberalami.- Czy zauwazyles, ze po lewej stronie nie rozmawia sie, tylko
nawoluje, lub monologije.
Rafał_W  - na marginesie   |16.06.2009 17:32:55
Z większością opisanych w tekście procesów i konsekwencji się zgadzam. Chciałbym
zwrócić jednak uwagę na kilka rzeczy. Maciej Gdula pyta się czy zmiany jakie
zachodzą w Polsce zbliżyły nas do modelu społeczeństwa postfordowskiego i
wykazuje, że raczej nie. Uważam, że w budowanej przez niego opozycji: realny
socjalizm vs. realny kapitalizm zmiany po 89 roku zbliżyły nas bardziej do tego
drugiego niż gdybyśmy byli ciągle socjalistycznym państwem rolno-przemysłowym z
gospodarką planową. Jeśli zaś porównamy Polskę do innych krajów bloku
postkomunistycznego to zbliżyła się ona bardziej niż większość z nich np. Węgry,
Rumunia, Litwa. Może na przemianach skorzystały bardziej Słowacja czy Czechy,
ale wydaje mi się, że bilans zysków i strat, bez bałwochwalczej gloryfikacji III
RP jest korzystny w sferze realnego kapitalizmu a nie tylko w sferze poczucia
wolności związanego z brakiem kartek na żywność, którą to autora tekstu, z tego
co rozumiem, uznaje jedynie za ideologiczny błyszczyk w ustach
prokapitalistycznych zwolenników (ale jednocześnie i beneficjentów) przemian.


Powiedziałbym dużo ostrożniej, że jest nad czym pracować, i choć niektórych
rzeczy prawdopodobnie nie da się już zmienić zarówno w warstwie politycznej
[rozliczenie z komunizmem] jak i w warstwie ekonomicznej [uwłaszczenie
nomenklatury] to więcej osób z różnych klas ma obecnie szansę i możliwości
rozwoju, choćby przez możliwość wyboru strategii zawodowej sektor prywatny lub
publiczny. Niemniej jednak patrząc z punktu widzenia socjologa na zmianę
struktury społecznej i zmianę struktury rynku pracy oraz ich dynamikę to zgadzam
się z autorem jeśli chodzi o opis obecnej struktury klasowej jaką mamy w
Polsce; mam natomiast wątpliwości jeśli chodzi o niektóre wnioski, założenia i
punkty odniesienia.

Wnioski dotyczące dobrobytu którego największe koszty
ponoszą przede wszystkim mniej wykwalifikowani robotnicy. Wydaje mi się, że
należałoby najpierw porównać strukturę płac i stopień przechodzenia z klasy do
klasy w innych krajach, takich jak USA czy Anglia, ale również krajach typu
welfare state np. Szwecja i zobaczyć ile tam zarabiają niewykwalifikowani
pracownicy, jaki jest ich odsetek w stosunku do innych sektorów oraz jak na
przestrzeni lat zmieniała się ewentualnie ta proporcja. Mam podejrzenie, że
sytuacja Polski nie odbiega w tym względzie zbytnio od normy.

Założenie,
które wydaje mi się zbytnim uproszczeniem i ustawianiem sobie przeciwnika to
przyjęcie perspektywy polemicznej w odniesieniu do poglądu, że są osoby i jest
to całkiem duża grupa, która porównuje PRL z III RP na sposób manichejski. Ten
pierwszy jest zły a ten drugi doby więc nie musimy się zastanawiać nad zmianami
tego drugiego. Wydaj mi się, że dziś mało jest środowisk, które coś takiego
głoszą na poważnie [z pominięciem oczywiście całej propagandy politycznej
obliczonej na emocjonalna aktywizację elektoratu]; weźmy choćby ostatnie wybory
do Europarlamentu, które pokazały, że są to raczej spory wirtualne, które nie
aktywizują zbytnio polskiego społeczeństwa.

Polemicznym punktem odniesienia
jest zaś porównanie przemian w Polsce do wzoru społeczeństw postfordowskich.
Poza tym, że na początku przemian modernizacyjnych ich luminarze raczej za punkt
odniesienia przyjmowali bardziej ogólnie industrialne społeczeństwa dobrobytu a
nie partykularnie elastyczność rynkową to można zapytać dlaczego to ma być nasz
punkt odniesienia. Nawet jeśli istnieje lub istniała jakaś grupa przedsiębiorców
lub liberalnych polityków, którzy chcieli kopiować wzorce zachodniego
postfordyzmu to akurat w Polsce cześć rozwiązań została nam narzucona, cześć
dotyczyła jedynie pewnych segmentów i regulacji rynkowych np. bankowości,
finansów itp. a już na pewno nikt od nas nie wymagał modernizacji zakładów i
produkcji na sposób postfordowski. Raczej dominował ideał przedsiębiorczości a
nie konkurencyjność co nie jest tym samym.
kot   |17.06.2009 01:41:09
Wpis 10. Wspanialy przyklad czego w internecie robic nie nalezy.
-Wypracowan
akademickich zagadujacych temat
- w koncu pustej retoryki.Konia z rzedem temu,
kto potrafi z tego wycisnac cos wiecej poza zaliczniem tematu.
kot   |17.06.2009 01:41:16
Wpis 10. Wspanialy przyklad czego w internecie robic nie nalezy.
-Wypracowan
akademickich zagadujacych temat
- w koncu pustej retoryki.Konia z rzedem temu,
kto potrafi z tego wycisnac cos wiecej poza zaliczniem tematu.
Rylew  - kot   |17.06.2009 08:30:20
Muszę się zastanowić, odpowiem później. Na razie podnoszę ten wątek żeby nie
spadł i zniknął tak jak ostatnio tekst Sierakowskiego z dodatku Europa pt.:
Żywcem pogrzebani.
Rylew   |17.06.2009 09:35:02
Społeczeństwa tracą swój klasowy charakter na rzecz grupowego, postępuje
indywidualizm, zmierzamy być może wręcz do atomizacji w której interes każdego
będzie inny.
Klasowość traci wobec tego znaczenie również pod względem
utylitarnym. Nie klasy już lecz grupy nie są w stanie wyartykułować i
wyegzekwować swoich postulatów.
Coraz trudniej jest też wytyczać linie
podziałów, bo jest ich coraz więcej, dlatego sięga się do uproszczeń z których
chyba najprostsze jest wg.
P.Bourdieu.
Dzisiaj chcąc zmieniać świat trzeba się
dzielić na ruchy ideologiczno światopoglądowe.

Ludzie dobrej woli tego świata
łączcie się !
To mogłoby być hasło lewicy.
kot   |17.06.2009 16:51:50
Rylew, zyjemy w plynnej Rzeczywistosci Baumanowkiej dwudziestego pierwszego
wieku, a nie w dziewietnastowiecznej, w ktorej granice miedzy klasami byly
wyraznie zaznaczone .
Czy pojecie interesu klasowego, z tego powodu, ma miec
slabsze zastosowanie ?
Wrecz odwrotnie !
Im rzeczywistosc jest bardziej
zlozona tym bardziej potrzebuje adekwatnych srodkow opisu.
Jednym z istotnych
powodow zapasci lewicy w Europie jest niedostosowanie pojec do zmian, ktore
nastapily. Redefiniuje i zachowuje marksowskie pojecie klasy.
Czy zauwazyles,
ze mniej zajmuje sie poddzialem klasowym, a bardziej interesem
klasowym.
Przejdzmy do zastosowan. Partia Tuska jest typowa partia klasowa
sluzaca ekspansji kapitalu ale nie koniecznie ludziom. Lewica przegrywa walke o
jezyk . Pozwolila narzucic sobie i sferze publicznej dominacje pogladu, ze
partia klasowa reprezentuje interes uniwersalny, a nie klasowy. Ostatnia
dyskusja o postpolityce , czyli o zaniku polityki na rzecz dzilan pozornych,
wlasnie bierze sie z braku wyraznie okreslonych klasowo partii politycznych.
kot   |18.06.2009 00:00:34
Partie reprezntujace kapital glosza (skutecznie), ze maja charakter uniwersalny,
a nie klasowy.
Partie ktore daly sie uwiesc temu pogladowi czesto takze
lewicowe traca w ten sposob nie tylko swoja tozsamosc lewicowa ale takze
polityczna.
Stosujac kryterium dochodowe latwo sprawdzic wiarygodnosc takich
pogladow.
Zauzmy (stosujac je) ze do klasy sredniej nalezy ta czesc populacji
ktorej dochody na zatrudnionego wynosza od jednej do dwoch srednich krajowych.
Wowczas kazdy kolejny rzad niezalenie od barw, ktore przybiera bylby rozliczany
ze wzrostu lub spadku liczebnosci klasy sredniej.
Rylew   |18.06.2009 07:26:40
> Rylew, zyjemy w plynnej Rzeczywistosci Baumanowkiej dwudziestego >
pierwszego wieku, a nie w dziewietnastowiecznej, w ktorej granice >
miedzy klasami byly wyraznie zaznaczone .
> Czy pojecie interesu klasowego, z
tego powodu, ma miec slabsze > zastosowanie ? Wrecz odwrotnie !


Słusznie, Bauman doskonale to dostrzega i opisuje. Dlaczego nie wyciągnąć z
tego wniosków ? Dlaczego więc wręcz odwrotnie ? Jeśli znaczenie klasy pod
względem użytkowym maleje, albo zanika, to pozostaje już tylko znaczenie czysto
językowe, użyteczne tyko w dyskursie i w badaniach socjologów.
Możemy sobie
owe klasy czy grupy wyodrębniać i nazywać jak chcemy, ale znaczenie tego dla
polityki jest niewielkie. Zwłaszcza, że jak zauważyłeś mamy do czynienia z
postpolityką, która jest wynikiem degeneracji klasy politycznej ( nazywając ją
tak umownie ), a nie jak sądzisz brak klasowego zakorzenienia partii.

>
Partie reprezntujace kapital glosza (skutecznie), ze maja charakter
> uniwersalny, a nie klasowy.
I o to chodzi !
Partie reprentujące w sposób
mało zakamuflowany interes klasowy nie mają szans na zaistnienie w realnej
polityce. Wyjątki są nieliczne, bo większość nie chce, żeby po dojściu do władzy
partii robotniczej np. płace robotników były wyższe niż płace profesorów
wyższych uczelni.
PSL także ociera się o próg wyborczy bo się mówi, że chłop
ciągnie wóz w swoją stronę.
To nie jest pogląd tylko wyraz marketingu
wyborczego.
Problemem jest tylko kto czyni to skuteczniej i czy po wyborach
potrafi pokazać dbałość o interes publiczny.
Partia prawdziwie lewicowa mogłaby
tak działać.
Rylew   |18.06.2009 07:36:21
>Jaka jet miara stanowiaca kryterium podzialu srodkow wypracowanych?

To jest
dobre pytanie, ale nie sądzę żeby łatwiej było odpowiedzieć na
nie
uwzględniając podziały i interesy klasowe.
Łatwiej chyba w oparciu o prawa
człowieka, dążenie do równości szans,
przeciwdziałanie społecznym
nierównościom.
Sam próbujesz na to pytanie odpowiedzieć proponując za miarę
stan liczebny klasy średniej. Może trzeba dodać parę innych
wskaźników.
Powstałoby coś w rodzaju HDI.
kot   |21.06.2009 02:57:32
Rylew, w tym miejscu rozmowy, ktorej dzelnie partnerujesz , nie da sie jej

kontynuowac nie odnoszac sie do podstawowej meta konstatacji.
Wyraznie
trzba zaznaczyc roznice miedzy
(tym co ja nazywam) natura,
a kreacja.

Niektorzy w naukach o spoleczenstwie dopuszczaja pelna kreacje, bez granic,
przeciwtawiajac ja fizyce.
Trzeba przyznac, ze panuje tu pelne filozoficzne
bezholowie.
Tymczasem jest to sprawa poprawnego, czujnego ograniczania. A wiec
kreacja ale w okreslonych granicach. Taka jest matematyka- uznana przeciez za
wzor sislosci- kreacja ograniczona rygorystycznie pod sankcja bledu.
A wiec, w
naukach spolecznych mozna wypowiadac twarde twierdznia. Tylko swiadomie, a nie
pelni wiary w ich bezwzgleda, niczym nie ograniczona moc. Bo wowczas tacy
superinteligentni ludzie jak Greenspan i Hausner staja sie niebezpieczni.

Odpowiadajac na Twoja uzasadniona watpliwosc zwiazana z funkcjonowaniem
systemu demokratyczno-parlamentarnego, ktory prowadzi do usredniania (temat
Tomasz a Piateka) zacierania roznic i odpolityczniania.
Jezeli spoleczenstwo
jest z natury, a nie z kreacji klasowe, to!
Mozliwe, ze powolywanie sie na
klasowa nature spoleczenstwa moze byc niedobrym, z punktu widzena marketingu
politycznego, posunieciem.
Ale jesli tak jest, to tym bardziej w polityce
trzeba brac ten twardy fakt pod uwage. Nie mowiac o tym glosno. W nauce jak
najglosniej! Bo jak wiesz grawitacja moze bolec.
kot   |21.06.2009 07:25:01
Uzupelnienie
Pojecie okreslajace nature jest weryfikowalne doswiadczalnie.
kot   |21.06.2009 07:25:03
Uzupelnienie
Pojecie okreslajace nature jest weryfikowalne doswiadczalnie.
kot   |21.06.2009 07:25:05
Uzupelnienie
Pojecie okreslajace nature jest weryfikowalne doswiadczalnie.
kot   |21.06.2009 07:25:09
Uzupelnienie
Pojecie okreslajace nature jest weryfikowalne doswiadczalnie.
kot   |21.06.2009 07:25:10
Uzupelnienie
Pojecie okreslajace nature jest weryfikowalne doswiadczalnie.
Rylew   |22.06.2009 04:10:54
> Rylew, w tym miejscu rozmowy, ktorej dzelnie partnerujesz , nie da sie > jej
kontynuowac nie odnoszac sie do podstawowej meta konstatacji.
O dzielności nie
może być mowy, przyjemnie mi porozmawiać z kimś kto nie stroni od rozważań
teoretycznych, nie tracąc z oczu rzeczywistości.
Poza tym mnie także nudzi
prostowanie myśli ludzi zbałamuconych przez neoliberalną propagandę :).
>
Wyraznie trzba zaznaczyc roznice miedzy (tym co ja nazywam) >
natura, a kreacja.
Doskonale kot, trafiłeś w sedno, dziękuję za tę uwagę,
pozwoli mi to na szybkie zakończenie naszego sporu.

Nie mam pewności czy
dobrze wiem co nazywasz naturą w odniesieniu do społeczeństw. Z mojego
doświadczenia wynika, że ich naturą ( tak jak ja to nazywam:) jest zmienność i
pluralizm.
Natura rzeczy zmienną jest z natury:),
tak, mogę zaryzykować to
twierdzenie, chociaż brzmi to paradoksalnie.
Natura rzeczy zawiera w sobie
także niedoskonałość.
Jeśli więc rozumiesz słowo natura jako implikujące coś
doskonale, trwale niezmiennego ( jak grawitacja np.) to dlatego się różnimy w
ocenie omawianych zjawisk. Grawitacja poza tym także nie jest stałą
bezwzględną.
Słowo natura ma wiele znaczeń, a w tym znaczeniu którego używamy
dla potrzeb naszego sporu ma jeszcze przynajmniej dwa podznaczenia.
Jedno to
natura rzeczy, którą opisałem wyżej i drugie to natura, wynik kreacji ludzkiej,
coś doskonałego, ściśle określonego i jedynego.
Jako przykład kula, figura
geometryczna, która została wykreowana przez człowieka, w rzeczywistości nie
występuje.
Tak samo nie występuje w rzeczywistości *klasowa natura
społeczeństwa*, która jest tworem kreacji ludzkiej. Wobec tego przypisywanie
społeczeństwu tej kategorii jest co najmniej przesadą, co chciałem
udowodnć.

Proponuję zatem nie mówić o klasowej naturze społeczeństw lecz o
pluralistycznej, niejednorodnej i zmiennej strukturze społecznej.
Uzupełniając
jeszcze, warto dodać, że trzeba natomiast mówić o rozwarstwieniu społecznym na
podłożu ekonomicznym, ponieważ jest to jeden z ważniejszych indykatorów jakości
funkcjonowania systemów społecznych.

Natomiast co do polityki,
ważne że
trzeba rozróżniać politykę od marketingu politycznego. Marketing mianowicie nie
może zastępować polityki, bo prowadzi to do znanych nam zjawisk.
Rylew  - kot,   |27.06.2009 11:07:43
znalazłem twój wpis przy innym wątku i postaram się odpowiedzieć.
To nawet
lepiej że nie uważasz naszej wymiany zdań za spór tylko za rozmowę. W ten sposób
można lepiej, bez zbędnego zacietrzewienia argumentować.
Ja też nie chcę
udowodniać ci żadnych błędów. Takie pojęcia jak klasowość i pochodne trochę mnie
rażą, bo uważam je już za przeżytek.
Były zasadne w XIX i XXw odpowiednio do
ówczesnej sytuacji.
Pojęcie klasy może być dalej używane w badaniach i
analizach socjologicznych, chociaż zalecałbym używanie słowa grupa, lub zbiór,
podzbiory, które już zresztą dzisiaj nie są wyraźnie rozgraniczone, ale wręcz
mają wspólne pola.
Natomiast przypisywanie klasowości jakichś własności
metafizycznych,
ponadczasowych wynika bardziej z ideologii, zatem z wiary niż
z analizy empirycznej obserwacji rzeczywistości.
Klasowość ponadto,
skompromitowana przez znane przegięcia Stalina zdaje się być już nieprzydatna
jako narzędzie *budzenia świadomości klasowej*.

Warto zwrócić uwagę jak
rozdrobniona i pomieszana jest już struktura społeczna (biedni socjologowie).
Już nie wystarczają klasy, warstwy i stany do opisania społeczności państwa.
Proponuje się mikroklasy, makroklasy, grupy, podgrupy, segmenty społeczne itd.

Dokąd to prowadzi ? Chyba do konstatacji, że każdy jest klasą dla siebie,
a
badania socjologów mają niejako zaprogramowane błędy co należy brać pod uwagę
przy analizie wyników…
Rylew  - Egoizm, a egoizm klasowy   |28.06.2009 08:19:35
Egoizm jest naturalną cechą człowieka, wywodzącą się z instynktu
samozachowawczego. Egoizm klasowy to już konstrukt logiczny
człowieka
oznaczający pochodną interesów (celów) indywidualnych członków klasy (zbioru).

Pojęcie egoizmu przedstawiane jako motor ludzkiej aktywności wykorzystywany
jest przez liberalnych naturystów* nader często do celów propagandy
neoliberalnego kapitalizmu.
Kapłanom tej religii przeciwstawiamy pojęcie i
świadomość dobra wspólnego (nie mylić z dobrem klasy:) i wzór człowieka, który
dbając o siebie i swoją rodzinę poświęca także istotną część swojej aktywności
na rzecz wspólnoty lokalnej czy narodowej.
Przypomnieć można, że egoizm
jednostek lubi mutować do postaci chciwości i pazerności co przynosi już szkody
i krzywdę innym.
kot   |28.06.2009 23:51:00
,,Egoizm jest naturalną cechą człowieka, wywodzącą się z instynktu
samozachowawczego. Egoizm klasowy to już konstrukt,, ? G. prawda.
Jest
dokladnie tym samym.
Jest to potezna sila spoleczna o wielkiej sile
oddzialywania.Bez zrozumienuia tego lewica nie jest lewica.
Klasy
uprzywilejowane istnialy w kazdej formie ustrojowej. I ich chciwosc klasowa
ograniczaly jedynie sily, ktore byly zdolne im sie przeciwstawic.
Najskuteczniejsza sila okazaly sie odpowiednio zorientowane zwiazki
zawodowe.
Tam gdzie sa mocne jak w Szwecji i Japonii rozpietosci dochodowe sa
najmniejsze, tam gdzi sie nie licza chiwosc klas uprzywilejowanych nie znajduje
ograniczen.
Rylew  - Mazowiecki i inni   |29.06.2009 15:53:07
Trochę źle mnie zrozumiałeś, może zbytnio teoretyzuję.
Nie zaprzeczam istnienia
siły oddziaływania jakiegoś zbiorowego egoizmu jednostek (wypadkowej?), który
nazywasz egoizmem klasowym.
Co do równowagi sił to już wcześniej to napisałem
zanim przeczytałem ten tekst.

Ja nie sądzę, żeby chodziło w wypadku
transformacji ustrojowej o brak świadomosci klasowej natury spoleczenstwa i
niedocenianie siły interesu klasowego.
Większość ludzi w okresie przed i w
czasie transformacji widziała pozytywne przeobrażenia w systemie
kapitalistycznym pod wpływem demokratyzacji i siły związków zawodowych. Wierzyła
w dalszy postęp społeczny na bazie społecznej gospodarki rynkowej.

Zapatrzyliśmy się w RFN w okno wystawowe kapitalizmu. Urzekły nas demokracje
skandynawskie.
Wierzyliśmy w automatyczne korzyści wypływające z demokracji i
transformacji ustrojowej. Nie analizowano prawdopodobnie wariantów
niekorzystnych ani zagrożeń. Socjalizm nie stanowił już bowiem alternatywy i to
było między innymi powodem zmiany drogi rozwoju kapitalizmu w kierunku
neoliberalnym.

Siłą która mogłaby zrównoważyć siłę kapitału mogłyby być
potężne związki zawodowe. Odwrotność stała się ciałem, chociaż prezydent Wałesa
chciał także pomaszerować na Belweder :), co było tylko pajacowaniem pod
publiczkę, a nie wzmocnieniem lewej nogi.
Nie analizowano chyba wtedy w ogóle
chcąc jak najszybciej chwycić Pana Boga (kapitalizm) za nogi.
Sygnał M.
Thatcher i R.Reagana był za słaby by spowodować zbiorowe opamiętanie i zawrócić
bieg historii.
To jest również dowód na to, że ekstrapolacja trendów
społecznych w skali dziesięcioleci daje bardzo wątpliwe wyniki.
Teraz już i
dalsze przewidywania stają się ryzkowne.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.10540 Seconds