|
No więc to było tak: przeciwko budowie nowego meczetu w Warszawie zaprotestowali obok siebie (wyjątkowe wydarzenie!) syjoniści i słowiańsko-faszystowskie pojeby z Narodowego Odrodzenia Polski. Razem z nimi (wyjątkowe wydarzenie!) protestowali także niektórzy buddyści Diamentowej Drogi (czyli mówiąc po polsku: obrządku tybetańsko-reformowanego). Protest tych niektórych buddystów miał chyba znaczyć: “My wyznajemy zupełnie tolerancyjną religię, taką jak chrześcijaństwo, więc nie tolerujemy tego nietolerancyjnego islamu”. Było ewidentne, że ze strony tych niektórych buddystów jest to koślawa, kulawa i nietrafiona próba zaznaczenia własnej obecności. Można było powiedzieć prościej: “O katolicy, o agresywni syjoniści! My, przynajmniej niektórzy buddyści, potrafimy być takimi samymi świniami jak wy, więc przyjmijcie nas do Klubu Świń”. Joanna Rajkowska zobaczyła ten buddyjsko-faszystowski protest i napisała tekst, w którym oskarżyła buddystów o nietolerancję (to też dość wyjątkowe wydarzenie). Moja żona, Hanna Gill-Piątek, która akurat jest buddystką Diamentowej Drogi, odpisała jej, oskarżając Rajkowską o to, że wsadzając wszystkich buddystów do jednego faszystowskiego worka, zachowuje się wykluczająco i nietolerancyjnie. I tu właśnie nastąpiło wyjątkowe wydarzenie. No bo co by się stało, gdyby kolega Żmijewski, albo kolega Libera nazwali mnie faszystą? Pomijając to, że mieliby stuprocentową rację (wszystkie moje odruchy i emocje są czysto faszystowskie, a czasem nie umiem się wysikać, jeśli nie zagwiżdżę sobie przy tym “Horst Wessel Lied”) to gdyby takie oskarżenie wysunęli, ja przez parę miesięcy siedziałbym cicho, potem dowiedziałbym się, gdzie mieszkają, a potem przez resztę życia piłbym kefir z ich czaszek. Natomiast moja Hania odpowiedziała Rajkowskiej, Rajkowska odpowiedziała jej i zaczęły razem pracować. Kolejny dowód na to, że kobiety nie wejdą do Walhalli. Ale pewnie przeznaczone są do chrześcijańskiego raju. Czyli po raz kolejny wygrały (chociaż nie wiem, czy by Rajkowska chciała do chrześcijańskiego raju – pewnie chce, tylko jeszcze o tym nie wie, że zacytuję Jarosława Kaczyńskiego). W każdym razie, wyjątkowe wydarzenie: dwie osoby w publicznym konflikcie, zamiast wydrapać sobie oczy, zrobiły coś razem.
Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja wyglądała tak, że władze miejskie Poznania nie pozwalały (i nie pozwalają) zbudować w Poznaniu nawet na chwilę choćby tekturowego minaretu, mimo usilnych starań Rajkowskiej. Może boją się, że głos muezzina wołającego “Lacha illahu ha Allach” obudzi zbyt wcześnie zacnych poznańskich mieszczan. Chociaż zgodnie z projektem Rajkowskiej, muezzin miał się wokalnie uzewnętrznić na minarecie tylko jeden jedyny raz, tylko jednego ranka, symbolicznie… Ciekawe, czy kato-dzwony kościelne, codziennie napierdalające o szóstej rano tak, że czaszka pęka, podobnie przeszkadzają radnym?
W związku z tym wszystkim Hania wymyśliła, żeby odbyć marsz, którego trasę wyznaczały trzy punkty: synagoga, której nie ma (przerobiona na pływalnię – plum!), minaret, którego nigdy nie było i oczywiście KATEDRA KATOLICKA, KTÓRA BYŁA, JEST I BĘDZIE.
Ale przede wszystkim Hania wymyśliła, żeby to był marsz tyłem. I razem z nią prawie setka osób przeszła całą trasę tyłem przez spory kawałek Poznania. I rzeczywiście było to wyjątkowe wydarzenie, bo chyba nikt jeszcze w takiej liczbie tyle tyłem nie szedł. “Rzeczpospolita” oczywiście stwierdziła, że celem tego performansu jest Rzeczpospolita – ale Pierwsza. Marsz tyłem (zdaniem “Rzeczpospolitej”) wiedzie w przeszłość, ku Polsce sarmackiej, w której islam, judaizm i katolicyzm mogły razem idyllicznie egzystować (od czasu do czasu fundując sobie idylliczny pogromik, tumulcik albo jasyrek, ale to już mój dopisek). Zresztą nie ma co się czepiać “Rzepy”, bo napisała o tym bądź co bądź antykonserwatywnym performansie bardzo życzliwie i wnikliwie. Ale z tego, co moja żona, bardzo zabiegana i zmęczona, mówiła czasem przez sen podczas przygotowania całej akcji, zrozumiałem, że chodzi głównie o co innego. Chodzi o to, że człowiek idąc tyłem, jest bardziej bezbronny, mniej agresywny i zdobywczy. Marsz tyłem jest sposobem na przemierzanie przestrzeni bez zawłaszczania jej. To jest bardzo ciekawa idea, być może na spotkania międzykulturowe czy międzygenderowe powinniśmy też podążać tyłem.
Pod koniec marszu jeden starszy pan zaproponował, aby przejść jeszcze pod zbór ewangelicki, ale uczestnicy byli już zmęczeni. No, ale to norma. Podniecającym tematem są Żydzi. Należą do naszej przeszłości. Podniecającym tematem są muzułmanie. Należą do naszej przyszłości. Natomiast podniecającym tematem nie są ewangelicy. Oni należą tylko do Boga.
Ale nie ma co marudzić. W tym marszu, pod synagogą i w ramach aprobaty nie tylko dla minaretu, ale także dla synagogi, przeszło troje Palestynczyków. I to jest wyjątkowe wydarzenie.
A żeby już nie kończyć takim obrzydliwie optymistycznym akcentem, to dodam, że przed chwilą wszedłem do kuchni (w budynku firmy, w której pracuję). Trzy dziewczyny z działu Client Service jadły coś z plastikowych pojemników. “Jedzcie pokarm ohydy!” – zawyłem. “Ale o co chodzi? – zapytały całkiem sensownie. “O nic – odpowiedziałem – Trenuję przed zjazdem proroków w Monterey”. To będzie wyjątkowe wydarzenie!
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki. www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...