|
Głupio jest chwalić człowieka, który mnie chwali. No bo wtedy nie wiadomo, czy ja go chwalę szczerze, czy tylko z wdzięczności. A może my zukładowani jesteśmy? Na przykład powinienem pochwalić Jasia Kapelę, którego książka Janusz Hrystus całkiem mi się podobała (dość łatwo jest napisać książkę o niczym, nieco trudniej jest napisać książkę o Niczym Przeżerającym Nasze Bytowanie i Kulturę, ale napisać taką książkę, która mimo całej swojej PUUUUSTKI wciąga niczym list szantażysty - to jest jednak jakieś mistrzostwo). Ale tu się włączają wątpliwości: „Jasio ostatnio chwalił mnie, więc nikt w moje pochwały nie uwierzy, pomyślą, że tworzymy klikę przyjaciół, zaszkodzę sobie i jemu…”.
Ale pieprzę to. Będę chwalił, co mi się podoba, niezależnie od skutków. Dzisiaj na przykład pochwalę reżysera, który chwali moją książkę Heroina i będzie ją ekranizować. Zresztą, skoro powierzam mu książkę, to chyba jest oczywiste, że oceniam go pozytywnie i nie ma co z tego robić tajemnicy.
Dzisiaj (w piątek) wchodzi na ekrany film Pawła Sali Matka Teresa od kotów. Kiedy zobaczyłem Matkę Teresę po raz pierwszy na festiwalu w Gdyni, zmasakrowała mnie i nie bardzo umiałem zebrać myśli. Mówiłem, że główną zaletą filmu jest ukazanie społeczeństwa, w którym do tego stopnia zanikły wartości, że już samo ich poszukiwanie wyrywa człowieka z normalności, pcha go w szaleństwo i zbrodnię. Teraz myślę inaczej. Myślę, że Sala nie daje zbrodni żadnego wytłumaczenia, nawet takiego z wyższej filozoficznej półki. Sala ukazuje zło jako zło, a więc jako błąd, jako coś nieusprawiedliwialnego i niewytłumaczalnego. Gdyby błąd dało się wyjaśnić, przestałby być błędem.
Tego rodzaju sztuka zwykle jest źle przyjmowana na lewicy. Lewica przecież chce zwalczać krzywdę i cierpienie, usuwając jej przyczyny. Chce wyjaśnić zło po to, aby móc je rozbroić. Kontemplujący niewyjaśnialne zło moraliści-amoraliści zwykle kojarzeni są z prawicą. Niesłusznie zresztą: Dostojewski zaczynał wśród lewicowych pietraszewców i dialog, który prowadził sam ze sobą, był nie tylko dialogiem Fiodora z diabłem, był także dialogiem lewicowca z prawicowcem. „Człowiekowi z podziemia”, który krzyczy: „A ja nie chcę, żeby wszystko było dobre, idealne i rozumne, bo wtedy jestem tylko trybikiem perfekcyjnej maszyny!” odpowiada Zbrodnia i kara: opowieść o niemożności wyrwania tego, co społeczne, z duszy jednostki. Raskolnikow, jak słusznie zauważył Nietzsche, przeżywa skruchę, bo zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma dość siły, aby udźwignąć egzystencję nadczłowieka poza społeczeństwem i przeciw społeczeństwu. Poddaje się, bo zbiorowy przeciwnik okazuje się zbyt silny. Ale właśnie to „koniunkturalne” poddanie się jest aktem najgłębszej pokory właśnie dlatego, że jest „koniunkturalne”. Przyznanie, że społeczeństwo może być ot, tak, silniejsze, było najtrudniejszym progiem do przekroczenia dla Raskolnikowa, który uwiebił przecież swoją siłę i poświęcił jej wszystko, konwenanse, prawo, wartości, życie dwóch ludzi. Tu Dostojewski jest blisko swojego wielkiego antagonisty, Conrada.
Oczywiście, rozumiem opory lewicy przed moralistami-amoralistami, kontemplatorami zła. Gdy zło jawi się nam jako niewyjaśnialne, staje się też trudniejsze do przewidzenia i do zwalczania. Ktoś, kto głosi niewyjaśnialne zło, może być podejrzany o głoszenie zła niepokonanego, o kapitulowanie przed złem albo o chorą fascynację. Ale z chorą fascynacją mamy do czynienia tylko wtedy, gdy ktoś ukazuje zło jako piękne. A z kapitulacją mamy do czynienia tylko wtedy, gdy ktoś ukazuje nam zło jako nie dość złe. Nie jest to przypadek Dostojewskiego: na pewno był złem zafascynowany i pisał o nim pięknie, ale zawsze pokazywał całą jego ohydę (domieszka piękna dodana do zła jeszcze tylko ohydę zwiększała, jak cukierek rozgnieciony w gównie). I nie jest to przypadek Sali. On nie dodaje nawet cukierka. Pokazuje czystą ohydę: nie chowa zbrodni ani za pięknem, ani za przyczynami. Nie uprawia rytualnego oczerniania morderców, ale też nie uprawia rytualnego ich szminkowania lub tłumaczenia. A jednak jest to przekaz społecznie oraz politycznie mobilizujący. I na pewno byłby mniej mobilizujący, gdyby Sala bardziej skoncentrował się na społecznych uwarunkowaniach zbrodni, na przykład na kryzysie finansowym albo na specyficznej pracy ojca i matki chłopców-zbrodniarzy. Dlaczego? Bo goła zbrodnia, w swojej ludzkości-nieludzkości, jest tak straszna, że bardzo chce się zrobić wszystko, aby ją powstrzymać. Chce się tego bardziej niż wtedy, kiedy czyta się mądre, a nawet prawdziwe wywody o jej uwarunkowaniach.
Nawet niewytłumaczalność gołej zbrodni nie powstrzymuje tej chęci. Oglądając Matkę Teresę, akceptujemy to, że zło ma w sobie niewytłumaczalny pierwiastek i że nigdy nie usuniemy go całkowicie ze świata. Ale ten pierwiastek oznacza tylko tyle, że potrzeba walczyć jeszcze usilniej: dzielniej i mądrzej, bardziej realistycznie i bardziej duchowo zarazem, bez nastawienia na łatwe zwycięstwo. Widzimy, że nasze lewicowe pomysły na zapobieganie złu mogą być częściowo płaskie i przyziemnie praktyczne - ale chcemy je stosować jeszcze bardziej: z większym zaangażowaniem i z większym wyczuciem. Stajemy do walki z całym złem tego świata jak hobbit z Sauronem - ale to właśnie oznacza, że stajemy do tej walki z właściwym rozeznaniem. Gdyby Frodo uznał, że jest równorzędnym przeciwnikiem Czarnego Władcy i zaczął na dzień dobry walić w bramę Mordoru maczugą, nic by nie wygrał.
Gdy piszę: „reżyser pokazuje czystą ohydę”, pewnie brzmi to jak idealna antyreklama dla większości społeczeństwa, pomijając takich zboczeńców jak Dostojewski, Sala czy ja. Ale proszę państwa, Matkę Teresę od kotów ogląda się z zapartym tchem. Paweł Sala przez kawał życia walczył wbrew wszelkim możliwym układom, żeby to zrobić, zrobił w końcu fascynujący film o czymś bardzo ważnym. Nie ma więc żadnych usprawiedliwień, marsz do kina, wszyscy na Salę - że sparafrazuję Jacka Szczerbę z „Wyborczej”.
I na koniec, żeby zostać w klimatach bliskich Dostojewskiemu: producent filmu, Sławomir Rogowski, został oskarżony o bycie współpracownikiem SB. Trudno byłoby mi w to uwierzyć. IPN podaje, że Rogowski został zarejestrowany w grudniu 1989 roku, kiedy to nawet najwięksi idioci nigdzie się nie rejestrowali (no, chyba że w zakrystii). I SB też raczej paliła teczki niż zakładała. Wiem, że Rogowski ma wielu dość dziwnych wrogów. W połowie zdjęć Matki Teresy, przed bardzo skomplikowanym i kosztownym dniem zdjęciowym (wynajęty helikopter etc.), nieznani sprawcy złapali na ulicy jednego z aktorów grających główną rolę i ogolili mu głowę włącznie z brwiami - tak, żeby nie mógł grać. Film uratowała perukarka. Tym bardziej zapraszam państwa do kin.
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki.
www.tomaszpiatek.pl
Czytaj też: Magdalena Błędowska, Matka odchodzi
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...