|
Proszę Państwa, Państwo zapewne oczekujecie, że coś napiszę na temat wyborów. Ale ja na temat wyborów nic nie napiszę. Nic nie napiszę o przedwyborczej histerii w „Gazecie Wyborczej”, która kazała Michnikowi błagać „Krytykę Polityczną” o zagłosowanie na PO, a Sergiuszowi Kowalskiemu oskarżać KP o to, że nie chce tego zrobić (o tym ostatnim tekście w ogóle szkoda gadać: są tam opowieści o tym, jak to gardzimy „użytecznymi idiotami” i po leninowsku zacieramy ręce). Nic nie napiszę o powstałym z okazji wyborów, hagiograficznym filmie Lider, poświęconym Jarosławowi Kaczyńskiemu, chociaż znalazło się w nim ujęcie niebywałe: Ratzinger goni małą dziewczynkę, a po obu jego bokach dwaj identyczni (i identycznie uśmiechnięci) bracia Kaczyńscy. Niezwykłe połączenie Klubu Pedofila z ostrym oczopląsem.
Nie napiszę nic o tym wszystkim, bo mi się nie chce. Nie chce mi się pisać o kolejnych wyborach pomiędzy deszczem a rynną. I o stryjku, czyli o elektoracie, który nieustannie zamienia siekierkę na kijek. Zamiast o pseudowyborach, napiszę o czymś, co uważam za ważniejsze.
Proszę Państwa, zapewne każdy pisarz zetknął się z takim zjawiskiem: dziennikarz zaprasza go do studia radiowego lub telewizyjnego i przed rozmową na antenie zarzuca komplementami: jaka to książka pisarza jest wspaniała, jaka cudowna i tak dalej. Potem wchodzą na wizję albo w eter i dziennikarz nagle się zmienia.
Powstrzymując się od wyrażania choćby śladowych ilości własnego zdania, lodowatym tonem przez zaciśnięte zęby zadaje pisarzowi kilka oderwanych od rzeczywistości pytań, tak skonstruowanych, aby za żadne skarby nie mogło z nich wyniknąć, czy książka jest dobra, czy zła. To się nazywa bezstronność dziennikarska, jak się domyślam. Na szczęście nie wszyscy dziennikarze są tacy i tu pozdrowienia dla Kamila Dąbrowy z Tok FM, który jak mu się książka spodoba, nie boi się powiedzieć, że to wielka literatura.
Ja też spróbuję być jak Kamil Dąbrowa i dlatego nie zawaham się powiedzieć: wielka literatura. Proszę Państwa, w niektórych księgarniach jeszcze można dostać Włóczęgów – powieść piszącej po angielsku Chinki Yiyun Li. A na pewno wszędzie można zamówić tę książkę. Jest też w bibliotekach. Ja dostałem ją do przeczytania od mojej Mamy, za co jej w tym miejscu dziękuję. Dając mi ją, powiedziała jak Kamil Dąbrowa: to jest wielka literatura.
Podszedłem do tego sceptycznie. Ale sceptyczny byłem mniej więcej przez jakieś trzydzieści sekund, czyli do momentu, w którym otworzyłem książkę i zacząłem czytać pierwszą stronę. Od razu zostałem wciągnięty w arcydzieło bólu, w subtelną strukturę zbudowaną z najpotworniejszego ludzkiego cierpienia. Fabuła ma perfekcyjną konstrukcję, ale materiałem tej konstrukcji jest upokorzenie i upodlenie, czyli chleb czy raczej ryż codzienny człowieka mieszkającego w Chinach.
Tego człowieka autorka w mistrzowski sposób wydobywa z Chińczyka. Po przeczytaniu tej książki niemożliwe już jest rasistowskie spojrzenie na mieszkańców Chin: że są to niezwykle liczne żółte ludziki, które żyją w niewoli, bo tak lubią. Nie lubią. Ten miliard czy dwa miliardy to są ludzie, tacy jak my, tylko mocniej podeptani.
W tej książce wielkie wydarzenia historyczne – upadek nacjonalistów i początek komunizmu, rewolucja kulturalna, potem jej zakończenie – są jak fale powodzi, które wdzierają się wszędzie, nawet do najbardziej skrytych zakamarków ludzkiej duszy, niszczą najbardziej intymne uczucia, przenikają albo rozwalają wszystko na swojej drodze, napędzając fabułę, pchając bohaterów ku ich losowi, który jest tragiczny w najbardziej wzniosłym znaczeniu tego słowa.
Powieść Yiyun Li pomogła mi przemyśleć moje pisarstwo na nowo. Pomyślałem sobie, że nie ma co siadać do pisania, jeżeli nie ma się na celu czegoś takiego.
Jeżeli autorka będzie dalej pisać tak, jak pisze, to w jej przyszłości widzę Nobla. Gdyby to ode mnie zależało, gdybym był Akademią Szwedzką – to zrezygnowałbym z noblowskiego zwyczaju nagradzania starszych panów „za całokształt” i dałbym nagrodę Yiyun Li już teraz, za tę jedną książkę.
Zapraszam Państwa do księgarni po Włóczęgów: proszę zamówić, kupić i przeczytać. To boli, ale warto, bo to niezwykłe przeżycie. To cud, że ktoś jeszcze takie książki pisze.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...