|
Podobno przeżywamy właśnie najdłuższy okres niezależności, stabilizacji i spokoju, jaki przytrafił się Polsce w ciągu ostatnich wieków. Ja jednak przez cały czas mam poczucie, że jest to stabilizacja bardzo krucha, a niezależność bardzo względna. Jedno zresztą wiąże się z drugim: tak naprawdę nie jesteśmy przecież niezależni, tylko zależni od globalnej gospodarki, od kaprysów spekulantów, zarazem lekkomyślnych i drapieżnych – a to znaczy, że nie znamy dnia ani godziny.
Moje poczucie zagrożenia bierze się nie tylko z ostatniego kryzysu, który zresztą wcale się nie skończył i najprawdopodobniej szykuje dla nas jeszcze niejedną gorzką niespodziankę. Moje poczucie zagrożenia jest strukturalne, związane ze światem, w którym żyjemy i który jest groźny nawet bez kryzysu. Albo lepiej: który w każdej chwili gotów jest generować różnego rodzaju kryzysy.
Ulrich Beck powiedział, że żyjemy w społeczeństwie ryzyka. Polska Wikipedia niestety podaje dość zdawkową definicję tego terminu: „Społeczeństwo ryzyka – określenie autorstwa niemieckiego socjologa Ulricha Becka na opisanie konsekwencji wynikających z rozwoju społeczeństwa przemysłowego, spowodowanych rozwojem cywilizacyjnym i technologii, których skutkami są nieodwracalne zmiany, nad którymi nie można zapanować. Skażenie środowiska, globalne ocieplenie, spowodowane emisją dwutlenku węgla i metanu, zagrożenia zewnętrzne (na przykład susze) będą uzupełniane sytuacjami spowodowanymi przez działania człowieka. Podstawowe rodzaje ryzyka według Becka to: ryzyko ekologiczne, zdrowotne, informatyczne i społeczne (indywidualizacja i osamotnienie, masowe bezrobocie, wykształcenie bez zatrudnienia, zmiana relacji między płciami)”.
Dodam do tego: cechą charakterystyczną tych wszystkich zagrożeń jest dość niskie prawdopodobieństwo ich realizacji – ale jeśli już się zrealizują, to rozpieprzą wszystko. Powiedzmy, że jest to pięcio-, albo dziesięcio-, albo dwudziestoprocentowe ryzyko stuprocentowego rozpieprzu. Nasze społeczeństwo idzie na to ryzyko i godzi się z nim żyć. Pewnie dlatego, że charakterystyczną cechą kapitalisty jest podejmowanie różnego rodzaju ryzyka (przeważnie cudzym kosztem) w celu osiągnięcia wyższych zysków. I podchodzi on do tego ryzyka cynicznie. Czymże jest dwudziestoprocentowa możliwość stuprocentowego rozpieprzu wobec osiemdziesięcioprocentowych szans na dwustuprocentowy zysk, panie prezesie? Tym bardziej, że nawet przy stuprocentowym rozpieprzu mamy dziewięćdziesiąt procent szans na luksusowy schron?
I w ten sposób nieustannie podejmujemy to ryzyko, każdego dnia od nowa, i jeszcze raz, i jeszcze raz – aż w końcu, jak z samego rachunku prawdopodobieństwa wynika, zagrożenie się zrealizuje i będziemy gorzko płakać.
Do tego dochodzi inny czynnik. Świat staje się coraz bardziej zglobalizowany, decyzje podejmowane przez jednego człowieka mogą mieć nieobliczalne konsekwencje w skali całej planety, a ten człowiek nie tylko staje się, pod wpływem neoliberalnej ideologii, coraz bardziej egoistyczny i nieczuły na możliwe cierpienia bliźnich. Ten człowiek staje się także coraz bardziej rozkojarzony, niezdolny do koncentracji, do pogłębionej analizy faktów. Tak pisze Nicholas Carr w swojej książce The Shallows. What the Internet Is Doing to Our Brains. Ja, który widzę, co Internet robi z moim własnym mózgiem i z mózgami ludzi, których znam, nie mogę się z Carrem nie zgodzić. Nie mogę się z Carrem nie zgodzić, kiedy patrzę na kryzys czytelnictwa i na regres literatury popularnej, której degeneracja mówi mi, jakie teksty jest w stanie sobie przyswajać statystyczny średni czytelnik.
Gdy próbuję się wyrwać z internetowego rozkojarzenia, gdy próbuję kojarzyć fakty, nie mogę nie skojarzyć Becka z Carrem. W moim umyśle pojawia się wtedy bardzo ponury obraz nowego człowieka Zachodu, władcy świata. To już nie cynik, ale idiota. Idiota, któremu dano do ręki potężne narzędzia i dzięki nim może on radośnie przewracać do góry nogami kraje i przestawiać kontynenty. Egoistyczny, ale przede wszystkim nieprzytomny debil, który bezmyślnie podejmuje decyzje grożące stuprocentowym rozpieprzem w skali globu. To ktoś zarazem coraz bardziej zły i głupi, pozbawiony elementarnej zdolności wyobrażenia sobie skutków własnych działań. To ktoś, kto wczoraj zniszczył ileś hektarów brazylijskiego lasu, ale dzisiaj już o tym nie pamięta. Dzisiaj wyrzuca z pracy tysiące osób w Indonezji i nie będzie pamiętał o tym jutro. To ktoś, kto coraz bardziej wywiera wpływ na cały świat, równocześnie coraz mniej przyjmując do wiadomości istnienie tego świata. Taki jest w mikroskali – gdy kupuje produkt korporacji niszczącej planetę. I taki jest w makroskali, gdy przesyła bilion dolarów z Indonezji na Grenlandię (i to pewnie jeszcze w celu roztopienia lodowca). Historyk Anthony Sutton powiedział kiedyś o waszyngtońskich elitach, że światem rządzą ludzie o mentalności dziesięcioletnich chłopców bawiących się w piratów. Ciekawe, co by powiedział teraz, gdy światem zaczynają rządzić ludzie o mentalności trzylatka, który dostał do rąk misia – i nożyczki?
W tej sytuacji zagrożenie stuprocentowym rozpieprzem również staje się stuprocentowe. Przestaje być ryzykiem, staje się pewnością.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...