|
W ostatnią świąteczną noc miałem wspaniałe sny. Najpierw śniło mi się coś w rodzaju transmisji z TV Trwam: małe dzieci śpiewały: „Niech żyją Rydzyki, te chrobre żubrzyki”. Nagle na niebie nad dziećmi zawisły różnego rodzaju UFO o niesamowitych kształtach. Przeciwko UFO wyskoczył do walki sam Tadeusz Rydzyk z kropidłem wołając: „Precz milicjo szatańska, kosmiczne ZOMO!”. Z UFO rozległ się wtedy niesamowity głos, mówiący: „Przybyliśmy dać wam mydło”.
Następnie śniło mi się, że prowadzę telewizyjny show. Było dwóch prowadzących: Pan Idealny i Pan Piątek. Panem Piątkiem byłem oczywiście ja. Razem z Panem Idealnym staliśmy na nieustannie obracającej się platformie (to żadna aluzja) i rozmawialiśmy z Anną Muchą, która opowiadała o swoim dziecku i o swoim facecie. „Podczas porodu trzymał mnie za rękę – mówiła – I kiedy robię kupę, też trzyma mnie za rękę. Martwi mnie to, że dziecko nic nie mówi i jest brunatne. Może jest Hindusem?”. „A może jest po prostu kupą?” – podpowiedziała jej Ewa z Drzewa, nasza specjalna podpowiadynka, która podsuwała gościom ostre tekściki i cięte riposty, kiedy ci zapominali języka w gębie. Ewa z Drzewa zwieszała się z sufitu nad nami, ubrana tylko w mikroskopijny biustonosz i w stringi, które miały cieniutki paseczek zarówno z przodu jak i z tyłu. W studiu był także bar kawowy, do którego zapraszaliśmy gości i z którego można było zadzwonić do Właściciela Programu, a ten nieodmiennie wszystkim gościom mówił to samo: „Skul się za barem. Schowaj się. Niech cię nie widzę”. Mieliśmy też podgląd i odsłuch naszych widzów. Widzieliśmy, jak siedzą przed telewizorem, i słyszeliśmy, jak żona mówi mężowi, że musi iść na badania onkologiczne. Łączyliśmy wtedy męża z księdzem Natankiem, który z cudowną oczywistością informował go: „Gdy żona idzie na badania onkologiczne… To wiedz, że coś się dzieje!”.
W końcu, niestety, obudziłem się. A kiedy się obudziłem i przetarłem oczy, to rzeczywistość przerosła moje sny. Włączyłem komputer, wszedłem na Wyborczą, a tam przeczytałem wywiad z nowym współprzewodniczącym Zielonych 2004, Radosławem Gawlikiem, pod zachęcającym tytułem: „Zieloni w Polsce są w głębokim lesie”. A w tym wywiadzie znalazły się takie oto stwierdzenia Gawlika: „Po tej porażce sytuacja w Zielonych jest kryzysowa. Przede wszystkim psychologicznie. Porażka nie była spowodowana tylko postawieniem na złego konia. Coś jest nie tak z partią, jeśli po ośmiu latach jesteśmy praktycznie w punkcie wyjścia – z dwustoma członkami”. I dalej: „…nie oszukujmy się – partia, która ma dwustu członków, nie ma szans”. I jeszcze dalej: „Uważam, że Zieloni nie są ani z lewa, ani z prawa. Jak kiedyś powiedział przywódca niemieckich Zielonych Joschka Fischer, Zieloni są do przodu”.
Czytałem ten wywiad z szeroko otwartymi ustami. I tylko jedno wytłumaczenie przyszło mi do głowy: Radosław Gawlik ma jeszcze bardziej sczesany mózg niż ja (to niemożliwe, jest ktoś taki?!). Ciekawe, co jemu się śni? Teletubisie gwałcone przez fosforyzującego jeża?
Podobno w nadchodzącym roku ma się zjednoczyć lewica. Ma być kongres, czy coś takiego i na tym czymś mają się zjednoczyć Zieloni, Palikot, Unia Pracy (o ile jeszcze istnieje) i spora część SLD. Krążą takie pogłoski (albo, jak mawiał pewien mój znajomy, krążą pogłoski, że krążą takie pogłoski). Jeżeli lider Zielonych mówi: „Jesteśmy słabi, jesteśmy mali, jesteśmy do niczego, a tak w ogóle żadna z nas lewica” – to drastycznie podważa swoją pozycję i pozycję swojej partii na zjednoczeniowym kongresie lewicy.
SLD dostało w dupę w wyborach i pewnie się rozpadnie. Zieloni też dostali w dupę razem z SLD, a teraz jeszcze ustami swojego lidera popełniają spektakularne seppuku, pozbawiając się wszelkich atutów, którymi mogliby o coś zawalczyć podczas targów o kształt przyszłej lewicy. W tej sytuacji kongres zjednoczeniowy będzie wyłącznym tryumfem Palikota, który zagarnie wszystko.
Nie ufam Palikotowi. Mógłbym go zaakceptować, gdyby zgromadzony przez siebie potencjał oddał przyszłej lewicy. Mógłbym go zaakceptować jako jednego z jej liderów. Jako lidera jedynego i tryumfalnego zaakceptować nie mogę. Palikot przez lata był wesołą przybudówką do Tuska. I pod jego przywództwem cała lewica czymś takim się stanie. A jeśli nawet ta przybudówka urośnie w siłę i będzie dla Tuska konkurencją, to też nie będzie to lewica naszych marzeń. Palikot stał się czymś w rodzaju lewicowego Berlusconiego. Zabawowy milioner, który przebojem wszedł do świata polityki, zbierający wokół siebie ludzi z bardzo różnych bajek i używający krzykliwych medialnych chwytów, robiący show. I taka będzie ta lewica: szołowa (nie szałowa). Będzie mówić to, co jej podpowie Ewa z Drzewa, i będzie słuchać Właściciela Programu.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...