|
Nasz światły przywódca, Donald Tusk, objawił się dzisiaj (26 marca), w samo południe, w TVN24, w programie Śniadanie mistrzów, gdzie, jak szumnie zapowiadano, miał się spotkać z ludźmi kultury. Ludźmi kultury okazali się Hołdys, Kukiz i Lipiński, czyli, jak to ujął sam Hołdys, trzech szarpidrutów. Do tego prowadzący, czyli Marcin Meller, niegdyś Niezależne Zrzeszenie Studentów, potem „Polityka”, a w końcu goła dupa, czyli „Playboy”.
Spotkanie premiera z ludźmi kultury odbyło się na tle: kieliszków do wina, skrzynek od wina, flaszek wina, bukłaków wina oraz butelek mocnych alkoholi sterczących na półce za barem. Czyli bardzo kulturalnie.
Hołdys stwierdził, że to spotkanie jest wyjątkowe i czeka na nie cała Polska, bo Tusk nie spotyka się tym razem z jakimś innym politycznym pajacem typu Kaczyński, ale z przedstawicielami ludu. „Jacy by oni nie byli, ci przedstawiciele” - dodał były lider Perfectu bardzo przytomnie, bo za przedstawicieli ludu robiło tutaj czterech męskich facetów po przejściach, nie najgorzej zarabiających. Gorzej zarabiający i kobiety (co zwykle na jedno wychodzi) w spotkaniu nie uczestniczyły. Ach nie, przepraszam, uczestniczyły! Dwie niewolnice w fartuszkach i czepeczkach stały przez cały czas na baczność za barem, czekając, czy któryś z panów ich nie zawezwie. Ale panowie radzili o ważnych sprawach, zacietrzewili się nawet trochę i zapomnieli o seksownych kelnereczkach-pokojóweczkach. Prawdziwi mężowie stanu.
Mając taką wyjątkową okazję, żeby porozmawiać z Tuskiem, o co pytali go przedstawiciele ludu? Przedstawiciele ludu zapytali go, czy to prawda, że odpływa mu inteligencja. Tusk na to, że IQ dawno nie sobie nie badał. Przedstawiciele ludu zapytali, czy Tusk zaufa ludowi (jak wiadomo, Tusk ma ufać ludowi, a nie lud Tuskowi, bo jak Tusk nie będzie ufał ludowi, to zgodnie z pomysłem Bertolta Brechta rozwiąże lud i wybierze sobie nowy). A dokładnie przedstawiciele ludu zapytali Tuska, czy zaufa na tyle ludowi, aby pozwolić mu na błyskawiczne, masowe, orgiastyczne zakładanie spółek z o.o. i w ogóle spółek, bo jak wiadomo, cały lud o tym właśnie marzy. Tusk odpowiedział, że on by chciał i lud też chce, tylko źli urzędnicy nie pozwalają. Meller zapytał, kiedy u nas będzie taki wspaniały rozkwit biznesu, jak na przykład w Gruzji. Tutaj Tusk zakrztusił się rogalikiem i przypomniał, że był w Gruzji.
Kukiz stwierdził, że przez cały czas żyjemy w komunie, tyle że kiedyś był jeden PZPR, a teraz jest ich kilka. Aby partie nie były PZPR-ami, dodał, potrzebne są jednomandatowe okręgi wyborcze. Nie wspomniał o tym, że jednomandatowe okręgi wyborcze doprowadziły do kompletnej degeneracji demokracji w krajach anglosaskich - czysto większościowy system sprawił tam, że w polityce ostały się po dwie najważniejsze partie, które mają w ten sposób zagwarantowany symultaniczny dostęp do władzy, przez co o nic się nie starają i nic nie próbują zmienić, nie próbują nawet walczyć z dyktatem rozparzonej finansjery, która funduje nam coraz to nowe kryzysy, cyckając zarówno inwestorów, jak i podatników.
Tusk też o tym nie wspomniał - powiedział tylko, że staje na głowie, aby w Polsce wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze, czyli właśnie degenerację. Zaczął od słów: „Nie chciałbym pana dotknąć, w tym sensie…”, na co Kukiz mu przerwał: „W tych czasach to Bóg wie…”. Zapanowała konsternacja, Marcin Meller (bądź co bądź redaktor „Playboya”, a więc człek bywały) z ceglastego stał się bordowy. Tusk przypomniał sobie, że homoseksualiści stanowią jakieś 20 procent jego potencjalnych wyborców i szybko powiedział: „Homofobia to nie jest coś, czym trzeba się chwalić”. Dziesięć punktów za refleks. Premier przypomniał także, że okręgi jednomandatowe to również senator Stokłosa. Kukiz na to, że trzeba stworzyć w Polsce system prawny, który odebrałby bierne prawa wyborcze ludziom takim jak senator Stokłosa. To znaczy jakim? - zapytałem sam siebie, bo trochę mnie zatkało. Wąsatym? Bo jeśli chodzi o odebranie praw wyborczych rzutkim biznesmenom działającym na granicy prawa, to musielibyśmy zlikwidować parlament RP i w ogóle kapitalizm. Tusk odpowiedział na to, że on to w ogóle jest za likwidacją immunitetu, czyli nietykalności poselskiej w całej rozciągłości.
Te słowa najwyraźniej obudziły czujność Mellera, który stwierdził, że nasze służby specjalne wystąpiły o dostęp do miliona bilingów telefonicznych, co daje kilka razy większą inwigilację obywateli niż w Wielkiej Brytanii, kraju Al-Kaidy. Tusk na to, że w Wielkiej Brytanii służby w ogóle nie muszą prosić. A polski rząd zrobił wszystko, żeby naszym służbom specjalnym nie podsłuchiwało się komfortowo (że co, zabrali im poduszki spod pupy i kazali siedzieć na gołych krzesłach?).
W tym momencie Hołdys eksplodował: „O czym wy tu gadacie i jak?! Polska nie jest demokratyczna. Od 20 lat rządzi nami dynastia tych samych ludzi i tych samych partii. To pan, panie premierze, decyduje, który polityk dostanie pieniądze na kampanię. To pan sobie wybiera taki zarząd własnej partii, który wybierać będzie znowu pana, i tak w nieskończoność. Dyktujecie nam, na kogo mamy głosować, i nie pozwalacie wybrać spośród siebie. Gdyby Owsiak chciał dzisiaj kandydować, też musiałby się zapisać do PO, PiS, SLD lub PSL! Partie stały się przedsiębiorstwami biznesowymi!”. Na to Tusk odpowiedział wyjątkowo szczerze: „Zobaczylibyście, jak wygląda na Zachodzie rządzenie partią, jakie tam jest żelazne wodzostwo”. I z żalem: „A jak tam wyglądają konta polityków…”. Hołdys: „Obama wziął się z ludu!”. Tusk, znowu szczerze: „Jeśli pan wierzy, że jakikolwiek polityk w Stanach wziął się z ludu, to gratuluję panu dobrego samopoczucia”.
Słowa o dobrym samopoczuciu najwyraźniej uruchomiły jakiś łańcuch skojarzeń w zaczerwienionej głowie redaktora Mellera, który wtrącił: „No to pytanie od telewidzów: czy chciałby pan zostać skazany za tego jointa, którego pan kiedyś wypalił? Nie mógłby pan być premierem. Mamy dziesiątki tysięcy skazanych za znikomą ilość, a tylko 250 dilerów. Czemu pan tego nie zmieni? Tusk: „Legalizacji narkotyków nie i koniec! A policjant już sam najlepiej wie, czy ktoś, kogo złapał nawet z małą ilością narkotyków, jest dilerem czy nie. To policjant powinien decydować, czy małolat idzie siedzieć, czy nie”. W tym momencie kolejny łańcuch skojarzeń, pokrewny łańcuchowi w głowie Mellera, uruchomił się w głowie Kukiza. Lider Piersi przypomniał sobie o swoich rozlicznych i wielorakich związkach z przemysłem winiarskim: „A dlaczego pan premier faworyzuje producentów jaboli przeciwko producentom szlachetnego wina gronowego?!”.
W ten sposób szanse na rozmowę jakkolwiek zbliżoną do sensowności zostały zaprzepaszczone. Tusk wygłosił obronę Grabarczyka, mówiąc, że dantejskie sceny na kolei dzieją się także w Norwegii (Hania tam była, nie zauważyła), a tak poza tym to wszystko wina nie ministra, tylko znowu: złych urzędników. Panowie wdali się w typowo męską automobilistyczną debatę na temat fatalnego stanu polskich dróg. Premier stwierdził, że stan dróg to wina całego narodu, bo naród za wolno dojrzewa, dlatego sprzedaje kruszywo na lewo i dlatego nie ma po czym jeździć (obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to w końcu Tusk nas, Polaków, naprawdę rozwiąże). Szef rządu przeprosił też wszystkich za to, że nowego ośrodka kastracji chemicznej dla pedofilów nie poświęcił ksiądz z kropidłem (to rzeczywiście istotne niedopatrzenie). Zapowiedział też, że jeśli jakaś łapa podniesie się na wolność internetu, to on tę łapę utnie, po czym spojrzał nerwowo na własne ręce. Dodał, że jeśli czasem w jakimś projekcie ustawy przygotowanym przez Platformę pojawi się przypadkiem pomysł obowiązkowego monitorowania sieci przez jej dostawców, no to też jest wina wyborców (że nie protestują odpowiednio wcześnie, widząc taki projekt).
Spotkanie już miało się zakończyć i żaden z ludzi kultury do tej pory nie powiedział nic o kulturze, ale w ostatniej minucie Hołdys znowu wybuchł: „Jak mi nie dacie o tym powiedzieć, to już nigdy nie przyjdę do TVN-u! Kultura jest mordowana! O to przynajmniej nie kłóćcie się z PIS-em, tylko wspólnie z nimi coś zróbcie! Powiedział pan, że artyści mają wielkie przywileje, bo mają zniżkę przy podatku, a nie powiedział pan, że artyści nie mają emerytur! Wprowadziliście VAT na książki! Ludzie kultury czują się oszukani! Nie był pan na Kongresie Kultury! Przysłał pan tam Balcerowicza, który powiedział, że kultura to handel ogórkami!”.
Tusk na to: „Niesprawiedliwie panowie mówicie, przede wszystkim dlatego, że ja sam jestem człowiek kultury, twórca, no, dziennikarz. Panowie, wy chcecie, żebym odebrał emerytury rolnikom, ludziom, którzy nie mają co do garnka włożyć. No to jak zabrać rolnikom, to artystom też! Jak ciąć, to ciąć! Ale dobrze, jestem gotów spotkać się z ludźmi, którzy robią Pakt dla kultury”.
W tym momencie program się właśnie kończył - ogólnym dezorientującym wrzaskiem. Ale ja bardzo dobrze zapamiętałem słowa Tuska. Wspaniale, panie premierze, niech pan się spotka z ludźmi, którzy robią Pakt dla kultury. Gwarantuję panu, że to będzie inna rozmowa. I że na rozmowie się nie skończy. Z Paktem nie wystarczy pogadać, do Paktu trzeba przystąpić. A to oznacza kilka lat ciężkiej pracy nad reformą kultury w Polsce. I to oznacza zagwarantowanie co najmniej 1% budżetu państwa dla kultury, przed którym to rozwiązaniem pan się tak zażarcie broni. Ale Wrocław, Kraków, Gdańsk i Gdynia już przystąpiły do Paktu, prezydenci tych miast podpisują stosowne zobowiązania (a gdzie jest warszawski ratusz? Odpowiedź brzmi: Ha Gie Wu…). Niech Polska w pańskiej osobie też podpisze ten Pakt. I może po następnych 20 latach poziom kultury przynajmniej na tyle się podniesie, że rozmowy w telewizji będą trochę bardziej sensowne.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...