|
Idę sobie po ulicy w Warszawie, przed wejściem do jakiejś restauracji potrącam kogoś z grupy jakby biznesmenów. Bardzo specyficznych biznesmenów: garnitury w prążki, wzrok orli, niczym Steve Buscemi w „Boardwalk Empire”, no po prostu gangsterzy wyższej klasy. Potrącam, potykam się i…
– Przepraszam, czy nic się panu nie stało? – pyta jeden z nich, doskonałą polszczyzną, ale z obcym akcentem. Twarzy, jeśli mogę sobie pozwolić na taki rasistowski komentarz, też nie ma polskiej. To stuprocentowy Anglosas.
– Nie, wszystko w porządku.
– To dobrze - odpowiada i wraca do rozmowy z kolegami. Mówi po angielsku: – To są uralscy dostawcy gazu. Mają doskonałe układy z Chevronem i z Halliburtonem. Polecam ci ich.
– A jak sytuacja w Polsce? – pyta drugi z nich.
– Śmiesznie. Mają tu takiego pociesznego ministra finansów, nazywa się Rostowski. Tu w Polsce rozpowszechnia się idiotyczna obsesja na temat długu publicznego. Rostowski ma jakieś głupie pomysły na temat kupowania euro. Robi duże szkody.
I tu dopada mnie refleksja: rzeczywiście, jakie śmieszne jest przeświadczenie, że taki Rostowski mógłby być kimś ważnym. Albo Putin. Tak naprawdę ważne jest to, kto ma doskonałe układy z firmą Halliburton, która dla swojej prywatnej korzyści wywołała wojnę w Iraku.
Nagle moi biznesmeni-niby-biznesmeni zdają sobie sprawę z tego, że ich podsłuchuję i patrzą na mnie groźnie. Już nic nie powiedzą. Szkoda. Ulice warszawskie czy też waszyngtońsko-warszawskie nie będą zdawać mi sprawy ze swoich sekretów. Może dlatego, że od paru lat nie jestem warszawiakiem. Jestem z Łodzi.
Na mojej ulicy w Łodzi jest Żabka. Sklep Żabka. Ten sklep to instytucja, ponieważ mieści się dokładnie na granicy wpływów pomiędzy Widzewem, a ŁKS-em. Od czasu do czasu wychylam się przez okno i widzę soczyste liście, jakie pod sklepem Żabka wymierzają sobie kibice obu klubów. Czasem przedzieram się pomiędzy nimi, żeby kupić białą czekoladę albo białego Liona (batonik Lion z białej czekolady). Tak się składa, że nie znoszę słodyczy, jedyną postacią, w jakiej mogę przyjmować słodycze, jest biała czekolada, bo tę akurat lubię.
W Żabce jest pan z Żabki. Franczyzer, czyli mówiąc po ludzku, feudalny dzierżawca tego sklepu. Pan z Żabki jest instytucją. Nieraz go widzę, jak wybiega na ulicę i wyrywa kibolom z ręki piwo, które próbowali ukraść.
Przychodzę do Żabki i proszę o białą czekoladę. Nie ma. Proszę o białego Liona. Też nie ma.
– Wszystkie wyroby z białej czekolady zostały wycofane – mówi pan z Żabki.
– Ale tylko w pańskim sklepie, czy na szczeblu ogólnopolskim? – pytam oszołomiony.
– Na szczeblu ogólnopolskim – odpowiada pan z Żabki. – Gorzej schodziły. Normalna czekolada zawsze trochę lepiej schodziła.
Jasne. Rozwinięty kapitalizm. A większość konsumentów najwyraźniej chce, żeby czekolada miała barwę kupy. Tam, gdzie wszyscy szaleńczo konkurują ze sobą, nie ma miejsca dla tych, którzy choć odrobinę miejsca na półce poświęcają temu, co się trochę gorzej sprzedaje. Każde miejsce na półce musi być wykorzystane w stu procentach, bo jak ja nie wykorzystam w stu procentach, to wykorzysta konkurencja. Dlatego teraz w sklepach będzie tylko to, co podoba się dominującym 60 czy 80 procentom populacji. Pozostałe 40 czy 20 procent może iść się pieprzyć. Czyli drałować do delikatesów, do Almy na przykład, po białą czekoladę, bo tam jeszcze jest.
Podobno wolny rynek miał nam przynieść większą wolność wyboru. Tymczasem zaczyna odtwarzać stare komunistyczne schematy: sklepy „ogólne”, w których niewiele można dostać, i Pewexy, w których jest biała czekolada.
Ale nie ma co narzekać. Podobno szykuje się następna wojna, w której my, jako wierni sojusznicy Ameryki, znowu weźmiemy udział. Wspomniana wyżej firma Halliburton chce najechać Iran i w związku z tym Izrael gotów jest wypowiedzieć Iranowi wojnę. Zamiast wspierać opozycjonistów irackich i pomagać im obalić iracki reżim w sposób pokojowy, lansuje się wizję kolejnej „wojny wyzwoleńczej”. I tu mogą się pojawić o wiele gorsze bóle, niż brak białej czekolady.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...