|
Byliśmy wczoraj z Hanią na Uwikłaniu Jacka Bromskiego. Zachęcił nas Adam Michnik, który podobno powiedział o tym filmie: „bardzo dobry film pisowski“. No to poszliśmy – i jak to przy oglądaniu thrillera, pojawiła się cała masa zagadek.
Zagadka numer jeden: jak to jest, że odwieczny władca Stowarzyszenia Filmowców Polskich, rządzący większą częścią naszej kinematografii, robi film, który rzeczywiście jest pisowski (opowiada o bezkarnych, a zakamuflowanych ubeko-prezesach, którzy po kryjomu panują nad biznesem, policją i światem)? Bromski zrobił ten film razem z Juliuszem Machulskim, drugim naszym filmowym baronem. I razem ze śmietanką naszych aktorów, a właściwie śmietanko-maślanką, bo mieszanką i tych najlepszych, i tych najbardziej znanych z pism ilustrowanych. Seweryn, Globisz, Grabowski, Stroiński jako śmietanka i Stenka, Ostaszewska, Adamczyk jako maślanka. Ale nieważne, śmietanka czy maślanka, ci państwo bardzo uważnie dobierają sobie role, także pod względem politycznym. Czyżby więc nasz filmowy establishment wykonał zwrot na prawo, w stronę PiS? Dlaczego? Czy mają jakieś cynki, że PiS wygra wybory? Czy PiS obiecał im coś po ewentualnie wygranych wyborach?
Inna zagadka: czemu czarny charakter, straszliwy Hiper-Ubek grany przez Andrzeja Seweryna wygłasza wielką i sztuczną tyradę o upadku obyczajów w demokratycznej Polsce? Nie podoba mu się para młodych ludzi całujących się na ławce. Co w ten sposób Bromski chce nam zakomunikować ustami Seweryna? „To nie my, pisowcy, jesteśmy drętwi i konserwatywni. To starzy są hycle od moralności socjalistycznej“. Zaraz potem Hiper-Ubek narzeka na spadek czytelnictwa, na to, że nikt już w demokratycznej Polsce nie dyskutuje o książkach. Jak to rozumieć? Chyba w ten sposób: wszystkie te kongresy obrony kultury, ruch walki o biblioteki, promocja czytelnictwa, dyskusyjne kluby książki – to krecia robota tych, co tęsknią za komuną!
I tu docieramy do sedna. Czyli do pieniędzy. A dokładnie, do kwestii, na co mają iść pieniądze. Wielu filmowcom w głębi duszy podoba się reżim, który hojną ręką daje kasę na kostiumowe kobyły historyczne, przy których można koncertowo się nakraść (zgodnie ze starą filmową zasadą: robi się pięćdziesiąt mundurów, rachunek podpisuje za pięćset). Aż strach pomyśleć, że te pieniądze mogłyby pójść na coś innego, na przykład na masową, powszechną akcję promocji czytelnictwa. A tu nasi platformiani decydenci, chociaż neoliberalni, pod naciskiem inteligenckiej opinii publicznej zaczynają wykonywać jakieś ruchy w kierunku takiej akcji… Przecież sam minister Zdrojewski, lejąc krokodyle łzy, powiedział mi kiedyś: no tak, jak przychodzą do mnie pisarze, to chcą na festiwal literatury dziesięć tysięcy. A jak przychodzą filmowcy, to na dzień dobry chcą sześć milionów. Nawet jeśli wątpliwej szczerości, niebezpieczna to refleksja w rządowych umysłach, niebezpieczna dla wielu filmowców. To dlatego u Bromskiego nad upadkiem czytelnictwa ubolewać musi brzydki ubek. Być może to nie promocja czytelnictwa jest największym strachem baronów kinematografii. Ale na pewno największym ich strachem jest to, że film mógłby przestać być głównym beneficjentem pieniędzy na kulturę. Może dlatego baronowie nagle zatęsknili za PiSem i kosztowną, wystawną, lukratywną „polityką historyczną“ w kinie.
Ale wszystkie te tajemnice i zagadki bledną wobec jednej: dlaczego jesteśmy w kinie sami? Na sali, gdzie wyświetlają Uwikłanie, są tylko dwie osoby: Hania i ja. Przecież na pisowski film, chwalony przez pisowskie media, karny pisowski elektorat powinien pomaszerować czwórkami. Sala powinna pękać w szwach. Może chodzi o to, że polski film nie przyciąga już nawet prawdziwych Polaków? Może aż tak jesteśmy skolonizowani przez anglo-globo-amerykańską kulturę, że nie umiemy już nawet uwierzyć w możliwość zaistnienia dobrego polskiego kryminału, nadającego się do oglądania? A może problemem jest świat, w którym rozgrywa się opowiadana przez Bromskiego historia? Nie jest to świat pisowskiego elektoratu. Niemal wszyscy bohaterowie filmu mieszkają w willach albo luksusowych apartamentach. Nawet prześladowany, tropiony przez byłych ubeków Stroiński ukrywa się na terenie luksusowej posiadłości, w domu umeblowanym mahoniem i palisandrem. Główna bohaterka zarabia siedem tysięcy na rękę i dowiadujemy się, że to jest mało. Nawet jej siedmioletnia córeczka chodzi w designerskich butach (od Manolo Blahnika!?). Nie ma tu nic, co mogłoby wzbudzić empatię pisowskiego wyborcy. Nie ma tu też nic, co mogłoby wzbudzić moją empatię, bo dla mnie cała ta sceneria jest fałszywa. Jak mam uwierzyć, że film odkrywa przede mną ukrytą prawdę, kiedy równocześnie zalewa mnie takim wodospadem luksusowej nieprawdy?
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...