|
Teoretycznie wszyscy powinniśmy być totalnie dopieszczeni. Specjalne urządzenia powinny zaspokajać nasze najbardziej wyrafinowane potrzeby. Śledź w czekoladzie powinien być dostępny na skinienie, podobnie jak seks z nosorożcem, toster śpiewający „Zrumieniłem grzankę, grzanki kruchą tkankę” i wulkaniczne wędkowanie w lawie (łowienie ryb ognistych, hej!). Zamiast chodzić po sklepie, powinniśmy poruszać się po nim specjalnym sklepochodzikiem, albo – jeśli sklepochodzik jest dla nas zbyt przyziemny – sklepolotem. Nasza wanna samomyjąca powinna znać na pamięć każdy centymetr naszego ciała i wiedzieć, jak go umyć. Nasze łóżko powinno samo nas przewracać z boku na bok we śnie, o odpowiedniej porze. Nasza poduszka powinna czytać na głos usypiające książki. Nasze ubrania same powinny dostosowywać się do temperatury, zwiększając lub zmniejszając swoją przewiewność względnie grzejność. Ściany w naszym mieszkaniu powinny zmieniać kolor zależnie od naszego nastroju. Nigdzie nie powinno być kolejek, a jeśli nawet gdzieś by się jakaś zdarzyła, powinni obsługiwać ją specjalni zabawiacze, zabawiający ludzi stojących w kolejce, żeby się nie nudzili. Wszędzie powinny być nowoczesne, przyjazne przedszkola i żłobki… Zapędziłem się? No, może trochę.
Istnieje pewien mit, który nam sprzedano dwadzieścia lat temu i który nadal pokutuje. Ten mit mówi, że wolny rynek doskonale, idealnie zaspokaja wszystkie potrzeby. Oczywiście, wolny rynek lepiej zaspokaja potrzeby konsumentów, niż to robiła komunistyczna maszyneria przemysłowo-usługowa. Ale to nie znaczy, że wolny rynek jest czymś doskonałym lub idealnym. Daleko mu nie tylko do wyżej opisanej fantasmagorycznej doskonałości. Często oddala się od zwykłej przyzwoitości. Pisałem już wiele razy i pewnie wiele razy będę jeszcze pisał, że konkurencja przestała służyć konsumentowi, bo firmy nie konkurują jakością oferty, tylko marketingiem – a bardzo często nie konkurują w ogóle, tylko dzielą się rynkiem. To nie firmy walczą o względy ludzi, to ludzie walczą o względy firm (i wtedy nazywa się to rynkiem pracy). Dzisiaj jednak chcę zająć się innym aspektem tej sprawy. Jednym z największych kłamstw na temat współczesnego biznesu jest wychwalanie jego praktycznej mądrości opartej na doświadczeniu. Neoliberałowie, opowiadając nam o wspaniałości kapitalizmu, ciągle posługują się anachroniczną figurą dziewiętnastowiecznego przedsiębiorcy, który uczy się na własnych błędach, a przede wszystkim – na błędach konkurencji. Dzięki temu może przygotować najlepszą możliwą ofertę i udoskonalać ją w nieskończoność.
Proszę państwa, czegoś takiego w ogóle nie ma. Nie ma żadnej kumulacji wiedzy w biznesie. Firmy są tworami wieloosobowymi, w których pomiędzy poszczególnymi ludźmi rozmyta jest nie tylko odpowiedzialność, ale także samo myślenie, doświadczenie, zgromadzona mądrość. Do tego te wieloosobowe twory poddane są coraz szybciej zmieniającym się trendom technologicznym, ekonomicznym i kulturowym. „Z badań wynika, że powszechnie przyjętą praktyką jest gwałcenie ośmiornicy sardynką i my nie możemy się zamykać na tę tendencję. Panowie (i panie, oczywiście, także i panie) od dzisiaj gwałcimy ośmiornicę sardynką i jesteśmy z tego dumni” – mówi prezes w marcu. „Długo hamował nas błędny trend gwałcenia ośmiornicy sardynką, ale przełamaliśmy go, aby zgodnie z najnowszymi badaniami piłować jeżozwierza szczupakiem” – mówi ten sam prezes we wrześniu. Wszelka skumulowana przez niego wiedza jest niczym wobec coraz to nowych nowości, pod sztandarami których gromadzą się młode wilki, gotowe w imię najnowszej nowości wygryźć starego prezesa, który nie rozumie coraz nowszego świata. Oczywiście, najnowsze badania nie znaczy najdokładniejsze czy najprawdziwsze. Ogromny przemysł pracuje nad tym, żeby nieustannie produkować coś, co wygląda jak wielkie odkrycie, ale w istocie jest znikomym kretynizmem. Skutkiem tego porażka prezesa w walce z młodymi wilkami nie oznacza porażki starej głupoty w starciu z młodą mądrością. Ale nie oznacza też porażki starej mądrości w starciu z młodą głupotą, bo funkcjonujący w takim systemie prezes nie ma zwykle szans na skumulowanie jakiejś sensownej wiedzy. Jego porażka najczęściej oznacza porażkę starej głupoty w starciu z młodą głupotą.
Dlatego wolny rynek się nie udoskonala, a biznes nie staje się coraz mądrzejszy. Biznes jest zawsze tak samo mądro-głupi, rozkosznie nieprzytomny i prawdopodobnie będzie taki aż do końca świata. W atmosferze nieustannej zmiany, w powszechnym zamęcie, wśród eksplodujących co chwila pseudo-wielkich odkryć, można sprzedać każdego dziwoląga i to za niezłe pieniądze.
Ja na przykład wymyśliłem dzisiaj nową specjalizację: PR PR-u. PR, jak wiadomo, to Public Relations, czyli sztuka doprowadzania do tego, aby media o czymś mówiły (powiedzmy, że bez płacenia za to mediom, bo wtedy nie byłby to PR, tylko reklama). Jest to niezwykle męcząca praca i żeby użyć określenia Witkacego, nudna jak rekolekcje nieszczerego księdza: temu coś podpowiedzieć, temu coś podszepnąć, temu podsunąć karteczkę. Już teraz przy kampaniach reklamowych dba się o kampanie PR dla tych kampanii – żeby media, poza tym, że publikują płatne reklamy, coś jeszcze o tych reklamach powiedziały lub napisały, niby same z siebie. No to ja wymyśliłem, żeby robić kampanie PR dla kampanii PR. Żeby specjalizować się w sprawianiu, aby media mówiły o tym, jak ktoś sprawił, żeby media o czymś mówiły.
Może jeszcze nie teraz, ale za parę lat na pewno mógłbym na tym zarobić. Gdybym tylko miał zdrowie.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...