|
Przepraszam wszystkich, że nie odzywałem się przez tyle czasu, ale podobnie jak cała Polska, byłem chory. Zresztą nadal jestem (podobnie jak cała Polska). I Hania jest chora i dzieciak, który przeziębił się zaraz po tym, jak zdjęto mu gips. W poczekalni przed gabinetem rodzice walczyli o dostęp do lekarza, używając jako broni zagipsowanych dzieci – może zrobię kiedyś na ten temat artaudowski spektakl Teatru Okrucieństwa. I niech mi ktoś powie, że sztuka nie może być świetnym narzędziem w walce o publiczną służbę zdrowia. A równocześnie z tym wszystkim kicia dostała ropomacicza i musieliśmy ją operować w trybie natychmiastowym (wycięcie macicy, jajników, nie wiem czego jeszcze, a lekarz czyścił też otrzewną czy coś takiego, w związku z czym 500 złotych w plecy pod koniec miesiąca), a w kilka godzin po operacji już wykonała salto w powietrzu. To nie znaczy, że tak szybko wyzdrowiała, tylko, że jest nienormalna. Jedyny zdrowy jest pies – napisałbym tak, gdyby nie to, że po kilku latach spędzonych ze mną, Lubo ma spaczoną psychikę. Nauczył się machać ogonem na dźwięk słów: „Całkowicie jesteś w mojej władzy, o pieseczku”.
Aura choroby unosi się nad wszystkim, co żywe, nieżywe i ledwo żywe, dlatego będę pisać o uzdrowieniu. Ale nie o uzdrowieniu z grypy. Cała Polska jest chora nie tylko na grypę, także na wiele poważniejszych schorzeń. I od nich trzeba zacząć. Istnieją różne traumy psychiczne i skrzywienia, które owocują brakiem zaufania, niezdolnością do współdziałania i solidarności. Na szczęście, istnieją też terapie dla ofiar takich traum, jak na przykład DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików) czy DDD (Dorosłe Dzieci Depresantów). Dla Polaków należałoby powołać terapię DDP (Dorosłe Dzieci Pojebów – chociaż niektórzy mówią, że wystarczyłoby Dorosłe Dzieci Polaków). Jedna taka ogólnopolska terapia już się raz zaczęła, w roku 1980, ale niestety, chorzy psychicznie bardzo szybko przejęli kontrolę nad leczeniem. A rok później, jak to ktoś powiedział, banda gangsterów napadła na dom wariatów. I w końcu gangsterzy przekształcili dom wariatów w sweatshop, gdzie chorzy są wykorzystywani do ciężkiej i źle opłacanej pracy. Po tej ostatniej traumie też będzie potrzebne jakieś dodatkowe leczenie.
Tu znowu wraca temat uzdrawiającej mocy sztuki. Bo wyżej wspomniane traumy leczy się - między innymi - za pomocą gier integracyjnych, rysunków, spektakli. Myślę, że spektakl oparty na współdziałaniu może być świetną terapią symboliczną leczącą brak solidarności. Dlatego wszystkim polskim performerom - a przede wszystkim mojej Hani, która w tym roku troszeczkę potrząsnęła Polską, a w każdym razie Warszawą i Poznaniem (akcje „Greedex” i „Marsz tyłem”) – proponuję następujący performens.
Jak wiadomo, centrum Polski jest Warszawa (nie jest, ale niech będzie). Jak wiadomo, centrum Warszawy jest tak zwany Placyk Wariatów, zwany też Patelnią – czyli ta osobliwie wklęsła przestrzeń pod gołym niebem, przed wejściem do stacji metra Centrum (a dokładnie między wejściem do stacji metra, a przejściem podziemnym prowadzącym do Rotundy). Kogo tam nie spotkasz… Mormoni, kawa Leoncio, pan, który gra sztachetami na zębach, ostatnio modliłem się tam razem z grupą sympatycznych ludzi, którzy okazali się być Kościołem Ulicznym. Każdy, kto chce ulicznie-publicznie zaistnieć, pędzi na Placyk Wariatów. Bo wszystkie inne place Piłsudskiego, Defilad, Zwycięstwa czy jak im tam, włącznie z Rynkiem Starego Miasta, są niestety normalne (czyli martwe, czyli tak naprawdę nienormalne). No więc proponuję, abyśmy umówili się wszyscy na Placyku Wariatów i zaczęli tam robić coś bardzo prostego, ale wspólnie i bez przerwy. Na przykład, chodzili w kółko, śpiewając:
Bardzo grzeczny Miś
Drugiego Misia lubi dziś I jak każdy Miś Każdego Misia lubi dziś Więc wszystkie Misie klaszczą w krąg Bo oto rozległ się Misiowy Gong Napisałem, żeby robić to bez przerwy, bo chcę, żeby to był performens nieustający, nieustające świadectwo Misiowej Solidarności (może nie być Misiowa, ale Misiowa chyba lepsza niż Marsowa albo Maryjowa). Oczywiście, nikt nie może poświęcić całego życia, ani nawet całego dnia na to, żeby chodzić w kółko i śpiewać o Misiach. Dlatego uważam, że uczestnictwo w Misiowym Performansie powinno mieć charakter rotacyjny. Powinno mieć charakter nieformalnej umowy społecznej – że każdy co jakiś czas przyjeżdża na Placyk Wariatów, żeby pochodzić tam w kółko i pośpiewać przez godzinę, albo przez dziesięć minut, albo przez trzydzieści sekund – zależy, na ile go stać i ile potrzebuje. I że każdy, kto przechodzi przez placyk, też włącza się do Kółka Misiów przynajmniej na chwilę.
Nieustające, chodzące w kółko i śpiewające świadectwo Misiowej Solidarności zmieniłoby ten kraj. Może nie od razu, ale po roku śpiewania coś by w nas wszystkich, jak to się mówi, pękło.
To tyle. A na zakończenie tradycyjnie niczym „Przekrój” usprawiedliwię się, dlaczego o tylu innych również ważnych rzeczach nie piszę. Dlaczego nie piszę o tej pani, co to w Rzeszowie na posterunku policji sama się ciężko pobiła i czterej policjanci, którzy ją wtedy trzymali, nie mogli jej powstrzymać (a to przecież byłby idealny punkt wyjścia dla felietonu o konieczności wspierania czytelnictwa: gdyby dzieci w podstawówce miały Gogola, to wszyscy znaliby na pamięć historię o podoficerowej, co wychłostała się sama i policja musiałaby wymyśleć coś inteligentniejszego, drogi Watsonie). Dlaczego nie piszę o pieniądzach-widmo, jakie Ministerstwo Kultury przeznaczyło na Biblioteki (już chciałem pochwalić, ale zobaczyłem, że pieniądze przyznawane są w ramach mocno wirtualnego programu Biblioteka +, czyli, jakby to powiedzieć, Drogie Biblioteki, damy wam te pieniądze w dniu, w którym trzy liście z trzech różnych dębów z trzech różnych lasów spadną i wbiją się na kolce jednego i tego samego jeża, a wy nam to udokumentujecie fotograficznie, botanicznie i zoologicznie, włącznie z wyczerpującym CV jeża). Nie piszę o tym wszystkim, ponieważ po iluś tam miesiącach pisania felietonów do KP, w moim życiu osobistym i towarzyskim zaczęły się dziać niezwykle ciekawe rzeczy. Na przykład jeśli napiszę o tym, że w jakiejś instytucji źle się dzieje, to ta instytucja, w związku z zupełnie inną sprawą sprzed lat, próbuje wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne wobec osoby mi bliskiej, która kiedyś tam pracowała. Przestaję na czas jakiś pisać o tej instytucji – instytucja przestaje wyciągać konsekwencje. Albo napiszę, że źle się dzieje, powiedzmy, w dzielnicy X – urząd dzielnicy X grozi moim znajomym, którzy tam mieszkają. Coraz więcej osób mi drogich prosi mnie, żebym o coraz większej liczbie tematów nie pisał.
Proszę bardzo, mogę nie pisać. Ale bezczynności nie lubię. Więc chyba lepiej, żebym pisał, bo mogę zacząć działać inaczej. Nie mówię tego do osób mi drogich, tylko do tych, którzy je naciskają: Drodzy Naciskacze! Czy chcecie zrobić ze mnie terrorystę? Mam parę chorób nieuleczalnych i śmiertelnych, na moim życiu nie zależy mi aż tak bardzo – albo nie zależałoby mi, gdyby nie bliscy i przyjaciele. No to odpierdolcie się od moich bliskich i przyjaciół. Chyba, że chcecie, bym zaczął uzdrawiać Polskę jak pan chirug moją kicię, z użyciem skalpela. Chyba, że chcecie pewnego dnia obudzić się w piwnicy i usłyszeć: „Całkowicie jesteś w mojej władzy, o ministerku, o prezydenciku, o komisarzyku”.
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...