|
Długo zastanawiałem się, jak nazwać system, w którym teraz żyjemy. Myślałem i myślałem, aż w mojej głowie pojawiło się określenie: półtotalitaryzm. Nie autorytaryzm. Akurat nie autorytaryzm. Powiedziałbym nawet, że półtotalitaryzm to jest właśnie totalitaryzm pozbawiony autorytaryzmu. Totalitaryzm to autorytaryzm plus cała reszta: masowość, wszechobecne kłamstwo, dziarska mobilizacja młodych ludzi do spektakularnych wyczynów i zastraszania reszty ludności, dzielenie tejże ludności na „lepszych” i „gorszych”. I półtotalitaryzm to jest ta cała reszta, bez autorytaryzmu. Proszę tylko spojrzeć – tę „całą resztę” właśnie mamy. Masowość? Jest jak najbardziej. Niby miała się roztopić w niezliczonych rynkowych niszach, a jednak jakieś 90 procent populacji czczi te same elektroniczne gadżety, ogląda te same idiotyczne programy telewizyjne i wielbi/nienawidzi tych samych idiotycznych celebrytów (Marcin Wolski wymyślił kiedyś określenie SUON – Społecznie Użyteczny Obiekt Nienawiści; w wizji Wolskiego SUON był wynalazkiem ściśle totalitarnego reżimu; jakoś tak się składa, że większość naszych celebrytów to SUON-y). Wszechobecne kłamstwo? Jest jak najbardziej. Wylewa się na ludność dwoma kanałami. Jednym z nich, niestety, jest reklama (piszę: niestety, bo reklama to mój fach i kocham go). Drugim, o wiele gorszym, są media informacyjne. Reklama przyzwyczaja ludzi do tego, że słowo, a nawet obraz nic nie znaczy, że można prosto w oczy kłamać ustnie, pisemnie i obrazkowo. Do tego stopnia, że jako kawę pokazuje się odgazowaną Coca-Colę w kubku (to się nazywa food-styling), bo odgazowana Coca-Cola wygląda w telewizji bardziej kawowo. Ale reklama przynajmniej opatrzona jest ostrzegawczym dżinglem lub nagłówkiem: „Reklama”. Media informacyjne natomiast podają nam treść, która, jak to ktoś policzył, w 80 procentach jest wygenerowana przez firmy PR-owskie i lobbingowe. I nie ma tam dżingla ostrzegawczego: „Kryptoreklama”. Ale nie to jest jeszcze najgorsze. Do dewaluacji słowa, do spadku wiary w wartość informacji najbardziej przyczynia się to, że jednego dnia jakiś news podawany nam jest jako kosmicznie ważny, a następnego dnia już jest zapomniany. I dodajmy do tego jeszcze tabloidy, które informują, że do Torunia przypłynął Wisłą wieloryb, w Łodzi grasuje kotojeleń, a na polu pod Suchedniowem kosmici zdradzają rolnikom tajemnicę zwycięskich numerów Totolotka. W tej sytuacji kłamstwo jest powszechne, a informacja przestaje mieć jakąkolwiek wartość.
Dziarska mobilizacja młodych ludzi do spektakularnych wyczynów i zastraszania reszty ludności? Jest jak najbardziej. Nie pamiętam, kto to powiedział, że totalitaryzm zawsze wygra z demokracją, bo młodzi ludzie lubią maszerować z pochodniami. My marszów z pochodniami nie mamy, ale mamy mobilizację i zastraszanie. Młody człowiek, jeśli tylko jest w miarę sprawny i przygotowany, zostaje zmobilizowany do pracy w korporacji lub w usługach, zmotywowany za pomocą obietnicy kariery, dodatkowo zmotywowany za pomocą kredytu i nakłoniony w ten sposób do superwydajnej pracy. Przed czterdziestką nagle orientuje się, że młodość nie trwa wiecznie, że przydałby się jakiś wolny czas, życie osobiste, prawa pracownicze… Ale wtedy wchodzi w życie zawodowe kolejna generacja młodych wilków i na tym właśnie polega zastraszanie. Nie trzeba maszerować z pochodniami czy wybijać szyb w witrynach sklepowych. Nie trzeba pałować tych starszych czy bardziej zmęczonych pracowników, niepotrzebne są Bojówki Liberalnych Dziarskich Chłopców czy Brygady Zdrowego Kapitalistycznego Gniewu „Śmierć Darmozjadom”. Wystarczy, że młodzież szczerze, po stachanowsku się zobowiąże: „My, młodzi, w kapitalistycznym czynie wykonamy w tydzień wszystko to, czego zgnili roszczeniowcy tkwiący mentalnie w starym ustroju nie chcą zrobić w miesiąc. Wybierzcie nas, zwolnijcie ich – ku chwale gospodarki, rozwoju i naszych karier!”. Biedne te kariery.
Dzielenie ludności na „lepszych” i „gorszych”? Jest jak najbardziej. Gorsi to są właśnie ci, którzy się zmęczyli (zgnili roszczeniowcy). Albo ci, którzy nie chcieli uczestniczyć w kapitalistycznej stachanowce: zamiast szczurzo się ścigać na uczelniach i w korporacjach, poszli do pracy fizycznej. Teraz mają jeszcze gorzej niż korporacyjne szczury, bo muszą zapieprzać za 900 złotych miesięcznie po sześć dni w tygodniu. Ale oni „sami są sobie winni”. Są gorsi, bo „nie wykazali się inicjatywą”. Jak w totalitaryzmie: zła sytuacja poszczególnych osób, grup i warstw tłumaczona jest jako „naturalna” przypadłość o „naturalnie” nieuniknionych konsekwencjach („słabi muszą zginąć, takie są prawa natury i rynku, który wymaga konkurencyjności”). Albo jako „nieszczęsne pokłosie poprzedniego ustroju” („wyuczona bezradność postkomunistycznych roszczeniowców”). Dosyć. Mógłbym tak jeszcze wyliczać i wyliczać. Ale już nie będę, bo się przestraszyłem. Zacząłem ten felieton, myśląc, że to będzie tylko takie ćwiczenie mentalne, błyskotliwe porównanie. A teraz nagle widzę, że mam rację.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...