|
Zostałem ostatnio autorem podręcznika, więc zajmę się teraz podręcznikami. Podręczniki to sprawa bolesna. Jest wrzesień i znowu kilkaset złotych poszło na książki dla Martyna. Aż boję się pomyśleć, co to znaczy dla biedniejszej lub wielodzietnej rodziny.
Przypomnę, że Obywatelskie Forum Dostępu do Książki, które miałem zaszczyt współzakładać, postulowało łatwy (i tani) dostęp do podręczników szkolnych, zarówno w wersji oldschoolowej (żeby dzieci mogły korzystać z podręczników używanych), jak i w wersji newschoolowej (żeby dzieci mogły korzystać z podręczników zamieszczonych nieodpłatnie w internecie – na przykład codziennie drukując sobie kolejną porcję stron zawierających aktualnie przerabiany materiał). Taki postulat pojawił się też w raporcie o czytelnictwie Obywateli Kultury, w związku z czym prezes Polskiej Izby Książki Piotr Marciszuk zaatakował imiennie Beatę Stasińską, współautorkę projektu, oskarżając ją o szerzenie komunizmu, który jak wiadomo jest zakazany przez Konstytucję RP.
Okazało się jednak, że takim samym komunistą jest Jarosław Kaczyński, który niedawno powiedział, co następuje: „Wiele rodzin musi zaciągać kredyty, żeby wysłać dzieci do szkoły. Ministerstwo oświaty mówi, że nie ma żadnego wpływu na ceny podręczników. Wypada więc zapytać, to na co ma wpływ? W ogóle po co jest, za co bierze pieniądze? Dlaczego się zgadza na to, że na podręczniki mamy dzisiaj VAT? Dlaczego zgadza się na to, że podręczniki są zmieniane co rok? Dlaczego zgadza się na ten cały biznes robiony na podręcznikach szkolnych, chociaż to jest przecież sprawa o czysto społecznym charakterze?”.
No właśnie, jest to sprawa o czysto społecznym, a nie biznesowym charakterze. Miło, że ktoś przypomina, iż są takie sprawy. Nawet jeśli jest to Jarosław Kaczyński.
Pod wpływem hałasu, jaki wokół podręczników zaczął robić Kaczyński, nawet nasza konserwatywno-neoliberalna ministra edukacji, Katarzyna Hall, zaczęła wysyłać nieśmiałe (zapewne kampanijno-wyborcze) sygnały mówiące o tym, że do jakiegoś uwolnienia podręczników dojdzie.
Cała sprawa przypomina głuchy telefon. Najpierw Obywatelskie Forum Dostępu do Książki, a jeszcze wcześniej Fundacja Nowoczesna Polska (tu wywiad z prezesem Jarosławem Lipszycem) zgłasza postulat tanich lub bezpłatnych podręczników. Potem dla celów kampanii wyborczej podchwytuje ten postulat szef naszej psycho-pseudo-opozycji, udając, że jest to jego własny pomysł. Ten postulat próbuje podkraść mu rząd, udając z kolei, że to jego własna rządowa inicjatywa. Ale może właśnie na tym polega robienie polityki dzisiaj. Na uruchamianiu takich głuchych telefonów.
Prawdziwym prekursorem był tu zresztą nie kto inny, tylko sam Arnold Schwarzenegger. Conan Barbarzyńca okazał się o wiele bardziej cywilizowany od nas: zapłacił autorom za napisanie podręczników, a następnie udostępnił je w sieci nieodpłatnie dla uczniów.
Bo naprawdę barbarzyński jest cały ten cyrk, który co roku odbywa się z podręcznikami. Żeby uczniowie nie mogli korzystać z podręczników używanych, co roku – jak słusznie zauważył Kaczyński – wydawcy zmieniają podręczniki. Płacą pod stołem nauczycielom jakieś groszowe łapówki, żeby ci kazali uczniom uczyć się z ich najnowszego podręcznika. Nie ma więc co się dziwić, że konkurencja pomiędzy wydawcami nie przyczynia się do polepszenia jakości podręczników. Bo wydawcy nie konkurują o to, kto wyda lepszy podręcznik, tylko o to, kto podkupi więcej nauczycieli. W tym systemie nie ma znaczenia, czy podręcznik jest dobry, ważne jest, żeby był nowy. Rodzice mają co roku kupić nowy, a nie używany zestaw podręczników, o to chodzi. Dodatkowo jeszcze stosuje się pakietowy system sprzedaży. Gdy ktoś chce kupić jeden zeszyt do ćwiczeń, bo tylko tego akurat mu brakuje, to często okazuje się, że nie może: musi od razu kupić zestaw dwóch lub trzech zeszytów. Protesty rodziców w tej sprawie kilkakrotnie przebiły się do mediów, ale zaraz potem ginęły w natłoku niezwykle ważnych informacji o kolejnych znaleziskach z wraku smoleńskiego i kolejnych pyskówkach pomiędzy naszymi pseudopolitykami.
Tak, to jest sprawa społeczna. I jak wszystkie sprawy społeczne, po kampanii wyborczej zapewne zostanie zapomniana. Dlatego sądzę, że trzeba stworzyć jeszcze jedną grupę nacisku, która będzie przypominać rządowi o jego obowiązkach w tej sprawie. Bo kwestię podręczników może uregulować rząd. Po co nam kilkanaście podręczników do każdego przedmiotu, do tego zmieniających się co roku? Ministerialna komisja powinna raz na kilka lat zatwierdzać trzy najlepsze – tak, aby nauczyciel wybierał spośród tych trzech najlepszych. Sądzę, że łatwiej będzie monitorować jednostkowe przypadki ewentualnej korupcji w takiej komisji, niż całą tę powszechną mega-mikro-korupcję, jaka kwitnie pomiędzy wydawcami a nauczycielami. Obywatelski monitoring powinien w ogóle być podstawą całego systemu, bo ministerialna komisja wszystkich nauczycieli nie przypilnuje. Obywatele powinni naciskać ministerstwo i kuratoria, a rodzice nauczyciela, aby ich dzieci mogły korzystać z zeszłorocznych podręczników zawsze, gdy to jest możliwe. Podręczniki powinny być zmieniane tylko w naprawdę usprawiedliwionych przypadkach.
Bo to, co jest teraz, jest nieakceptowalne. We wstępnie do mojego podręcznika napisałem, że słowo „podręcznik” pochodzi od słowa „podręczyć”, które z kolei pochodzi od słowa „dręczyć”. Wygląda na to, że wydawcy podręczników też tak uważają. Postanowili podręczyć wszystkich – a przede wszystkim portfele rodziców – tym cyrkiem z podręcznikami.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...