Dzisiaj przez cały dzień biegałem z mityngu Anonimowych Alkoholików na grupę terapeutyczną i znowu na mityng Anonimowych Narkomanów, więc jestem bardzo zmęczony i czuję się dziwnie. Trudno opisać to uczucie. Czuję się jak Janusz Korwin-Mikke, który włączył telefon, a ten zamiast o numer PIN poprosił o numer NIP. Czuję się jak Benedykt XVI, który obudził się w jakimś ciemnym miejscu i odkrył, że jest to zbiorowe jelito grube całego świata. Benedykt XVI pewnie by tego nie przeżył, gdyby się dowiedział, że cały świat ma go w dupie. Potęga tak zwanego Kościoła katolickiego na tym właśnie polega: wszyscy się tą firmą przejmują i wszyscy myślą, że powinni się nią przejmować. A dlaczego? Najstarsi teologowie nie pamiętają.
Chciałem napisać o tym, że nocni strażnicy na Wawelu słyszeli dobiegający z krypty głos: „Jarku… Popraw się… Zrób coming out“. Chciałem napisać o tym, że Kuba Wojewódzki nie powinien się wyśmiewać z Ilony Felicjańskiej (człowiek, który w ciągu roku kupił kilo kokainy, nie powinien się wyśmiewać z człowieka, który się leczy). Ale Hania, która postanowiła pomóc w pisaniu zmęczonemu mężowi, stwierdziła, że są bardziej interesujące tematy. Na przykład, Greenpeace powiesił na Ministerstwie Środowiska wielki baner o treści „I love puszcza“. To miło, że Ministerstwo Środowiska loves puszcza. Patrząc na działania Ministerstwa, nigdy bym się tego nie domyślił. No chyba, że ten baner znaczy iż uczucie wyrażające się słowami „I love“ przestaje trzymać (puszcza) urzędników Ministerstwa. W takim razie nie chciałbym tam pracować: w Ministerstwie Środowiska panuje skrajnie niekorzystne środowisko. Może trzeba zorganizować im jakiś wyjazd integracyjny, najlepiej do puszczy? „O, a to zielone, to co?“. „To listki, panie ministrze. One wydychają tlen, którym my później oddychamy“. „Fuj! Ohyda! Dlaczego nikt mnie nie uprzedził o tym niehigienicznym procederze? Wyciąć“.
Ja osobiście sądzę, że w tym tajemniczym rebusie „I love“, sygnalizowane zresztą serduszkiem, ma znaczyć nie „Ja kocham“, tylko „Jako cham“. W takim razie możnaby powiesić ten baner na wszystkich ministerstwach w Polsce. Rozszyfrowałem to bez trudu, bo kiedy miałem piętnaście lat, uprawiałem specjalną odmianę grafitti na ursynowskich murach, tak zwane grafitti ambiwalentne. Pewnego dnia stworzyłem rekordowy napis, który miał chyba siedem możliwych odczytań (o ile dobrze pamiętam, brzmiał on: „Nie Bo Mi Mo Że Nasrać Ja Ko Cham“.
Hania zwróciła mi także uwagę na pewien interesujący aspekt powszechnego przejmowania się katolikami. Ostatnim przejawem tej smutnej obsesji jest awantura o krzyż przed Pałacem Prezydenckim. Michał Sutowski i Cezary Michalski traktują tę pajęczą (krzyżaki i czarne wdowy) akcję bardzo poważnie. Uważają, że mamy do czynienia z przebudzeniem antyklerykalnej Polski obywatelskiej, która stanęła przeciwko mrocznej potędze czarnych wdów - i że to szansa dla lewicy. Tymczasem Hania zapytała: „A wiesz, dlaczego ten krzyż wciąż tam stoi i władze jakoś nie umieją go zabrać?“. „No bo idą wybory – odpowiedziałem – Chodzi o to, żeby ludzie zapamiętali, że Polsce zagraża pięć potwornych staruszek i że tylko SuperDonald może nas przed nimi uchronić.“. „Chodzi o coś jeszcze – odpowiedziała Hania – Platforma właśnie podniosła podatek. I ludzie mają tego nie zauważyć“.
I rzeczywiście. Platforma podniosła VAT, czym sprzeciwiła się swojemu neoliberalnemu etosowi („neoliberalny etos“ to jak „sucha woda“ albo „zimny ogień“, bo gdzie jest neoliberalizm, tam się kończy etyka – ale zostańmy już przy tym paradoksalnym określeniu). Elektorat Platformy powinien teraz zawyć ze zgrozy, bo jak to, przecież Tusk obiecywał, przecież podatki można tylko obniżać, przecież podatki to ZŁO… No i elektorat wyje ze zgrozy, ale na widok pięciu pomylonych staruszek, które utrzymuje się w stanie sztucznego, histerycznego podniecenia, zamiast zabrać im ciężką, niebezpieczną, drewnianą zabawkę (no bo wymiar symbolu chrześcijańskiego drewno pod Pałacem Prezydenckim już dawno straciło – ci, co wymachują tym krzyżem, nie pamiętają, że na nim wisi Jezus).
Gdyby nie konieczność odwrócenia uwagi od własnego załgania, platfusy już dawno sprzątnęłyby krzyż, sprawnie, szybko i po cichu. A jego obrońcom powiedzianoby: „Popatrzcie przez chwilę gdzie indziej… O, o tam ptaszek leci… Nie, to Lech Kaczyński ze skrzydłami od Tupolewa!“.
To tyle od Hani i ode mnie, pozdrawiam wszystkich z jądra ciemności.
www.tomaszpiatek.pl
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...