|
Parkietus. Biuro Pogrzebowe Jowisz. Rajstopy Zeus. Studio Tatuażu Pucek (same autentyczne nazwy). Jak zawsze, kiedy przejedzie się przez kawałek Polski, człowiekowi zostaje w głowie gęsta pstrokacizna przydrożnych bilbordów domowej roboty. To one ukazują nam chwałę, potęgę i klasę naszego rodzimego kapitalizmu. To one również zasłaniają nam skutecznie lasy i pola, żebyśmy przypadkiem nie przypomnieli sobie, że są rzeczy, których nie można kupić. Chociaż co ja bredzę: co drugi baner domowej roboty (dawniej prześcieradło) krzyczy rozpaczliwie: „Posiadłość sprzedam”. Nie pole, nie las, nie ziemię, tylko posiadłość. Skromniejsi piszą „działkę”, ale tym chyba powinien zainteresować się wydział do spraw narkotyków. On zresztą powinien interesować się wszystkim. Do takiego wniosku doszliśmy, jadąc dzisiaj z Hanią do Sieradza. W radiu była mowa o tym, jakim problemem są sklepy z dopalaczami i jak państwo chce z nimi walczyć. Ponieważ nie ma podstawy prawnej, żeby je zamknąć, sklepy dopalaczowe będą niszczone drobiazgowymi kontrolami podatkowymi. „Zaraz”, powiedziała Hania, „przecież to jest perfidny polityczny zamach na wolność gospodarczą legalnie działających handlowców. Dlaczego nasi neoliberałowie u władzy nie protestują? Komorowski na znak protestu powinien się wykastrować liściem wieszczej szałwii”. Nic nie powiedziałem, bo uważam, że kastracja Komorowskiego jest niemożliwa ze względu na pewien defekt techniczny. I nie mam tu na myśli miękkości liścia szałwii (podsmażony na maśle staje się całkiem twardy).
Ale do rzeczy: nie ma podstawy prawnej, żeby zamknąć sklepy z dopalaczami. Bo żeby uznać jakiś dopalacz za narkotyk, trzeba go przebadać, sprawdzić, przegłosować, uchwalić i tak dalej. A te sukinsyny od dopalaczy wymyślają nowe substancje szybciej, niż nasi rządzący zdążą przebadać, sprawdzić, przegłosować i uchwalić. Jak tylko rządzący przebadają i przegłosują, jak tylko czegoś zakażą, to Mały Chemik wyciąga z pudełka kolejną nową substancję. Utopia świata bez narkotyków (albo przynajmniej świata, w którym wszystkie narkotyki są zakazane) ziści się dopiero wtedy, gdy powstanie ustawa, która zakazuje wszystkich substancji psychoaktywnych. Tyle, że wtedy ziści się również utopia Kononowicza. Bo wszystkie substancje są psychoaktywne. Na przykład cukier. Albo chleb, jak w tej przypowieści o żydowskich uczniach rabina, co to notorycznie głodowali. W końcu przyszli do rabina: „Rebe, my rozstrząsamy kwestię mądrościową, czy chlebem można się upić?”. Rabin, zgodnie z ich przewidywaniami, dał im miedziaka na chleb, żeby sprawdzili. W ten sposób każdy z nich mógł zjeść po pół bochenka. „I co, upiłeś się?”. „Nie, ale jakby to powiedzieć, poweselałem”. Ale co tam chleb, wystarczą otoczaki. Wystarczy zjeść ich parę kilo, żeby definitywnie przerwać funkcje życiowe mózgu. A to jest przecież bardzo radykalnym działaniem psychoaktywnym. Przepraszam: nie bardzo wiem, co piszę, bo nie bardzo widzę na oczy. I przepraszam za spóźnienie z felietonem: wczoraj przyjechałem z Warszawy o jedenastej w nocy i też ledwo widziałem na oczy. A dzisiaj musieliśmy pojechać do Sieradza. Wprawdzie kiedy wróciliśmy do Łodzi, była dopiero dziesiąta, ale przy krawężniku znaleźliśmy chorego gołębia. Zawieźliśmy go do weterynarza, a tam pani weterynarz powiedziała, że trzeba go uśpić. To był twardy zawodnik. Dostał potężną dawkę fenobarbitalu i przeżył. Trzeba było mu dać drugą. Hania płakała. Ja nie, ja zazdrościłem mu potężnego, radykalnie psychoaktywnego kopa. Niestety, uzależnienie tak działa, że nie myśli się o jakichś tam drobiazgach typu przykre skutki, śmierć, myśli się tylko o kopie. Kiedy weszliśmy wreszcie do domu, było już za późno, żeby zadzwonić do Rajkowskiej i dowiedzieć się o szczegóły. Bo jeśli chodzi o ogóły, to Rajkowskiej każą zdemontować palmę. Czy też ona sama już zdecydowała, że zdemontuje. Bo okazało się, że nie ma pozwolenia na palmę. A dokładnie nie ma pozwolenia na budowę. Bo żeby postawić palmę, trzeba mieć pozwolenie na budowę. To pozwolenie na budowę kosztuje podobno sześćdziesiąt tysięcy. Ja rozumiem, taki grunt, rondo De Gaulle’a, Aleje Jerozolimskie. Mówią, że można uzyskać pozwolenie za darmo, ale pod warunkiem, że zgodzi się na to pewna pani (ta, co pobiła rekord w Księdze Guinnessa na najdłużej trwającą wciąż tę samą fryzurę, a poza tym rządzi Warszawą). Ale ta pani podobno palmy nie lubi. Dlaczego? Spróbuję zgadnąć. Niektórzy nie lubią palmy za to, że jest żydowska. Nie dość, że Aleje Jerozolimskie, a tu jeszcze palma, jak w Tel Awiwie. Ludzie dobrze poinformowani wiedzą, że ta palma jest kolejnym znakiem nieustającego gnębienia czystej słowiańskiej duszy przez różnych Wittgensteinów i Wildsteinów (co do tego ostatniego mógłbym się zgodzić, gdyby wyłączyć z tego rozumowania palmę oraz wszystkich niewinnych ludzi, którzy przypadkiem mają na nazwisko Wildstein, a nie są Bronkiem). Ale myślę, że w przypadku Ufryzowanej jest to inna niechęć, bardziej istotna. Chodzi o to, że palma niczemu nie służy. Nikt nie prowadzi w niej tak zwanej działalności (no, chyba że jakieś korniki, ale to już jest za bardzo small business). Nikt nie założył w niej firmy. To budzi słuszną zgrozę i oburzenie. Nie można przecież pozwalać na to, żeby istniała gdzieś jakaś przestrzeń, w której nikt nie prowadzi działalności gospodarczej. Nie wolno w ogóle przypominać ludziom, że w ogóle gdzieś taka przestrzeń może istnieć. Bo mogliby zachcieć więcej. No a co dopiero w środku wielkiego miasta! Mam więc radę dla Rajkowskiej. Niech szybko wywiesi na palmie wielką reklamę firmy Parkietus, albo rajstop Jowisz, albo Studia Tatuażu Pucek. Albo przynajmniej niech powiesi prześcieradło z napisem: „W atrakcyjnym punkcie działkę sprzedam” - i numer komórki. Wtedy może mieć kłopoty z wydziałem do spraw narkotyków - ale jak już kogoś błagać o litość, to lepiej nawet policjantów niż Starą Ratuszową (jest taka knajpa w Poznaniu, nie odpowiadam za ewentualne skojarzenia personalne). Albo mam inną radę. Niech Rajkowska przerobi palmę na szubienicę. Założę się, że wszystkim się spodoba. W przeciwieństwie do palmy, szubienica jest ewidentnie po coś. Jej cel jest jasny. I jest nasza, narodowa, Polska. Sławianie, my lubim siekanki. A dokładnie wieszanki: nasz obecny wieszcz, Jarek Marek Rymek głosi przecież, że szubienica to nasza sarmacka gilotyna. Opisuje z lubością, jak to w czasach Kościuszkowskich w Warszawie wieszano zdrajców. I jak to postawiono szubienicę pod Pałacem Prymasowskim, że niby czeka na prymasa, aż się prymas pochorował ze strachu i nawet umarł. To może nawet niegłupi był pomysł, swoją drogą, ale Jarek Marek chyba się trochę zagalopował. Prymasowi szubienicę? Że zdradził naród? No cóż, kiedyś to się nazywało zdrada, teraz to się nazywa konkordat. I magnatów wieszać? Przecież oni byli tacy wspaniale sarmaccy, kwintesencja polskich wad uwielbianych przez poetę. Nie, ja muszę znaleźć numer do Jarka Marka, zadzwonię choćby po nocy, żeby mu wytłuma… No dobra, sam już nie wiem, co piszę. Sarmata na tym polega, że nic nie mu nie można wytłumaczyć. Więc idę spać. A żeby skończyć tradycyjnym optymistycznym akcentem: wymyśliłem dzisiaj i wypróbowałem rewelacyjny przepis na zupę. Gotujemy bulion na kurzych podgardlach i młodej włoszczyźnie, z lubczykiem, zielem angielskim i liściem laurowym. Gdy się ugotuje, przecedzamy. Podgardla można zjeść oddzielnie, dać kotu, psu, zależy co kto lubi. Natomiast potem bierzemy zupełnie innego kurczaka: wędzonego. Obieramy z niego mięso i miksujemy je w mikserze razem z ugotowaną włoszczyzną z zupy oraz dużą ilością surowego czosnku - tak długo, aż powstanie delikatny mus. Następnie podgrzewamy zupę i wrzucamy do niej ten mus. Gdy wyłączymy, dodajemy do niej śmietanę. Na patelni z odrobiną oliwy i tymianku podgrzewamy pokruszone kawałki bułki, aż się zarumienią. Rozlewamy zupę na talerze i wrzucamy gorące grzanki, które wtedy pięknie syczą. Zupełnie jak niektóre osoby, gdy przeczytają ten felieton. Smacznego. www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...