|
Proszę bardzo, co to się dzieje. „Gość Niedzielny” (podobno najbardziej czytany tygodnik w Polsce!) polemizuje z „Krytyką Polityczną”. A dokładnie Stefan Sękowski próbuje tutaj polemizować z moim poprzednim felietonem. Przyznam się, że kiedy przeczytałem tę polemikę, nie było dla mnie jasne, jaką taktykę przyjął Sękowski. Czy chciał wywołać współczucie dla publicystów katolickich? „Popatrzcie, jacy jesteśmy biedni, jak niezdarnie polemizujemy, jakie mieliśmy trudne dzieciństwo”? W to ostatnie chętnie wierzę, aczkolwiek za chwilę podzielę się z Państwem pewnymi wspomnieniami z mojego trudnego dzieciństwa.
Sękowski na dzień dobry zagłębia się w moją duszę i opowiada, co tam widzi. Nie zdradza przy tym, jakie ma do tego kwalifikacje: czy jest psychoanalitykiem, czy psychologiem, czy parapsychologiem, telepatą z zawodu czy tylko amatorem. Dziwne to zresztą byłoby hobby jak na katolika, który przecież nie tylko telepatię, ale i Harry’ego Pottera uważa za dzieło Szatana. Ale wróćmy do sedna: Sękowski w mojej duszy widzi nienawiść. Nienawiść do katolików. Bardzo to nudne, bo przewidywalne: katolicy każdą krytykę katolików nazywają nienawiścią.
Ja miałbym powody, żeby nienawidzić katolików. Nie tylko za to, co zrobili z moim krajem. Także za parę rzeczy, które zrobili mi osobiście. Nie będę już się zagłębiał w to, jak kiedyś straciłem pracę ze względu na moje ewangelickie wyznanie. Skoro już tu sobie robimy psychoanalizę, to sięgnę do czasów mojego dzieciństwa. Moi rodzice byli niewierzący, ale pod presją otoczenia posłali mnie na lekcje religii katolickiej. Ja jednak po tak zwanej pierwszej komunii świętej zdecydowałem, że nie chcę więcej na religię chodzić. Możecie mi wierzyć lub nie, ale już wtedy czułem obrzydzenie do katolickiego kultu, szczególnie do obrazów i rzeźb. Już wtedy czułem, że coś bardzo złego się dzieje, kiedy stawia się takie rzeczy w kościele i ludzie się do nich modlą. Nie było wtedy religii w szkołach, katecheza odbywała się na plebanii, ale w salce katechetycznej siedziały te same dzieci, co w mojej klasie szkolnej. Po prostu cała klasa II B wychodziła po lekcjach ze szkoły i w pełnym składzie osobowym szła na religię. Karnie-solidarnie: to był Ursus, rok 1982. Spróbowałby ktoś nie pójść.
Ja jednak spróbowałem. Po komunii zdecydowałem, że nie chodzę więcej. I wszyscy moi koledzy z klasy przestali się do mnie odzywać. Kiedy się zbliżałem, odwracali się do mnie plecami. Mówili o mnie „bezbożnik” - dzieci wtedy używały takich słów, pewnie słyszały je od rodziców. Bardzo wcześnie dowiedziałem się, co to znaczy wykluczenie. Pamiętam, że płakałem, wyobrażałem sobie, że mam mnóstwo dolarów, kupuję zabawki, cały Pewex (to był taki sklep, gdzie kupowało się zachodnie towary za zachodnią walutę) i podrzucam w nocy wszystkie te dobra kolegom do domu, dołączając do nich kartkę z pytaniem: „Czy dalej będziecie na mnie mówić: bezbożnik?”.
Przeżyłem to jakoś, jak i wiele innych rzeczy. Moje dotychczasowe życie było trudne, ale bogate w różne dobre rzeczy, nie narzekam. Nie nienawidzę też katolików. Także dlatego, że nienawiść jest nieskuteczna. Osoba, która jest obiektem czyjejś nienawiści, budzi współczucie. To dlatego katolicy tak często próbują siebie przedstawić jako obiekt nienawiści, chociaż sami plują dookoła nienawiścią, pogardą i wykluczeniem. Byłby to może nawet śmieszny spektakl, gdyby nie był tak smutny.
Nie nienawidzę więc, tylko po prostu uważam katolicyzm za zło i w miarę moich sił staram się go zwalczać. Nienawiść uniemożliwia skuteczne zwalczanie, dlatego zostawiam ją Pospieszalskiemu.
Wróćmy do Stefana Sękowskiego. Stefan Sękowski w „Gościu Niedzielnym” sfałszował cytat z mojego felietonu na łamach „Krytyki Politycznej”. Napisałem:
„Stefan Sękowski stłumił wytrysk piany, zatańczył na swojej lewej rzęsie i powiedział zdanie wiekopomne. Powiedział, że pan Kowalski być może czci papieża jak Boga, ale to wcale nie znaczy, że tak robią katolicy. Zamurowało mnie, muszę przyznać. Przecież cała potęga Kościoła katolickiego w Polsce opiera się na tym, że pan Kowalski jest katolikiem. Pan Kowalski, tak zwany przeciętny Polak, 95 procent katolickich wyborców. I nagle okazuje się, że dla katolickiego publicysty te 95 procent to nie są żadni katolicy!”
Stefan Sękowski zacytował mnie tak:
„Publicysta na stronie Krytyki Politycznej raczył sparafrazować część mojej odpowiedzi na ten zarzut, jednocześnie milcząc na temat meritum mojej wypowiedzi: - Stefan Sękowski stłumił wytrysk piany, zatańczył na swojej lewej rzęsie i powiedział zdanie wiekopomne. Zamurowało mnie, muszę przyznać. Przecież cała potęga Kościoła katolickiego w Polsce opiera się na tym, że pan Kowalski jest katolikiem. Pan Kowalski, tak zwany przeciętny Polak, 95 procent katolickich wyborców. I nagle okazuje się, że dla katolickiego publicysty te 95 procent to nie są żadni katolicy!”.
Jak widać, publicysta „Gościa Niedzielnego” raczył sparafrazować część mojego felietonu, wyrzucając z niego własne wiekopomne zdanie o panu Kowalskim.
Najwyraźniej po to, żeby pokorny i skołowany katolicki czytelnik nie wiedział już kompletnie, o co chodzi. Ale nie z nami te numery, Brunner. Polemika naprawdę na poziomie pisemka parafialnego – co z tego, że najbardziej czytanego w Polsce?
Żeby było śmieszniej, Sękowski pisze w następnym zdaniu: „Publicysta może podszczypywać, wbijać szpilę, ale nie powinien kłamać”. No właśnie, wielebny. A zaraz potem, jak gdyby nigdy nic, dopisuje: „Jest oczywiście pewna część katolików, którzy w bałwochwalczy sposób patrzą na Papieża. Są to zupełne wyjątki”. To jest już kłamstwo wyjątkowo bezczelne – szczególnie jeśli mówimy o polskich katolikach. Jak słusznie zauważył mój pastor, przecież Kościół katolicki wszem i wobec ogłasza, że Jan Paweł II był inkarnacją woli Bożej.
A skoro mowa o pastorach, to dodam, że podczas debaty na Forum Ewangelickim, gdzie starłem się z Sękowskim, czułem silne wsparcie ze strony sali. Po debacie, poza jednym głosem sprzeciwu, otrzymałem wyrazy poparcia ze strony ewangelickich wiernych i duchownych. Ale najwyraźniej Stefan Sękowski nie może przeboleć, że znalazł się na zgromadzeniu, które z nim się nie zgadzało. W swojej rozpaczliwej pseudopolemice pisze: „Po dyskusji kilka osób przepraszało mnie za zachowanie swojego współwyznawcy, stwierdzając, że jest dziwny i zupełnie niereprezentatywny dla ewangelików reformowanych”. Nie wiem, kto panu coś takiego mówił, panie Sękowski, czy też komu pan te słowa włożył w usta. Powiem tylko jedno: pan, niestety, w ogóle nie jest dziwny. Pan jest zupełnie reprezentatywny dla polskich katolików, szczególnie dla polskich katolickich publicystów.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...