|
W ostatnim numerze „Więzi” wybitny pisarz Jerzy Sosnowski występuje z manifestem W obronie metafizyki. W tekście sam przyznaje, że jego rozumienie słowa „metafizyka” jest takie, że nauczyciele akademiccy mogliby zzielenieć. Nie chodzi mu o metafizykę w rozumieniu Arystotelesa, chodzi mu o metafizykę jako o doznanie metafizyczne czy też egzystencjalne, o tajemnicę istnienia, niezwykłość istnienia czy też nie dający się wprost wyrazić sens istnienia. Powołuje się nie na Arystotelesa, tylko na Witkacego. Teza Sosnowskiego brzmi: „Książki nie muszą mówić o kwestiach społecznych, żeby być ważne”. Przeciwnikiem Sosnowskiego są ci, którzy chcą, żeby książki, zamiast o egzystencjalnym dreszczu, mówiły o społeczeństwie. A więc przeciwnikiem jest przede wszystkim lewica. Jak pisze sam Sosnowski: „młodzi zwolennicy myśli poststrukturalnej i postmarksowskiej […] czytelnicy Slavoja Żiżka i aktywiści rozmaitych ruchów […] w orbicie klubów Krytyki Politycznej“.
Sosnowski oskarża lewicę o to, że kastruje literaturę z egzystencjalno-metafizycznych treści, że szuka wartości wyłącznie w takiej literaturze, która pozwala się wypowiedzieć wykluczonym albo dekonstruuje dominujący dyskurs. A przecież można powiedzieć rzeczy ważne i nowe, nawet posługując się dominującym dyskursem. Rozpacz heteroseksualnego mężczyzny może być tak samo przejmująca, jak kobiety czy homoseksualisty, ale jeśli ją opisuję, to nie chcą się tym przejmować, tylko mówią mi, że wzmacniam dominujący dyskurs – gniewa się Sosnowski. Jego wywód można streścić tak: oni chcą sprowadzić człowieka do wypadkowej sił społecznych, a ludzkie „ja” do igraszki języka, kaprysu gramatyki. Podczas kiedy człowiek to tajemnica, sekret „ja” jest nieuchwytny, niewypowiedziany, nigdy nie da się wypowiedzieć go do końca i dlatego literatura może nieustannie go wypowiadać. Wypowiadać, wypowiadać i nigdy nie wyczerpać. Tu Sosnowski powołuje się na Brzozowskiego, który uważał, że nawet po rozwiązaniu wszystkich problemów społecznych ludzkość nadal tworzyłaby nowe systemy filozoficzne, aby zgłębiać nieustannie swoją egzystencję.
Jednym słowem, Sosnowski wypowiada się w obronie literatury metafizyczno-egzystencjalnej przeciwko literaturze zaangażowanej. Ja uważam, że już w takim przeciwstawieniu tkwi błąd.
Spróbuję odpowiedzieć Sosnowskiemu na trzy sposoby.
Po pierwsze, drogi Jerzy, nie wierzę w podział na literaturę metafizyczno-egzystencjalną i zaangażowaną. Tak, to prawda: człowiek jest tajemnicą, a „ja” to sekret. Ale tak się składa, że jedną z najważniejszych części tej tajemnicy i tego sekretu jest bycie z innymi. Człowiek jest bytem metafizycznym i społecznym zarazem. Jeśli jeden ludzki byt to tajemnica, to egzystencja tej tajemnicy razem z innymi metafizycznymi tajemnicami (z innymi ludźmi) staje się tajemnicą do kwadratu, a nawet do sześcianu, jeszcze bardziej intrygującą i absorbującą. Zgłębianie relacji między tymi tajemnicami, patrzenie, jak czynią one sobie wzajemnie tajemnicze zło i tajemniczy dobro… Wreszcie zobaczenie, jak tworzą one razem supertajemniczy superbyt, jakim jest społeczeństwo… Twoja metafizyka, drogi Jerzy, zawsze przepływa się z etyką i z polityką. Tym bardziej, że człowiek nawet pozostawiony sam sobie jest istotą społeczną, nawet w najgłębszym osamotnieniu ma w sobie puste miejsce przeznaczone dla bliźniego. Dlatego ci najbardziej metafizyczni pisarze byli zarazem najgoręcej zainteresowani społeczeństwem. Szekspir. Huxley. Dostojewski. Witkacy. Piszesz: nie za to ich kochamy. Nie zgodzę się. W przypadku tych gigantów, treści metafizycznych nie da się oddzielić od społecznych – i chwała za to gigantom.
Po drugie, jeśli już nawet założyć, że taki podział istnieje, to obecność literatury i krytyki społecznie zaangażowanej robi tylko dobrze literaturze metafizyczno-egzystencjalnej. Podnosi jej poprzeczkę. Chcecie nam opowiadać o dreszczu istnienia? Bardzo dobrze, tylko my się właśnie zajmujemy głodnymi ludźmi i globalnym buntem. Jeśli chcecie nam zajmować czas, to dajcie nam taki dreszcz istnienia, żeby był przynajmniej tak samo mocny, jak głód i bunt. Takie wyzwanie zmusza literaturę metafizyczno-egzystencjalną do wysiłku, do wniknięcia w najbardziej niezbadane, trudne i ważne rejony tajemnicy istnienia.
Po trzecie, jeżeli nadal będzie panował obecny system polityczno-medialno-edukacyjny, to już za parę lat Jerzy Sosnowski nie znajdzie nikogo, kto byłby zdolny przeżyć metafizyczną tajemnicę, dreszcz istnienia. Sosnowski powinien zdawać sobie z tego sprawę, jest z zawodu nauczycielem. Wychowani przez skretyniałą szkołę, ogłupiani przez skomercjalizowane media, zaharowani, nie mający czasu ma myślenie, oduczeni czytania przez migające zewsząd obrazki – tacy ludzie nie będą zdolni do świadomego przeżywania metafizycznych dreszczy. Jeśli metafizyczni egzystencjaliści chcą przekazać następnym pokoleniom swoje wartości, muszą się społecznie zaangażować. Muszą sprzymierzyć się z lewicą w walce o szkołę, o biblioteki i promocję czytelnictwa, o odpowiedzialne, misyjne media publiczne, o regulacje dla mediów komercyjnych, o normowany czas pracy, a więc o związki zawodowe…
Drogi Jerzy, nikt Cię tu nie chce kastrować. Wręcz przeciwnie, dodalibyśmy Ci trochę ikry.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...