NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Mroczna wątroba |
|
|
Tomasz Piątek
|
|
14.09.2010 |
Otwieram poniedziałkową „Gazetę Wyborczą”, a dokładnie strony biznesowe. Konrad Niklewicz pisze o tym, jak podczas zeszłorocznego kryzysu państwa zachodnie na chwilę odzyskały kontrolę nad gospodarką, uratowały ją – i teraz znowu oddają ją rewolwerowcom. Najlepszy przykład: kilkanaście miesięcy temu General Motors zbankrutowało i zostało znacjonalizowane (tak, tak, proszę państwa, rok temu państwo AMERYKAŃSKIE przejęło 61 procent akcji mega-koncernu). Po nacjonalizacji GM stało się kurą znoszącą złote jajka. No więc co w związku z tym zamierza zrobić państwo? Oczywiście sprywatyzować. Państwo uratowało nieporadnego prywatnego potwora bezradnie błąkającego się po neoliberalnej dżungli i zrobiło z niego zdrowe socjaldemokratyczne przedsiębiorstwo z kapitałem mieszanym. A teraz, kiedy już organizm został uzdrowiony – państwo znowu chce go poświęcić na ołtarzu neoliberalnej wiary. No bo dogmat mówi: prywatne jest zawsze lepsze od państwowego. Nawet wtedy, kiedy nie jest. Na zasadzie: proszę państwa, zwierzątka oddychają powietrzem, a jeśli któreś nie chce, to jego wina (potrzymajmy rybkę na brzegu, może się nawróci). Jacek Żakowski zapowiadał, że po tym krzyzysie zmądrzejemy. Ale Jacek Żakowski przy każdym nieszczęściu zapowiada, że zmądrzejemy. Najwyraźniej człowiek już nie mądrzeje, panie Jacku. No właśnie. Gdy piszę: „człowiek nie mądrzeje”, przypomina mi się świętej pamięci Tony Judt. Judt pisze, że kiedyś ludzie umieli być mądrzy po szkodzie, a teraz nie umieją. Nie wyciągają już wniosków z nieszczęść. Między 1960 a 1980 rokiem Zachód miał dobrze: żył sobie w socjaldemokratycznym czy socjalkapitalistycznym państwie dobrobytu. Potem zaczął popadać w neoliberalne szaleństwo. Dzisiaj widzi szkody wywołane przez to szaleństwo, ale – jak pokazuje przykład GM - nadal popada. Z drogi do piekła nie zejdzie w bok. Jak pisze Judt w swojej książce Ill Fares the Land, nie umiemy już znajdować dróg w bok, nie umiemy wymyślać alternatyw dla tego, co jest. Ciągle największym osiągnięciem ludzkości pozostaje socjaldemokratyczne czy też socjalkapitalistyczne państwo dobrobytu lat powojennych, dziś utracone w krajach anglosaskich i nadszarpnięte w Europie kontynentalnej. No cóż, trudno się z Judtem nie zgodzić, gdy się patrzy na stan obecny. Ale w takim razie powinniśmy od razu zapytać: co zrobić, aby odtworzyć to państwo dobrobytu? Państwo dobrobytu było właśnie owocem zmądrzenia po szkodzie. W innej swojej książce, Postwar („Powojnie”), Judt ukazuje, że socjalkapitalizm był taką mądrą reakcją na traumę II wojny światowej, wywołaną przez masowe ruchy frustracji i sprzeciwu, które z kolei zostały wywołane przez kapitalistyczne szaleństwo i nędzę, Wielki Kryzys. Nie zapominajmy też o sowieckich karabinach nad Łabą, które tkwiły tam przez kilka powojennych dekad. To pod wpływem tych karabinów socjalkapitalizm rodził się, rósł i stawał coraz bardziej przyjazny dla szarego człowieka. Przedsiębiorcy wiedzieli, że nie mogą przeginać pały, bo jeśli zrobią robotnikom rzeźnię, wtedy ci zrobią ultra-rzeźnię wszystkim i wszyscy na tym przegrają (poza Breżniewem). Można więc dojść do takiego wniosku: chcesz reform, głoś rewolucję. Bez zagrożenia komunistyczną czy faszystowską rewoltą, kapitalizm przestaje być hojny, obfity, łaskawy, twórczy, tylko powraca do swoich korzeni, którymi są chciwość, oszustwo i wyzysk. Tyle że głoszenie rewolucji jest niebezpieczną zabawą. Żeby groźba była poważna, trzeba w nią wierzyć. Nie możemy straszyć rewolucją, w którą nie wierzymy, bo nikt w tę groźbę nie uwierzy. A czy my w nią wierzymy? Nie wiem. Rewolucja to przemoc, prawie zawsze fizyczna, a nieraz ekstremalna. Koszty mogą być ogromne, a zyski żadne, bo ekstremalną przemocą trudno jest pokierować. Sowieckie karabiny dały dobrobyt pracownikom Zachodu (niejako rykoszetem). Ale ci, co żyli w bezpośredniej bliskości tych karabinów, więcej stracili niż zyskali. Niezliczone ofiary śmiertelne, gułagi, więzienia, psychuszki, represje, cenzura, drastyczne załamanie produkcji w Związku Sowieckim, Polsce, Rumunii… (ale już nie w Czechosłowacji i NRD, odnotujmy). A po siedemdziesięciu latach tego doświadczenia - głęboka kompromitacja lewicowych ideałów. Nadal ją odchorowujemy. Oto dylemat. Czy ktoś go rozwiązał? Tak, i to blisko nas: Skandynawowie. Oczywiście, widmo komunizmu krążyło i po Europie Północnej… Ale głównym straszakiem, za pomocą którego nasi sąsiedzi zza sadzawki wywalczyli sobie socjaldemokrację i dobrobyt, był strajk generalny. No więc, chciałoby się zawołać, łączmy się w związki i strajkujmy! Ale znowu trzeba zapytać: czy ten straszak dzisiaj zadziała? Po pierwsze, stworzenie nowej „Solidarności”, wielkiego ruchu związkowego, będzie trudniejsze niż kiedyś. Bo dzisiaj praca jest rozproszona. Po firmach i firemkach outsourcingowych. A przede wszystkim po całej kuli ziemskiej. Producent wiaderek nie zbankrutuje, gdy zbojkotują go pracownicy, tylko zacznie robić wiaderka w Chinach (o ile już nie robi). Gdy zastrajkujemy, czy zastrajkują z nami Chińczycy? A może polityka i gospodarka lokalna są już tak podporządkowane polityce i gospodarce globalnej, że powinniśmy mieć jedno globalne społeczeństwo, jedno globalne państwo, jedną globalną płacę średnią i jeden globalny strajk generalny? A jeśli to nie jest możliwe, to może cała Europa powinna się zdeglobalizować, tak, jak Argentyna? Moi argentyńscy przyjaciele donoszą, że częściowa autarkia dobrze zrobiła krajowi. Gospodarka się rozwija, mimo że Międzynarodowy Fundusz Walutowy niszczy wiarygodność Argentyńczyków na różne ciekawe sposoby. Takie rozwiązanie może się wydawać skrajnie prawicowe. Zamknięta na import, ograniczająca eksport Twierdza Europa. I głodny Trzeci Świat na zewnątrz (jeszcze głodniejszy po utracie europejskiego rynku zbytu). Coraz biedniejsze i coraz liczniejsze masy kolorowych imigrantów, które próbują dostać się do Rajskiej Krainy Białego Człowieka (założę się, że niejeden Polak zachwyciłby się tą wizją: znowu będziemy przedmurzem!). Ale ta wizja nie musi być aż tak faszystowska. Twierdza Europa mogłaby być zamknięta dla towarów, ale nie dla uciekinierów. Mogłaby nie wpuszczać wyzysku, ale wpuszczać jego ofiary. To byłoby bardziej humanitarne rozwiązanie - może także dla europejskich pracowników? Bo kto bardziej zaniża europejskie pensje? Azjata, którego tu wpuścimy, aby pracował za dwie trzecie średniej krajowej? Czy ten sam Azjata, który został w Azji i tam robi na europejski rynek - w sweetshopie za miskę ryżu? Nie mówiąc już nawet o tym, że Azjata wpuszczony do Europy generuje jakiś popyt jako konsument miejscowych produktów i usług - więc nie tylko zabiera miejsca pracy, także daje. Podczas gdy w azjatyckim sweetshopie nic europejskiego nie konsumuje, bo go nie stać. Zadawałem sobie takie pytania, zadawałem… I nagle powiedziałem sobie: „Zaraz, skoro myślę o takich rzeczach, to chyba jednak - chcę rewolucji”. Globalna arystokracja finansowo-polityczna manipuluje państwami i pracownikami, trzyma rządy na łańcuchu lichwiarskich długów, bawi się kursami walut wszystkich krajów, ogłupia obywateli dając im kolorowe obrazki i odbierając rzetelną edukację szkolną. Czy ta arystokracja pozwoliłaby nam na ostateczną globalizację typu: jedno państwo światowe, jeden pieniądz, globalna solidarność pracowników, jasne reguły, fair play i fair trade? Albo odwrotnie, czy globalna arystokracja pozwoliłaby nam na deglobalizację jednego superbogatego kontynentu (o Argentynę też się zresztą boję)? Czy pozwoliłaby nam na cokolwiek – bez rewolucji? Zakończę ten poważny felieton szczególnie wesołym akcentem: myślałem, żeby wysłać Nergalowi mój szpik. I dołączyć liścik: „Kto je buraczki, nie ma białaczki”. To tak w rewanżu za spalenie Biblii i zatruwanie Dody antybiblijną ideologią. Ale okazało się, że mam wirusowe zapalenie wątroby typu C. I z tego powodu nie mogę nikomu dawać moich tkanek. To akurat szkoda – gdyby nie to, moglibyśmy zrobić barter: ja Nergalowi szpik, a on mi wątrobę. No, może w tym barterze zamieniłby stryjek siekierkę na kijek. Wątroba Nergala może być równie mroczna jak moja. Chociaż nie tak, jak obecny stan ludzkości. Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki. www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 15.09.2010 )
|
|
|
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...