|
Idzie Wigilia, więc pomyślałem, że wyjątkowo przemówię ludzkim głosem. Nie będę pluł jadem, nie będę złośliwy, powiem coś po ludzku. Po ludzku o zwierzętach, o tych naszych „braciach mniejszych”, jak to o nich mówią katolicy (aczkolwiek „bracia mniejsi” według kościelnej terminologii to mnisi franciszkanie, skądinąd dla zwierząt tradycyjnie przyjaźni).
My z Hanią i Martynem na dzień przed Wigilią robimy psią Wigilię. Geneza psiej Wigilii jest taka: kiedyś podczas normalnej ludzkiej Wigilii był obecny nasz pies Lubo. Podczas rozdawania prezentów bardzo się interesował tym, co się dzieje. Widział, że każdy coś dostaje i najwyraźniej czekał na swoją kolej. Kiedy wszyscy już otrzymali swoje prezenty, a on nie, Lubo zrozumiał, że nic nie dostanie i bardzo posmutniał. A tymczasem pod drzewkiem był także prezent dla niego, tylko gdzieś się zawieruszył, zapomniano o nim. Mniej więcej po godzinie ktoś zauważył: „A tu pod choinką coś jeszcze leży… Prezent… Napisane: Lubo”. Ale się pies ucieszył! Dostał piszczącą piłeczkę, zapakowaną w papier prezentowy i z początku nie wiedział, czy i jak ma ją odpakować, ale w końcu jakoś sobie poradził.
Teraz jeździmy na Wigilię do krewnych i nie możemy zabierać tam psa. Ale chcemy, żeby Lubo mógł znowu to przeżyć, więc na dzień przed Wigilią robimy psią Wigilię. Zapraszamy znajomych i kładziemy pod choinką zapakowane w papier słodycze. Po kolei wywołujemy wszystkich ludzi i dajemy im słodycze jako prezenty. A na końcu wywołujemy psa, który dostaje coś piszczącego i gumowego, łatwego do gryzienia. Zawsze skacze do sufitu z radości.
Ale od pewnego czasu mamy też koty. I tu pojawiło się pytanie: czy do psiej Wigilii można wkluczyć także koty? Ja obawiałem się, że kot, ze swoim niezależnym i rozwichrzonym umysłem, nie będzie w stanie skoncentrować się na czymś takim, jak rytuał rozdawania prezentów. Ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Kiedy ostatnio stanęliśmy naokoło choinki i zaczęliśmy rozdawać prezenty-słodycze, nasza kotka natychmiast dołączyła do naszego kręgu i bardzo się interesowała wszystkim, co się dzieje. A kiedy dostała myszkę (sztuczną, oczywiście), to wzięła ją w zęby i poszła w kąt się pobawić. W tym roku do psiej Wigilii dołączy także kocurek.
Nie wszystkie jednak zwierzęta mają psią Wigilię. W Tomaszowie Mazowieckim pewien człowiek miał dzika ogródkowego. Ogródkowego, bo hodował go sobie w ogródku, ale tak naprawdę domowego. Domowego w tym sensie, że był dla niego jak pies albo kot, był przyjacielem. Ten dzik, chociaż duży (sto kilogramów), był bardzo łagodny. Parę dni temu wyszedł z ogródka i ruszył na miasto. Miał takiego pecha, że trafił na trawnik w pobliżu kościoła. Co w tej sytuacji postanowiły władze miejskie? Pozwolę sobie obszernie zacytować „Tomaszowski Informator Tygodniowy”, który bardzo dokładnie opisał wydarzenie: „…funkcjonariusze [policji – przyp. T. P.] zauważyli potężnego dzika […]. Zagonili go na pusty teren […]. Zwierzę położyło się między żywopłotem a zdewastowanym ogrodzeniem […]. Odyniec był nadzwyczaj spokojny. Na miejsce zjechały radiowozy, w sumie kilkunastu policjantów z różnych wydziałów, jeden zastęp PSP, przybył również Leszek Jakubowski, kierownik Referatu Zarządzania Kryzysowego i Spraw Obronnych Urzędu Miasta. […] O godz. 9.30 dzik leżał spokojnie, prawdopodobnie nawet spał. Mimo że sytuacja wyglądała na opanowaną, nikt nie miał pomysłu, co robić dalej. […] Stwierdzono w końcu, że skoro dzikie zwierzę przebywa w granicach miasta i może stwarzać zagrożenie dla ludzi, to instytucją kompetentną do rozwiązania problemu jest Urząd Miasta, a dokładnie jego przedstawiciel – Leszek Jakubowski. Dla wszystkich […] było jasne, że zwierzę powinno zostać uśpione i wywiezione do lasu. Pojawiały się jednak kolejne problemy. Jeżeli uśpić, to kto ma się tym zająć i czym ma to zrobić? Okazało się bowiem, że miasto i inne samorządy naszego powiatu, ani żadne służby nie posiadają urządzenia do aplikacji środka usypiającego działającego na odległość. […] W międzyczasie pojawiła się sugestia, by dzika zastrzelić. Taką opinię w końcu zaczął wyrażać Leszek Jakubowski. I znów był problem. Jeżeli tak, to kto ma to zrobić i na czyje polecenie? Policja stanowczo odmówiła, tłumacząc, że nie posiada odpowiedniej broni do tego celu. Mogliby do dzika strzelić, ale tylko w przypadku, gdyby zagrażał bezpośrednio bezpieczeństwu ludzi, czyli musiałby kogoś zaatakować […]. Czas płynął. W końcu ustalono, że choć zwierzę jest spokojne, zagraża bezpieczeństwu ludzi. Leszek Jakubowski podjął decyzję o ściągnięciu na miejsce myśliwego, który zastrzeliłby odyńca. Pojawiły się jednak wątpliwości, czy odstrzał będzie zgodny z prawem? Na miejsce ze sztucerem przyjechał Ryszard Struś, myśliwy z wieloletnim doświadczeniem […]. Nie chciał jednak strzelać bez pisemnego upoważnienia […]. Osoby zabezpieczające miejsce akcji coraz bardziej były zdegustowane jej przebiegiem.[…] W końcu Leszek Jakubowski dał zezwolenie myśliwemu. O godz. 10.55 Ryszard Struś z kilku metrów strzelił do leżącego i spokojnego nadal dzika z dubeltówki. Mimo celnego strzału w łeb, dzik zdychał jeszcze około dziesięciu minut”.
Moi informatorzy z Tomaszowa powiedzieli mi, że wszystko odbyło się na oczach ludzi wychodzących z kościoła. Takie miłe, małe preludium przed Wigilią. Wesołych Świąt, panie Jakubowski. Ale miałem nie pluć jadem, więc już kończę. Wesołych Świąt.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...