|
Ten felieton powinien być utrzymany w tonie radosno-triumfalnym. No bo wreszcie coś w kato-Polsce pękło, a dokładnie kato-Polska pękła na Polskę i na kato. I ta Polska jakby trochę większa od tego kato, i coraz bardziej zła. Widzą to nawet nasi panowie kato, nasze katolickie Katony, moraliści od siedmiu boleści (najlepiej cudzych), specjaliści od zaglądania do sumienia i macicy. Kato-prezenterzy, kato-redaktorzy, kato-żurnaliści i kato-kaci znaleźli się, jak to mawiał Kisiel, na etapie szklanego nocnika: wreszcie widzą, co narobili.
Kato-bloger kato-Rzepy pisze tak o wojnie krzyżowej: „…jedynym bodaj efektem tej wojny jest stworzenie atmosfery, w której bezczeszczenie symboli religijnego stało się czymś nie budzącym już niemal zdziwienia - rzecz rok temu w Polsce nie do pomyślenia”. Ano dokładnie tak, panowie katolicy. Tak obsikaliście krzyż waszą magiczną wodą „święconą”, że teraz ludzie wymiotują na jego widok. I co, nagle zdaliście sobie sprawę z tego, że Jezus wam za to raczej nie podziękuje? Jeżeli sumienie naprawdę was zabolało, to czyńcie pokutę. Najlepiej w jakimś chrześcijańskim zborze.
Ja się nie dziwię, że drżą kato-serduszka. „Gazeta Wyborcza” domaga się zniesienia ustawy antyaborcyjnej. I winą za zerwanie kato-kompromisu obarcza kato-Kościół. „Polityka” nieustannie daje na okładkę zdjęcia nadętych purpuratów, infułatów, prałatów czy innych kato-katów, pisząc o potrzebie rozdziału, Reformacji (no proszę!), albo najlepiej - wymiany polskiego Kościoła katolickiego na jakiś inny, lepszy, może francuski albo amerykański (oj, ta wiara w inne, lepsze kato…). Sprawy to od lat aktualne, ale do tej pory tak zwane „odpowiedzialne media” przypominały o nich okazjonalnie, a teraz wrzeszczą co drugi numer. Co się stało, że Kościół nagle stał się tak ważny?
Stało się to, że Kościół nagle stał się nieważny. A dokładnie niepotrzebny. Była kiedyś taka płyta, bodajże Pudelsów: „Psychopop” i był kiedyś taki Bohdan Łazuka, który mawiał: „W młodości wpadł mi włos do roboty i odtąd się brzydzę”. A my na Krakowskim Przedmieściu mieliśmy Psychopap, psycho-papistowskie wybryki pod Pałacem. Polska je obejrzała i w tym momencie wpadł jej włos do kropielnicy. Wtedy nasi rządzący - oligarchowie, elita medialna oraz jedyny polityk decyzyjny, Donald Tusk - stwierdzili, że kato-Kościół już nie znaczy tego, co kiedyś, nie ma już takiego wpływu na wyborców. Więc po cholerę im kato-Kościół, po cholerę im jakikolwiek Kościół? Po co Kościół, kiedy jest TVN i bilbordy?
Pewnie nie bez znaczenia był też wynik wyborów prezydenckich. Mamy kraj paranoicznych, katolickich pojebów. I mamy ględzącego o spiskach kato-faceta, który co rano przy porannej toalecie namaszcza się krwią swojego brata bliźniaka, zmarłego w wyniku rzekomej konspiracji. Prezydent idealny, kandydat marzeń, Miss Polonia! Atmosfera masowego spektaklu wokół zainteresowanego, wielki żałobny reality show, wszystkie reflektory na Jarka, powszechne współczucie, i wreszcie - mega-poparcie ze strony kato-Kościoła, kato-Radia i kato-dostojników. Włącznie z wawelską trumienną intronizacją zastępczą, w której zwłoki biednego Lecha Kaczyńskiego - spektakl naprawdę średniowieczny - grały rolę sobowtóra-zastępcy dla koronowanego w ten sposób Jarosława… I nagle nasz Idealny Kato-Kaczo przegrywa z Gajowym.
To wszystko znaczy, że kato-bałwan (w sensie biblijnym i w sensie potocznym) jest słabiutki, stoi na glinianych nogach. Oczywiście, kato-babiloński Moloch kłamstwa i chciwości nie zawali się od razu. To potrwa jakieś dziesięć lat. Albo może siedem, bo teraz wszystko szybko idzie, przyśpieszenie cywilizacyjne. Powinienem się cieszyć. A jednak… A jednak jakie to wszystko jest nudne! Nudne, nudne, nudne!
Przynajmniej dla mnie. Bo ja to już wszystko widziałem albo o tym słyszałem, albo o tym czytałem - we Włoszech. We Włoszech aż do końca lat 60. było mniej więcej tak, jak u nas. Kato-Kościół jako jedna z najpotężniejszych mafii, łapczywie broniąca swojej władzy nad włoskim ludem, włoskim parlamentem i włoskim prawem. Złość wobec tej mafii narastała, ale masońscy demokraci laiccy starej daty już dogadali się z kato i umywali ręce. Niechęć do kato została więc pozostawiona komunistom i napiętnowana jako komunistyczna, posłana do kąta, który jest czerwonym kącikiem. Wiadomo było, że komuniści, choćby nie wiem jak euro, nie będą rządzić w kraju NATO, więc musi rządzić kato. I nagle - zaczęła się seria prowokacji. Rolę Palikota odgrywał w nich szef Partii Radykalnej, Marco Pannella. Żaden komunista ani masoński dziadunio, tylko młodzieńczy (wówczas) happener ultraliberalny. Okazało się, że niechęć do kato nie musi być czerwona. Okazało się, że nie musi być bezsilna. Okazało się, że może być cool. Kato zrobiło się coraz bardziej disprezzato, katolicyzm stał się obciachem dla klasy średniej, biskupi więc stracili kontrolę nad tą częścią społeczeństwa, która w kapitalistycznej demokracji jest kluczowa. I po dziesięciu-piętnastu latach aborcja stała się legalna, a po dwudziestu kato-chadecja nie tylko przestała rządzić, ale została zmiażdżona. Żeby znowu dorwać się do koryta, musiała błagać o pomoc kogo? Tych złych komunistów.
Ale w ostatecznym rozrachunku kto wygrał? Nie komuniści, neokomuniści, ani postkomuniści sprzymierzeni z postchadecją. Wygrał plastik czyli Berlusconi. A Marco Pannella okazał się wielkim przyjacielem Berlusconiego.
Pisałem kiedyś, że plastikowa-pseudomodernizacja nie musi oznaczać dekatolicyzacji Polski. Teraz widzę, że jednak musi. Nawet pod tym względem Polska nie okaże się oryginalna. Podążamy śladem bratniego katolickiego narodu włoskiego. U nas też zaczęła się plastikowa dekatolicyzacja. Krzyż z puszek po piwie, bilbordy napędzające sprzedaż drwiną z Zimnego Lecha - wszystko to jest odpowiednikiem plakatu Toscaniego reklamującego dżinsy Jesus (tyłek kobiety w dżinsowych szortach i hasło a la biblijne: „Kto mnie kocha, podąża za mną”). O tym plakacie pisał z gniewem Pasolini, komunista, ateista i homoseksualista, prawdziwy obrońca Krzyża.
Co nam niesie ten przypływ plastiku? Tusk pewnie się za jakiś czas skończy, bo ma krótką datę przydatności do medialnego spożycia. Dzidzia-piernik, próbująca nas zauroczyć wdziękiem coraz starszego wiecznego chłopca - ile można na to patrzeć? A kiedy ten pierniczek stanie się już zbyt twardy, wtedy przyjdzie Berluskoński. Nasz polski. Kim on będzie? Gdzie się kryje? Nie wiem.
Wtedy kato-Kościół będzie już tylko instytucją geriatryczną, trzęsącą się podwójnie - bo ze starości i nad swoim stanem posiadania. Nowe plastikowe bóstwa tak powiedzą biskupom: „Róbcie, co każemy i ani mru-mru. Nawet jeśli każemy prymasowi wystąpić w Go-Go Club Reality Show. Nawet jeśli każemy wam ogłosić, że koprofagia to najlepszy sposób na integrację pracowników z menedżmentem. Macie nas popierać bez zastrzeżeń. Resztki waszych wiernych mają głosować na nas i kupować nasze towary. Bo jak będziecie niegrzeczni, to przyjdzie lewica. I zabierze wam jedyną rzecz, która została nietknięta z waszego zdezelowanego imperium. Majątek”. I kato-Kościół, po raz kolejny w historii, sprzeda Jezusa za trzydzieści miliardów srebrników.
www.tomaszpiatek.pl Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...