|
Tak się składa, że miałem możliwość obejrzeć najnowszy film Nanniego Morettiego Habemus papam, reklamowany w Polsce poprzez nagłaśnianie roli Jerzego Stuhra jako „niezwykłej, wielkiej, rewelacyjnej“. Stuhr rzeczywiście jest jednym z najlepszych aktorów w Kosmosie i pociesznego rzecznika Watykanu zagrał doskonale. Stuhr jednak nie ratuje filmu.
Uwielbiałem Nanniego Morettiego dawno, zanim ktokolwiek słyszał o nim w Polsce (żadna w tym moja zasługa: mieszkałem wtedy we Włoszech). Pamiętam dobrze wspaniały film Ecce bombo i jeszcze lepszą Biankę (lub Białą, bo tak tłumaczono nazwę tego filmu na polski, ale dla mnie pozostanie on Bianką). Udana była nawet Msza skończona, w którym to filmie Moretti próbował wczuwać się w problemy katolików, ale robił to jeszcze w miarę wiarygodnie, bo wcielał się w postać biednego młodego księdza (czyli takiego, co do którego można jakoś tam uwierzyć, że on raczej ma problemy, niż je stwarza innym).
Jego następne filmy, będące zapisem strumienia świadomości neurotycznego włoskiego intelektualisty, przekonywały mnie nieco mniej. Nadal jednak można było w nich odnaleźć cudowną ironię autora i jego solidarność ze zwykłymi ludźmi przeciwko manipulacji (a nawet – przeciwko automanipulacji).
Co się stało z tą ironią, co się stało z tą solidarnością? Już pierwsze kadry Habemus papam zioną fałszem. Watykańskie konklawe, zgromadzenie kardynałów wybierające papieża, przedstawione jest jako spotkanie dusz łagodnych, a skromnych. Każdy kardynał modli się żarliwie, żeby to nie jego wybrano szefem. W końcu z tych wszystkich skromnych dusz zostaje wybrana dusza najskromniejsza: kardynał francuski (o ile dobrze zrozumiałem). Skromność nie pozwala mu na przyjęcie papieskiej godności: przerażony opuszcza Watykan i błąka się po Rzymie w pogoni za swoim starym marzeniem: zostać aktorem i grać Czechowa. Nie wiadomo tylko dlaczego zna na pamięć całego Czechowa po włosku, skoro jest Francuzem. W międzyczasie poczciwi kardynałowie urządzają w Watykanie mistrzostwa świata w siatkówce i cieszą się jak dzieci z każdego zdobytego punktu. Pozwalają nawet usiąść siostrom zakonnym w pierwszym rzędzie na trybunach, aby ich oklaskiwały. Każdy, kto zna choć trochę miejsce zakonnic w Watykanie, wie, że nawet mistrzostwa w siatkówce są tam bardziej prawdopodobne, niż zakonnice w pierwszym rzędzie czegokolwiek.
Nic dziwnego, że moja Hania powiedziała, iż jeden odcinek głupich Borgiów zawiera sto razy więcej prawdy o papiestwie niż cały film Morettiego. Nie ratuje go nawet doszukiwanie się w nim aluzji do kulisów ostatniego konklawe (podobno postępowy kardynał Martini miał większość, ale się załamał na myśl o niemożliwym do podjęcia wysiłku, jakim byłoby reformowanie tak zwanego Kościoła katolickiego). Habemus papam sprawia wrażenie dziełka reklamowego, zasponsorowanego przez papiestwo.
Szkoda. Bo Watykan to jest temat na zupełnie inny film. Najpotężniejsza międzynarodowa korporacja. Robiąca wodę z mózgu prawie miliardowi ludzi, włażąca tym ludziom do łóżka, strasząca ich wyssanymi z palca pseudogrzechami i przyzwalająca na grzechy prawdziwe. Zawiadująca gigantycznym bogactwem (mogłaby sobie spokojnie kupić sto Microsoftów) i pomnażająca je kosztem majątku publicznego albo biednych ludzi dających na tacę. Kręcąca kosmiczne afery finansowe (Istituto Opere Religiose, Banco Ambrosiano, polskich przykładów nie muszę chyba podawać). Budująca struktury finansowo-medialne z członków wewnątrzkatolickiej, fanatycznej sekty Opus Dei. I w tym wszystkim konklawe kardynałów. To jest temat dla odważnego reżysera. Dla Pasoliniego. Może nawet dla młodego Morettiego.
Ale Pasolini nie żyje, a Moretti się zestarzał. I zamiast drapieżnego ironisty jest dupa. Habemus dupam.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...