|
Wysoki Sądzie (Apelacyjny)! Uprzejmie proszę o zakazanie mojej ostatniej powieści pod tytułem Morderstwo w La Scali. Śpieszę donieść, że w książce tej znajdują się postaci, które w dużej mierze wzorowane są na osobach rzeczywiście istniejących i powszechnie znanych (przynajmniej w Europie Zachodniej). Każdy ze sporą dozą prawdopodobieństwa może w nich zidentyfikować słynną aktorkę Sophię Loren i jej męża, wielkiego producenta filmowego Carlo Pontiego. A także reżysera filmowego Michelangelo Antonioniego, jak również, do pewnego stopnia, jego żonę. Wszystkie te postaci zostały przedstawione w silnie krzywym zwierciadle, a ich negatywne cechy zostały w wielu wypadkach wyolbrzymione. Żadna z wyżej wymienionych osób nie zgłasza pretensji, ale zapewne tylko z tej przyczyny, że książka dopiero ma być przetłumaczona na włoski. A Carlo Ponti i Antonioni nie żyją. Ale czy zmarli nie mają prawa do obrony dobrego imienia (nawet, gdy pisarz im to imię zmienił)? Jeśli prawo do takiej obrony ma lokalna i przemijająca celebryteczka Weronika Rosati, to tym bardziej ma je nieśmiertelna Sophia Loren.
W imię logiki i konsekwencji proszę też o zakazanie poematu niejakiego Puszkina pod tytułem Eugeniusz Oniegin. Jak zgodnie twierdzą literaturoznawcy, pod postacią ciapowatego poety Leńskiego został opisany bohaterski poeta Kuchelbecker. Kuchelbecker też ma prawo do obrony dobrego imienia. Po co kolejne pokolenia studentów rusycystyki mają się dowiadywać, że Kuchelbecker był ciapą.
Idąc dalej, wnioskuję również o zakazanie wielotomowego cyklu powieściowego W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta. W powieści tej, w sposób wysoce niepochlebny, opisani zostali: francuski lew salonowy żydowskiego pochodzenia Charles Haas (jako Swann), esteta Robert de Montesquieu (jako baron de Charlus) i pisarz Anatol France (jako Bergotte). Montesquieu nie Montesquieu, im też się należy odrobina szacunku.
Kierując się tą samą zasadą, należy wyjąć spod prawa praktycznie całą twórczość Trumana Capote, co również Wysokiemu Sądowi poddaję pod rozwagę (proszę się nie śmiać, że używam tego ostatniego słowa).
Na koniec wnoszę także o zakazanie powieści Konrada Lewandowskiego Bo kombinerki były brutalne, w której występuje podły, agresywny i naćpany pisarz Czwartkowicz – nie wiem, o kogo chodzi, ale zdaje mi się, że skądś go znam.
Wszystkie te zakazy będą mieć błogosławiony skutek, bo zadziała tu prawo Giertycha. Ludziska znowu rzucą się na książki, jak tylko zaczniemy ich zakazywać.
Jak łatwo można się domyślić, chodzi mi o Nocnik Andrzeja Żuławskiego, zakazany wyrokiem Sądu Apelacyjnego, podobno po usilnych staraniach pana R., ojca panny W. Najwyraźniej w rodzinie R. niewydolność intelektualna jest dziedziczna i W. odziedziczyła ją po swoim rzekomo mądrym tatusiu. Przecież wymuszając na sądzie zakaz książki, pan R. zrobił Nocnikowi taką reklamę, o jakiej Żuławski mógł tylko marzyć. Cała sprawa już dawno rozeszła się po kościach, swoje zrobił czas razem z „Gazetą Wyborczą“, która stawała na rzęsach, żeby skandalem roku nie był Nocnik, tylko książka Artura Domosławskiego o Kapuścińskim. Aż tu jebut! Zakaz, cenzura, inkwizycja, indeks ksiąg zakazanych i nagle każdy chce zajrzeć do Nocnika.
Ale nie tylko dlatego oskarżam pana R. o niewydolność intelektualną. Największą niewydolnością intelektualną jest przypuszczenie, że taki zakaz w ogóle przejdzie. Literatura nie istnieje bez plotki, więc wyrok Sądu Apelacyjnego praktycznie zakazuje literatury. Narusza też zasadę wolności słowa. Byłoby o czym gadać, gdyby Żuławski nazywał rodzinę R. po imieniu – wtedy można byłoby mówić o ochronie ich imienia. Ale Żuławski tak nie robi. Nie ma więc żadnych powodów, dla których zasada wolności słowa miałaby w tym przypadku przestać działać. Wyrok Sądu Apelacyjnego jest więc bezprawny, niezgodny z Konstytucją RP i ustawodawstwem europejskim. Sąd Najwyższy będzie musiał go uchylić. A jeśli tego nie zrobi, zrobi to Strasburg. Sprawa będzie się nie tylko ciągnąć, ale także coraz bardziej cuchnąć, a zakończy się totalnym zwycięstwem Żuławskiego. Pan R. nie osiągnie więc swojego celu. Nie tylko zapewnił książce wieloletnią sądową kampanię reklamową, ale także nie uda mu się sprzątnąć Nocnika z legalnego rynku.
To tyle o niewydolności intelektualnej, zajmijmy się dla odmiany kimś mądrym. Cezary Michalski, mimo całej swojej mądrości, chyba najwyraźniej nie rozumie, że ja go lubię i przekomarzam się z nim z czystej sympatii. Dlatego w swoim felietonie reaguje na moje niewinne zaczepki w sposób, który terapeuci określają jako nadmiarowy. Michalski, jak rozumiem, ma background katolicki. W teologii katolickiej dopuszczalne są na przykład takie kwiatki: bierze się fragment z Ewangelii, w którym Jezus mówi: „Piotrze, jesteś silny, oprę na tobie naszą wspólnotę” i wmawia się ludziom, że to znaczy: „Kościołem po wiek wieków będą rządzić nieomylni papieże”. Michalski próbuje zrobić podobną sztuczkę z moim felietonem, żeby udowodnić, że ja lubię, kiedy skini biją kobiety i homoseksualistów. Gdyby był protestantem, to pewnie by wiedział, że tak nie wolno. No, ale rozumiem go, bo ja też czasem reaguję w sposób nadmiarowy. Nie, drogi Cezary, ja nie lubię, kiedy łysy bije. Lubię, kiedy ktoś ma zainteresowania polityczne i gotów jest walczyć o swoje poglądy. A że młodzi ludzie z klasy pracująco-bezrobotnej, którzy mają zainteresowania polityczne i pewną dozę odwagi, zostają prawicowymi skinami i próbują walczyć o poglądy kamieniami – to już uważam za tragiczne.
Cezary zarzuca mi też, że moje deklaracje o tym, iż chciałbym takiego inteligentnego skinheada pobić, związać i nawrócić, są jedynie deklaracjami, a więc są plastikowe. Drogi Cezary, podczas Europride szukałem okazji, żeby wcielić moje marzenia w czyn. Był przy mnie nawet jakiś manifestant z kajdankami (niestety plastikowymi), którymi mógłbym posłużyć się w potrzebie. Niestety, polska policja z prawdziwymi kajdankami okazała się szybsza. I bardzo pozytywnie nastawiona do gejów. Mniej do skinów, którzy dostali srogie lanie (trzy karetki do nich jechały). Raz tylko była okazja – moja Hania, która niosła tęczową flagę (ja niosłem zieloną) wyszła raz za kordon, żeby schować się w cieniu. Podążyłem za nią, aby bronić damy mego serca przed ewentualnymi zagrożeniami – ale zrobiłem to z minutowym opóźnieniem. I było to opóźnienie fatalne, haniebne… Kiedy dotarłem do niej, powiedziała mi: „Właśnie jakiś gnojek próbował mi wyrwać flagę”. „Który to?!” . „Spokojnie, sama go załatwiłam”.
No a z tym Gierkiem, drogi Cezary, to zupełnie przysłowiową kulą w przysłowiowy płot, nie mówiąc już o przysłowiowej motyce na przysłowiowe słońce czy też o przysłowiowym Sprite’cie i przysłowiowym pragnieniu.
Piszesz: „Mam tylko pytanie do Piątka w sprawie chyba mu bliższej, czy naprawdę woli twardych ideowców, jak za dawnych czasów, nie tylko wierzących, że ludzie uzależnieni od narkotyków to »degeneraci«, ale mających możliwość stanowienia prawa, wieszania za posiadanie, kamieniowania za ślad po zastrzyku, albo – jak za Gierka (a obawiam się, że w tej akurat dziedzinie dawne dobre czasy jeszcze nie minęły) – pakowania za kraty na kilka lat za kilka gramów?”. Na temat tragicznego zjawiska, jakim są ci „twardzi prawicowi ideowcy” już się wypowiedziałem, dodam tylko, że nie widziałem jeszcze tak twardych skinów, żeby nie ćpali (siłą rzeczy, skoro poznawałem ich głównie w ośrodku odwykowym). A co do Gierka, to za komuny mieliśmy najliberalniejsze prawo narkotykowe. Nie można było skazać ludzi za posiadanie narkotyków. Żeby udowodnić handel, trzeba było złapać handlarza na gorącym uczynku. Jedyne, co milicja mogła zrobić, to skonfiskować narkotyki, ewentualnie pobić narkomana, ale to już bezprawnie. Pewien terapeuta Monaru powiedział: „Gdyby za komuny było takie prawo jak teraz, to ja dzisiaj nie byłbym terapeutą, tylko wydziaranym kryminalistą” (załączam link na ten temat). Te dawne dobre czasy (dobre w kwestii prawa narkotykowego) jak najbardziej minęły. Zakaz posiadania zafundowała nam demokracja. Pamiętam, jak „demokratyczna” ustawa antynarkotywa wchodziła i jak podniecał się Stanisław Tym. Brzmiało to mniej więcej: „Ach, jakie to straszne… Ach, do niedawna ktoś mógł mieć przy sobie narkotyki… I mógł powiedzieć policji, że ma, bo lubi… A teraz będzie można za to karać… Och, jak wspaniale…”. Ciekawe, co wtedy wciągał? Zapewne coś legalnego.
Ale wróćmy do Cezarego. Drogi Cezary, ja Cię bardzo lubię i szanuję. Wnosisz w polską stęchłą breję cenne etyczne rozedrganie (etycznie rozedrgana stęchła breja – mniam!). Rozumiem, że w rozedrganiu trudno być precyzyjnym. Ale spróbuj. Jeśli Ci się uda, mój podziw dla Twojego intelektualnego mistrzostwa będzie jeszcze większy.
www.tomaszpiatek.pl
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki.
Na podobny temat
|
Tytuł naukowy nie czyni z nikogo auto...
Bugaj jest doktorem habilitowanym. ...