|
Proszę Państwa, od ostatniej soboty zamiast „pedofilia“ mówimy „wojtylia“. Punkt dla „Gazety Wyborczej“ za opublikowanie artykułu Artura Domosławskiego o jednej ze zbrodni Jana Pawła II. Moja znajoma napisała do mnie od razu: „Ciekawe, czy zaczną teraz mówić otwarcie o AIDS-holokauście, jaki Wojtyła zafundował Afryce?“.
Musiałem to odnotować, ale tak w ogóle, to chcę napisać o czymś innym, lżejszym. Lżejszym niczym sztanga.
Od paru lat chodzę na siłownię, zaliczyłem ich parę i zawsze było to bardzo pozytywne doświadczenie, przełamujące stereotypy. Ja wiem, że siłownia kojarzy się raczej ze stereotypami niż z ich przełamywaniem – ale to jest właśnie stereotyp. Siłownia jest jak wodopój w dżungli – święta przestrzeń, w której ustają wszelkie międzyosobnicze i międzygatunkowe wrogości, a polski macho pokazuje swoje prawdziwe, zaskakujące oblicze (zaskakujące, bo istoty ludzkiej). Siłownia to oaza spokoju, wyciszenia, medytacji, życzliwości, delikatności i grzeczności. Jest to jedyne miejsce, w którym Polak nie spogląda krzywo na Polaka, nie podśmiewa się z jego problemów ani nie próbuje go pouczać. Nikt tu z nikim nie rywalizuje ani nie walczy, bo nikt nie ma na to siły – każdy walczy sam ze sobą i wie, że musi w tę walkę zaangażować całą swoją moc. Każdy jest witany cichym „Cześć“: czy jest to chudy jak zapałka szesnastolatek, czy dziewczyna z nadwagą, czy pięćdziesięciolatek w stanie przedzawałowym. Każdego, kto chce coś ze sobą zrobić, otacza milczący szacunek. I nikt się nikomu specjalnie nie przygląda, żeby nie peszyć. Chyba że – jak to parę razy widziałem – jeden potworny mięśniak grzecznym szeptem zapyta drugiego: „Przepraszam, czy mogę popatrzeć, jak ćwiczysz?“. I na siłowni nie ma homofobii. Nie ma antygejowskich żarcików, bo mniej więcej co trzeci mężczyzna, który tam przychodzi, jest gejem. Nie wiadomo który, ale być może ten najsilniejszy, więc jest spokój. No po prostu świątynia.
A jednak, kiedy ostatnio byłem na siłowni, ten medytacyjny spokój został zakłócony. Radio, którego tam słuchamy podczas ćwiczeń, zwykle nadaje ulubione przeboje Cezarego Michalskiego. A tym razem zamiast Lady Gagi wystąpił ktoś, kogo możnaby nazwać Lordem Gugu. Jeden z liderów Polskiego Związku Piłki Nożnej, Jerzy E. Nie wiem, czy w sprawie tego pana nie toczy się jakieś postępowanie (należy przecież do organizacji przestępczej), więc będę posługiwał się wyłącznie pierwszą literą nazwiska.
Wywiad z E. brzmiał mniej więcej tak:
Dziennikarz: Panie E., ja rozumiem, że nasze kluby przegrywają na przykładem z Realem Madryt. Ja rozumiem, że przegrywają z klubami hiszpańskimi, włoskimi, angielskimi, niemieckimi. Ja rozumiem, że przegrywają z klubami czeskimi. Ale dlaczego przegrywają z klubami armeńskimi, azerskimi, nagorno-karabachskimi?
E: E, e, eee, panie redaktorze, bo my mamy w Polsce trudną sytuację, e, bo jak czasem uda nam się znaleźć takiego piłkarza, żeby chciał się nauczyć grać, e, to jak on się nauczy, od razu wyjeżdża do zagranicznego klubu, zmienia obywatelstwo, zapomina języka i mówi „Blady Poland“ po angielsku, e, więc musimy grać tymi, którzy grać nie umieją. A i tych właściwie nie mamy, e, bo kluby nie mają nowego narybku, e, młodzieżowego zaplecza. Kiedyś każdy klub musiał utrzymywać 12 zespołów młodzieżowych, e, potem w ramach racjonalizacji zmniejszono tę ilość do ośmiu, e, potem w ramach jeszcze większej racjonalizacji – do czterech, a potem przyszła racjonalizacja wręcz ogromna, i tak dalej. Ale, e, panie redaktorze, pan myli pojęcia, bo PZPN nie ma nic wspólnego z e.
Dziennikarz: Z czym?
E: E, no, z klubami. Kluby piłkarskie, jak sama nazwa wskazuje, nie mają nic wspólnego z Polskim Związkiem Piłki Nożnej i może nawet z piłką nożną. Kluby piłkarskie to prywatne firmy i jako takie są niezależne, niepodległe i oddzielone przepaścią od e, to znaczy od PZPN. Jedyne, co PZPN robi w kwestii klubów, to…
Dziennikarz: No co, no co?
E: Odczuwa niepokój, e.
Dziennikarz (nagle budzi się w nim świadomość polityczna): A nie marzy się panu taki porządek, w którym PZPN miałoby więcej do powiedzenia w kwestii klubów, chociażby w kwestii tych zespołów młodzieżowych, bo przyznam się, że zaskoczyło mnie, że w epoce „Orlików“ mamy takie zaniedbania…
E: E? Eee? Eeee, co? Że niby co, my mamy ingerować w sprawy klubów? Panie redaktorze, e, powtarzam panu, kluby piłkarskie to są spółki prywatne, a więc niezależne, niepodległe, suwerenne i oddzielone przepaścią, e, żadna instytucja ani organizacja nie może ingerować w ich sprawy, bo piłkarzom pousychałyby nogi, to jest naukowo udowodnione. I ja powiem panu więcej: za komuny, jak pan myśli, że było? Kluby też były prywatne, niepodległe i oddzielone przepaścią. Mniej lub bardziej nieformalnie, ale system był ten sam co teraz i kluby były niezależne we wszystkich swoich decyzjach, od transferów do „Fryzjerów“, e, to znaczy, chciałem powiedzieć, od transferów do trenerów. A poza tym teraz zachodzą bardzo pozytywne zmiany w klubach. Niech pan zobaczy nowy stadion Legii: podgrzewana murawa i podgrzewane siedzenia, szczególnie prezesów, wszystko na wysoki połysk, szczególnie prezesi.
Dziennikarz: No, ale to jest jak z polską kinematografią. Sala już jest klimatyzowana, Dolby System, projektor cyfrowy ostatniej generacji, wielki ekran, tylko na tym ekranie leci niewiarygodnie kiszkowaty film…
E: Eeee, panie redaktorze, spokojnie. Najważniejsze są nowe stadiony, bo one zarabiają pieniądze. No bo bilet na taki stadion musi kosztować trzy razy więcej. Za co jak za co, ale za podgrzewane siedzenie prezesa trzeba płacić. Teraz na mecze będzie chodzić tylko klasa średnia i ona będzie zostawiać na stadionie więcej kasy. I jak się tej kasy zbierze dużo, dużo, dużo, tak strasznie dużo, to będą wielkie bogate transfery, trenery i fryzjery i nagle pewnego dnia zaowocuje to wielkim futbolem, który jakoś tak sam z tego systemu wytryśnie…
I w tym momencie jeden z kolegów, dotąd cierpliwie podnoszący sztangę, cisnął ją na podłogę i ryknął: „Tego się nie da słuchać!“. Łup, łup, brzdęk, bum! Dziesięciu spoconych facetów nagle zaczęło walić hantlami, gryfami, metalowymi ciężarami w metalowe ciężary. „Dosyć! Dosyć! Znajdźcie Lady Gagę!“.
Nie jestem Lady Gagą, ale pozwolą Państwo, że na zakończenie tego felietonu pożegnam się z Państwem piosenką. Proszę się nie bać, niefutbolową i niesiłownianą. Z góry przepraszam za to, że nie będzie ona tak wyrafinowana treściowo i formalnie jak wiersz o „Inspektorze Wszechświata“ , ale piosenka raczej powinna mieć tekst w miarę prosty (Pierwsza Zasada Kasi Cerekwickiej: gdy tekst jest za dobry, nie słychać muzyki, a gdy muzyka jest za dobra, nie słychać tekstu, więc jedno i drugie powinno być maksymalnie gówniane).
Pod Pałacem Prezydenckim
Strażnik wybałusza gały
Tu dwie Polski się spotkały
Jedna wierzy w ideały
Ideały kocopały
Druga nie wierzy w nic
Hyc hyc hyc, kic kic kic
Polska nie wierzy w nic
Pod Pałacem Prezydenckim
Lew kamienny uchem strzyże
Jedna Polska drugą Polskę
Sztyletuje tępym krzyżem
Druga pierwszej wbija w serce
Głuche zimne puste nic
Hyc hyc hyc, kic kic kic
Polska nie wierzy w nic
Pod Pałacem Prezydenckim
Ktoś przeklina zdrajców Rusków
Ktoś przeklina zdrajców Tusków
Jedna Polska nie ma mózgu
Druga Polska nie ma serca
Kaczor wariat, Tusk morderca
Hop hop hop, siup siup siup
Polska to zimny trup
www.tomaszpiatek.pl
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...