|
Żyjemy w czasach, w których każdy walczy o kasę, każdy chce jej mieć jak najwięcej i nikt nie chce, żeby mu zabierano. Ja też codziennie walczę o kasę jak oszalały. Zaznałem słodyczy kapitalizmu.
Tak samo jak wcześniej zaznałem słodyczy komunizmu. Byłem wtedy dzieckiem, ale widziałem, co się dzieje. Wtedy nie walczyło się o pieniądze, bo pieniądze jakoś były. Walczyło się o dobra. Nie wystarczyło zapłacić za kiełbasę, trzeba było powalczyć w sklepie o dostęp do kiełbasy. Walczyło się o dobra i walczyło się z dobrami. Walczyło się z dobrami, które były dostępne, bo nimi się pogardzało, w imię marzeń o dobrach niedostępnych. Pamiętam, jak wtedy gardziłem kaszanką, którą dzisiaj całkiem lubię. Gardziłem nią, bo była. Była ciągle i byłem na nią skazany. Jeden z moich kolegów na znak protestu rozbijał wózkiem sklepowym piramidy z puszek groszku. Dzisiaj całkiem lubię groszek. Inny mój znajomy za całą swoją pierwszą pensję na znak protestu kupił sto czy tysiąc (już nie pamiętam) butelek keczupu „Krzepki Radek“, bo to akurat było w sklepach. Wydał swoje pieniądze na dobra dostępne i przez miesiąc musiał żywić się u rodziców. Posądzono go zresztą o spekulację.
Nie było dobrze. Ale dzisiaj też nie jest dobrze. Dlatego pomyślałem sobie, że teraz to ja dokonam aktu protestu. Zrobię coś wbrew. Odwrotnie niż to się zazwyczaj robi. Choćby tylko na papierze. Choćby tylko w internecie.
Zwracam się do polityków polskich. Zwracam się do rządu. Zwracam się do premiera Donalda Tuska, który pewnie jeszcze długo będzie premierem. Panowie, bierzcie moją kasę. Godzę się na to, żeby płacić dwa razy wyższe podatki. Na pewno sporo z tego rozkradniecie. Na pewno sporo z tego zmarnujecie. Ale wszystkiego nie rozkradniecie i nie zmarnujecie, nie jesteście w stanie, nawet wy. Coś z tego dostanie się państwu, coś z tego pójdzie na socjal, coś z tego pójdzie na infrastrukturę, coś z tego pójdzie na edukację, naukę, kulturę i sztukę. Coś z tego pójdzie na program ratowania czytelnictwa, więc może nawet coś z tego mi się, jako pisarzowi, zwróci.
A teraz na serio: tak, byłbym gotów płacić dwa razy wyższe podatki. Rząd musiałby mi tylko konkretnie powiedzieć, co dostanę za tę cenę. Jeśli za tę cenę dostanę rozbudowaną sieć szybkiego i taniego transportu kolejowego, przedszkole na każdym osiedlu, minimalny dochód gwarantowany dla każdego bezrobotnego, wykształcone społeczeństwo i generalny remont Łodzi – to ja tę cenę gotów jestem zapłacić.
Oczywiście to nie może się odbyć na zasadzie wyborczej obiecanki-cacanki. Że niby pan premier mi to wszystko obieca, zgarnie moją kasę i pójdzie do domu. Potrzebne są działania podobne do tych, które miały miejsce przy przygotowywaniu Paktu dla Kultury. Potrzebny jest Pakt w sprawie Podatków. Potrzebny jest sojusz ekonomistów, naukowców, publicystów i ludzi kultury, który przedstawi rządowi najważniejsze niezaspokojone w tej chwili potrzeby i który będzie monitorować poczynania rządu. Rząd, podpisując Pakt, będzie musiał zagwarantować społeczeństwu zaspokojenie tych ignorowanych dotąd potrzeb – w zamian za podwyższenie podatków. I będzie musiał też przyjąć do wiadomości, że jeśli nie będzie się wywiązywać ze swoich nowych zobowiązań, druga strona może ten Pakt zerwać i wezwać społeczeństwo do fiskalnego nieposłuszeństwa.
Jeżeli te warunki zostaną spełnione, to powtarzam: bierzcie moją kasę.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...