|
Władze Warszawy mają problem. Żeby to jeden – chciałoby się powiedzieć. Ale ten, o którym mowa, to problem szczególnie palący. Można się spalić ze wstydu.
Dokładnie rzecz biorąc, problem ma śródmiejski Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami. Otóż był sobie w Śródmieściu, przy ulicy Marszałkowskiej, bar mleczny. Dla przyczyn, których najstarsi milicjanci nie pamiętają, nazywał się Prasowy. Nie serwowano w nim prasy, na szczęście, tylko tanie obiady dla „niezamożnych”, jak to ładnie określa „Gazeta Wyborcza”. Myślę, że w moim życiu przeszedłem obok tego baru chyba z tysiąc razy.
Naokoło baru mlecznego, po jednej i po drugiej stronie Marszałkowskiej, są drogie restauracje i drogie sklepy. Jasne więc było, że jego obecności nie można tolerować. W takim miejscu powinny lśnić i błyszczeć wyłącznie byty reprezentacyjne. Bar Prasowy nie był bytem reprezentacyjnym. Samym swoim istnieniem zdradzał nietolerowalny horror: obecność „niezamożnych” w okolicy. A jeśli wgłębić się w samo filozoficzne sedno problemu, to sprzedawanie kopytek za trzy złote jest zapewne mniej rentowne niż sprzedawanie sushi za trzysta. Rentowność jest jedyną sensownością naszych czasów, w każdym razie jedyną dozwoloną. Od razu więc widać, że istnienie Baru Prasowego było bezsensowne. Bezsensowne jest karmienie potrzebujących i głodnych. Potrzebujący i głodni są bezsensowni, gdyż mniej rentowni.
Z tym skandalem trzeba było skończyć, prędzej czy później. Gdy osoba, która prowadziła bar, przeszła na emeryturę, miasto podjęło decyzję o zamknięciu baru. O dalszych losach lokalu ma zadecydować przetarg. W wyniku przetargu zostanie wyłoniony zwycięski pomysł na zagospodarowanie lokalu, zapewne najbardziej sensowny, a więc rentowny. Protesty okolicznych mieszkańców zlekceważono jako bezsensowne, z tej prostej przyczyny, że sami protestujący byli bezsensowni, bo nierentowni.
Niestety, doszło do zawstydzającego wydarzenia. Grupa osób, podobno młodych, a więc podwójnie podejrzanych, włamała się do zamkniętego baru i zaczęła w nim - ostentacyjnie bezsensownie i nierentownie - robić fasolę po bretońsku, jak również kaszę, placki i zupę. I nie tylko to wszystko ugotowali, ale jeszcze karmili tym przechodniów. Przyjechał do nich Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami i prosił, żeby przestali. A oni dalej karmili. Przyjechały trzy radiowozy policji i też prosiły o zaprzestanie. A oni dalej karmili i karmili. I jakoś wszystkim zaczęło się robić wstyd. Wstyd za miasto i za kraj, w którym żyjemy. Być może, jeśli prowadzi się jakąś bezsensowną działalność wystarczająco długo i uparcie, to staje się ona sensowna. W tym przypadku tak było: z każdym kolejnym plackiem karmienie ludzi okazywało się coraz bardziej sensowne, a coraz większym bezsensem okazywała się polityka miasta, coraz większym bezsensem okazywało się odbieranie ludziom tanich obiadów i proponowanie im w zamian kolejnego sushi-baru czy niby-włoskiej restauracji.
Bezsens, że tak powiem, nabrzmiał po stronie władz. I teraz władze muszą uporać się z tym problemem. Muszą wziąć się za bary z barem. Proponuję ogłosić, że mamy do czynienia z perfidną akcją niemieckich anarchistów i międzynarodowego lewactwa, które pod przykrywką smacznej i taniej kuchni rozsiewa zgubne idee. Na Bar Prasowy należy napuścić TVN i kiboli: już oni im wybiją z głowy fasolę po bretońsku. Samą fasolę należy również zlustrować: jej nazwa wskazuje na niepolskie pochodzenie, a kolor sosu jest podejrzanie czerwonawy. To samo z plackami: placek, jak sama nazwa wskazuje, to zdrobnienie od słowa plac, a ten plac to zapewne Plac Czerwony. Zamiast fasoli i placków będą bitki. Polskie-kibolskie.
A tak na serio: kilka lat temu w Paryżu odbyła się wystawa prezentująca polską kulturę. Pamiętam dobrze, bo sam brałem w niej udział jako jeden z eksponatów. Siedziałem na jakiejś sali pełnej ludzi i musiałem odpowiadać na pytania (niestety, bycie pisarzem w przestrzeni publicznej sprowadza się głównie do tego, czy to we Francji, czy w Polsce). Jednym z hitów wystawy było zainstalowanie polskiego baru mlecznego nad Sekwaną – razem z polskimi, baro-mlecznymi cenami. Widząc te ceny, Francuzi szaleli, dostawali jakiegoś amoku obżerania się. Nie mogli uwierzyć, że w Polsce można zjeść przyzwoity obiad za tak niską cenę.
Teraz, gdybyśmy mieli znowu urządzić taką wystawę, trzeba byłoby dołączyć do niej bar mleczny w stanie likwidacji. Z drzwiami zamkniętymi na kłódkę i z oknami zalepionymi gazetami. Byłby to eksponat mówiący o wielkich i wspaniałych zmianach, jakie zaszły w naszym kraju. W kraju, w którym odkryto, że ludzie głodni i potrzebujący są bezsensowni.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...