|
Jechaliśmy dzisiaj z Hanią przez miasto obok gadojazda. Albo gadochodu. Czyli takiego samochodu, który jedzie i gada przez mikrofon: „Drodzy Państwo, buty w Butowni są naprawdę butowe i mają bucio podeszwową cenę“. Hania powiedziała, że taki reklamowóz powinien nazywać się gronkojad, ponieważ obrazuje jadowitą złą wolę względnie niemoc władz Warszawy wobec samowoli reklamowej. Ale podobno coś się zmienia pod tym względem. W Bydgoszczy, oczywiście, nie w Warszawie, w Warszawie szaleje Gronkowiec Waleczny, ale w Bydgoszczy radni zamierzają wyeliminować z centrum całą reklamę zewnętrzną, oprócz ręcznie malowanych szyldów. Myśl zacna, aczkolwiek znając talenty plastyczne rodaków wyobraziłem sobie te szyldy i na minutę oślepłem z wrażenia. Ale nie będę znowu referował moich rozmów z Hanią, bo zauważyłem, że Szanownej Publiczności niespecjalnie podoba się forma felietonu dialogowego. Do tego stopnia, że nawet moje ostatnie epokowe odkrycie (że to Platforma, a nie oenerowsko-sanacyjni obrońcy krzyża, jest spadkobierczynią endecji) przeszło niezauważone. Chociaż może nie jest ono epokowe, może jest tak oczywiste, że aż przezroczyste.
Będę pisał o czym innym. Ostatni weekend spędziłem w klasztorze u katolickich zakonnic bezhabitowych (proszę to sobie wyobrazić: kilkadziesiąt zakonnic bez habitów i Tomasz Piątek). Orgie były głównie kulinarne, bo siostry karmiły dobrze. Co prawda, wszędzie ze ścian zwieszały się częstochowskie Aszery i papistowskie bóstwa, więc bałem się, czy nie podają mi podstępnie święconki (zgodnie z nowotestamentowym zakazem, nie jem mięsa poświęconego bałwanom). Jedyną książką, jaką miałem w pokoju, był traktat błogosławionego Suzona (Heinrich Seuse), który w czternastowiecznych Niemczech uprawiał coś jak zen skrzyżowany z MTV. W pewnym momencie błogosławiony Suzo pisze mniej więcej tak (cytuję z pamięci): „I ukazał mi się duchowy obraz, nieco zuchwały, choć pięknie przystrojony. Kim jesteś, pytam go. Nie jestem, odpowiada. Czego chcesz, pytam. Nie wiem sam, odpowiada. To niesłychane, mówię. To powiedz chociaż, jak się nazywasz? On na to: NAMLOS WILDE czyli Bezimienne Dzikie Coś“.
I nie mogło to Dzikie Coś nie skojarzyć mi się z Dzikim Kamieniem, czyli po polsku Wildsteinem. Jeżeli myślicie, że błogosławiony Suzo bredzi, to przeczytajcie sobie wywody Bronisława W. na temat polskiej lewicy i KP, opublikowane niebacznie przez „Kulturę Liberalną“. W porównaniu z Wildsteinem, błogosławiony Suzo jest rzeczowy jak konduktor. Miałem taki chytry plan, żeby skontaktować się z Cezarym Michalskim, bo Cezary ma chody u Lady Gagi. Chciałem, żeby ona po „Alejandro! Alejandro!“ nagrała kolejny przebój: „Bronislao! Bronislao!“, co na polski tłumaczyłoby się: „Oj, Bronku, Bronku”. Ale diaboliczny Cezary z Torunia (to żart, tak naprawdę w Toruniu diaboliczny jest ktoś inny) ubiegł mnie w pięknym stylu. W swoim felietonie cudownie – jak to się kiedyś mówiło – splantował Wildsteina (chociaż w tym wypadku właściwiej byłoby powiedzieć: spalantował).
Jestem jednym z nielicznych ludzi, którzy przeczytali powieść Wildsteina „Dolina Nicości“. Kupiło ją podobno 20 000 osób, ale jedna z nich to narkoman (ja), dwie inne to socjopaci (Ziemkiewicz i Gowin), a pozostałe 19 997 - analfabeci. „Dolina Nicości“ to fascynujący zapis masochistycznych fantazji seksualnych autora (jego alter-ego, redaktor „Wilczyński“ z obwisłym piwnym brzuchem, nagi i upokorzony przez młodą i sprawną kochankę, przez demonicznego Żakowskiego, przez supermena-Michnika, który odbiera mu pracę, honor i młodą laskę… A do tego rojenia na temat Kazimiery Szczuki, która tutaj nazywa się Bies i występuje jako sroga domina, znęcająca się nad Geremkiem, Sierakowskim i biskupem Życińskim… A do tego sceny, w których ubecy rozbierają do naga Żakowskiego i podziwiają jego genitalia…). Przeczytałem to wszystko dokładnie, uważnie i z szeroko otwartymi oczami. Mógłbym więc tutaj się porozwodzić nad tym, jak Jelonek Bambi poznaje świat, czyli jak Bronek W. postrzega lewicę. Ale nie zrobię tego. Po pierwsze, Cezary zrobił to, jak trzeba. Po drugie, lepiej nie zwracać za wiele uwagi na takie Dzikie Cosie, jak Pośpieszalski czy Wildstein. Ci panowie są tym, co po polsku nazywa się „wampir energetyczny“, a po angielsku jeszcze celniej: attention whore. Toto domaga się nieustannej uwagi, bo bez tego jest chore.
Dlatego zajmę się tutaj tylko jednym zdaniem z tekstu Bronka dla „Kultury Liberalnej“. To zdanie pokazuje nam, jaki Bronek ma kontakt z rzeczywistością i jakie ma pojęcie o logice. Wystarczy je poznać, żeby już nigdy więcej Bronkiem się nie zajmować.
Uwaga, oto słowa prawdy: „Dlaczego odwoływanie się do tradycji oraz uznania, że Polacy mają prawo do swojej tożsamości narodowej i tego, by podmiotowo funkcjonować w Europie, jest postrzegane jako populizm, a nawoływanie do małżeństw homoseksualnych już nie?“.
Populizm, jak każdemu Bronko-konserwatyście wiadomo, to głoszenie takich obietnic, jakich domaga się lud (nieodpowiedzialny, roszczeniowy, brutalny etc). Jeśli nawoływanie do małżeństwo homoseksualnych jest w Polsce populizmem, to Bronek budzi we mnie nadzieję, odsłania mi nowe, nieoczekiwanie sympatyczne oblicze polskiego ludu. Najwyraźniej polski lud domaga się małżeństw homoseksualnych: nieodpowiedzialnie, roszczeniowo i brutalnie. To właśnie w tym celu polski lud blokuje drogi i wysypuje zboże na kolei. A pewnie jakby co, to gotów jest złapać Bronka, rozebrać go do naga i podziwiać jego genitalia. Cała „Samoobrona“ jest zamaskowanym ruchem gejowskim, który szykuje się do wielkiego gwałcenia Bronka na stogu siana. W ostatnich słowach swojego eseju Bronek zarzuca lewicy, że nie rozumie polskiego ludu. Ja nie pytam, czy Bronek rozumie lud. Ja pytam, czy Bronek rozumie Bronka?
www.tomaszpiatek.pl
Felietony Tomasza Piatka publikujemy we wtorki i w piątki.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...