|
Panowie! I panie jak najbardziej też (przez okno widzę boisko szkolne i dziewczyny, które na nim grają rewelacyjnie w piłkę, za czasów mojego dzieciństwa rzecz prawie niemożliwa). No więc panie i panowie, trzeciego lipca w ćwierćfinale Mistrzostw Świata odbędzie się finał. Mecze, które nastąpią później, będą już raczej czystą formalnością. Bo trzeciego lipca Argentyna spotka się z Niemcami. My w Polsce o Argentynie nie wiemy nic. Kiedy rozmawiam z ludźmi o Argentynie, zawsze pytają: ale te, no te, tekturowe miasta nędzy w dżungli? Argentyna myli im się z Brazylią. Nie wiedzą, że na początku XX wieku Argentyna była najbogatszym krajem świata i przez następne 50 lat była w pierwszej siódemce - dopóki Amerykanie i ich ludzie nie zrujnowali argentyńskiej gospodarki poprzez naciski, bojkoty, pucze, wreszcie wymuszone reformy “liberalne”, czyli neoliberalne. Te reformy przeprowadzone zostały skrajnie NIE-liberalnymi metodami (przemoc, mord i tortury) przez bandycką juntę. Następujące później coraz to nowe “liberalne” szaleństwa doprowadziły w końcu do wielkiego argentyńskiego kryzysu z przełomu wieków. Wszyscy pamiętamy to z telewizji: tłumy oblegające banki, próbujące rozłupać ich budynki na miazgę zwykłymi młotkami…
Nic dziwnego, że Argentyna kojarzy nam się z biedą i niestabilnością. Tymczasem ten niezwykły naród, nazywany Skandynawami Ameryki Łacińskiej, znowu podniósł się z klęczek. Tłum, który widać na ulicach Buenos Aires, jest może trochę gorzej ubrany niż w centrum Warszawy, może jeździ trochę gorszymi samochodami i na gorszej benzynie. Natomiast żyje o wiele lepiej. Miałem tam wrażenie, że zamiast wydawać pieniądze na głupoty typu nowy samochód i nowe ciuchy, Argentyńczycy wydają na życie. Na dobre życie. Na mięso, wino, kino, tango i książki.
Wino mnie nie dotyczy, tango też nie, ale mięso mają najlepsze na świecie, a filmy też robią dobre. Jeśli chodzi o książki, to księgarni jest mnóstwo, są ogromne (jeden teatr rewiowy został przerobiony na megaksięgarnię) i księgarz wystawia na witrynie swoje ulubione książki. A nie te, które nakazuje mu wystawiać kontrakt marketingowy. Kiedy byłem w Buenos, trwała akurat Noc Muzeów. W Warszawie mówiono o sukcesie, bo muzea odwiedziło 20 tysięcy osób. W Buenos Aires pół miliona (proporcje: Warszawa z przyległościami to minimum 3 miliony mieszkańców, Buenos 12 milionów, czyli gdyby było proporcjonalnie, w Warszawie powinno być 62,5 tysięcy). Tej nocy zagrodzono ulice, wstrzymano ruch samochodowy. Pod każdym muzeum ustawiły się orkiestry grające tango. A ludzie – zaczęli tańczyć. Całe miasto tańczyło tango na ulicach.
Oczywiście, na tym pięknym obrazie są rysy. Taksówkarz pokazał nam niesamowity, spontanicznie stworzony przez ludzi pomnik ofiar rozstrzelanych przez neoliberałów. Był to obrys gigantycznego ludzkiego ciała na ziemi, wypełniony czymś w rodzaju kamieni nagrobnych. Taksówkarz nam to pokazał, a potem okradł nas haniebnie, wydając nam z resztą fałszywy banknot. Ale i tak podziwiam jego tupet: banknot był zrobiony ołówkiem.
No, ale to przynajmniej było zrozumiałe, jak każda nieuczciwość. Nie mogłem natomiast zrozumieć, dlaczego przy każdej wymianie pieniędzy w kantorze muszę okazywać paszport, dawać go do skopiowania, podpisywać oświadczenie i tak dalej. Było to w sumie mało uciążliwe, bo Argentyńczycy są przyjaźni, gościnni i szybcy, ale dziwnie wyglądało. Jeszcze dziwniej wyglądało, kiedy przeczytałem w argentyńskiej gazecie, że rząd chce ograniczyć i kontrolować elektroniczne przekazy pieniężne. A potem pani ambasador RP w Buenos Aires (której bardzo dziękuję za miłe przyjęcie) uświadomiła mi, że Argentyna swojego wspaniałego mięsa nie chce eksportować! Eksportuje pewną, ograniczoną kwotę do Europy, ale poza tym nie życzy sobie, aby argentyńskie mięso trafiało na światowy rynek. Dlaczego? Bo wtedy jego cena wzrośnie (zwiększy się popyt), a jakość spadnie (dostosuje się do nędznych światowych standardów). A dobre mięso dla każdego to rzecz w Argentynie tak święta, jak w Polsce zrobić powstanie i przegrać. Wtedy zacząłem coś rozumieć. Moja tłumaczka Barbara później wyjaśniła mi jeszcze, że tuż przed tym wielkim argentyńskim kryzysem było tak neoliberalnie, że aż wszystko w sklepach – ach, proszę sobie wyobrazić – było chińskie. “No i nic dziwnego, że to się wywróciło” – powiedziała patrząc na mnie znacząco. “Aha”, odpowiedziałem patrząc na nią zmieszany. “A teraz zrobiliśmy coś dokładnie odwrotnego niż cały świat – ona dodała - zrobiliśmy coś odwrotnego, niż zaleca Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ograniczamy nie tylko import, ale nawet eksport. I proszę, nagle ludzie, którzy nie mieli pracy, mają pracę. A produkty krajowe wcale nie okazały się zabójczo droższe od chińskich”.
Nie wiedziałem, co jej powiedzieć, bo brzmiało to dla mnie jak baśń o fioletowych orangutanach wydzielających płynną platynę przez specjalny gruczoł na czubku głowy. No bo czy można się – zdeglobalizować? Czy globalizacja jest procesem odwracalnym? I czy dobrze jest go odwracać? No bo przecież otwarty umysł, otwarty świat, granice precz, jeden świat, w którym wszystko się wymiesza i wyrówna…
Tym bardziej przecież, że światowe i polskie autorytety opisują nam Argentynę zupełnie inaczej. Odkąd Argentyna się zdeglobalizowała Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostrzega przed inwestycjami w tym kraju, uznając go za najbardziej narażony na kryzys. Ciekawe, że takie ostrzeżenia pojawiają się po tym, jak Argentyna się zdeglobalizowała i uniezależniła od szalonych światowych giełd kryzysotwórczych. I ciekawe, że nikt w światłym neoliberalnym MFW nie wspomina o tym, że to światłe neoliberalne wskazówki (i światłe neoliberalne tortury) zniszczyły dobrobyt Argentyny. Ale jeśli czytać Macieja Stasińskiego z “GW”, to głównym nieszczęściem Ameryki Łacińskiej są lewicowi partyzanci i populiści uprawiający nieodpowiedzialne rozdawnictwo wbrew światłym neoliberalnym wskazówkom MFW. A nawet człowiek tak obyty w świecie jak Cezary Michalski nazywa dyktatorem Juana Domingo Perona. Człowieka, który został dwukrotnie demokratycznie wybrany na prezydenta (dzięki swojej pro-związkowej polityce). A obalony został przez zamach stanu i niedemokratyczną juntę, która wprowadziła antyzwiązkowy tortur-liberalizm i była powszechnie znienawidzona.
No i komu tu wierzyć? Panowie ekonomiści i publicyści są tacy mądrzy, tacy liberalnie autorytarni, przepraszam, chciałem powiedzieć, autorytatywni… Jeśli przeczytają ten felieton, to odsądzą mnie od czci i wiary. Albo zasypią wspaniałymi “zdroworozsądkowymi” argumentami, z których będzie wynikać, że kryzys wywołał nie neoliberalizm, tylko niedostateczna ilość neoliberalizmu. Ale ja chyba jednak wierzę Barbarze, która jest Argentynką.
Niedawno dostałem od niej takie maile. Pierwszy:
pare lat temu przypatrywalam sie polsce i myslalam ze idziecie naszymi sladami opóznieni o dwa lata. tzn., wiedzialam co u was bedzie dwa lata pózniej, bo to juz bylo u nas. obecnie, to nie jest tak proste, ale tez bolesne, szczególnie, bo nie rozumiem dlaczego tak strasznie -i jedynie- stawiacie na liberalizm.
w europie kryzys, ok, ale nie ma zadnego „swiezego” glosu, nikt nie mówi ze jest jakies inne wyjscie, ze mozna jakos inaczej… biedna europa!, patrzcie na nas!, bo jesli my moglismy i kryzys nas nawet nie musnal, no to chyba mozna wyjsc jakojs inaczej, a nie koniecznie „a la obama”.
argentyna, i nie tylko, postawila na wlasne sily, i wyszlo na dobre!, rosniemy jak na drozdzach, nieustannie poprawiaja sie wskazniki produkcyjne, coraz mniej biedy, coraz bardziej wyrównuje sie sharing… no to mozna, prawda?zycze wam z calego serca zeby polska nareszcie znalazla siebie, nie patrzac w jakies lusterka amerykanskie, niemieckie, ani nawet argentynskie!
Drugi:
a co do mistrzostwa, z jednej strony dobrze by bylo zeby wygrala argentyna, bo to byloby korzystne dla rzadu (podnosi samopoczucie spoleczne), a ja jestem pro-cristina; ale z drugiej strony, osobiscie nie cierpie nadetego maradony, a gdyby argentyna byla mistrzem, no to juz bedzie nie do wytrzymania!
No cóż, Maradona rzeczywiście jest zarazem narodową dumą i wstydem Argentyny. Obiecał, że jeśli Argentyna wygra w mistrzostwach, on obiegnie nago Obelisk. Obelisk to wielka biała kamienna iglica, wznosząca się w centrum Buenos Aires. Jest to święte miejsce, w którym po raz pierwszy podniesiono biało-niebiesko-słoneczną flagę argentyńską. Ale myślę, że Obelisk wytrzyma widok nagiego Maradony. W końcu wiele już widział. W Światowy Dzień Walki z AIDS Argentyńczycy nakładają na Obelisk ogromną prezerwatywę (wyobraźmy sobie coś takiego w światłej neoliberalnej Polsce).
Ja kibicuję Argentynie. Pod każdym względem, nie tylko piłkarskim. I myślę, że moglibyśmy rozważyć jej doświadczenie. Nie my Polska (bo nie chcę, żebyśmy się oddzielili od Europy), ale my Europa (bo otwierając rynek na chińskie produkty, wspieramy niewolnictwo w Chinach i bezrobocie/niskie płace w Europie).
Naprzód Albicelestes!
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki. www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
..się tak w szpitalach traktuje. Choć...
Ależ, co się będą lekarze pacjentami ...