Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Wielkie złudzenie lat 90. Drukuj
Tomasz Piątek   
23.09.2009
W Krakowie trwa Kongres Kultury. Mają  tam miejsce różne dziwne perturbacje, takie jak wystąpienie Leszka Balcerowicza (bo to tak, jakby na kongres homoseksualistów zaprosić  z odczytem Cejrowskiego). Ale mimo wszystko przekaz, jaki idzie z Krakowa, jest prawie całkiem jednoznaczny: kultury trzeba bronić przed rynkiem. Nie napiszę przed „wolnym rynkiem”, bo w naszych czasach rynek nie jest wolny (być może, wolnego rynku też trzeba bronić przed rynkiem - ale to temat na większy tekst).

Mnie zaciekawiło najbardziej wystąpienie wybitnego pisarza science-fiction, Jacka Dukaja. Uczestnicy Kongresu raczej skłaniali się ku tezie, że kultura masowa zagraża kulturze. I tu zacytuję Gazetę Wyborczą, bo tak będzie krócej: „Inne stanowisko zajął Jacek Dukaj, pisarz science fiction, autor m.in. opowiadania „Katedra”, na podstawie którego Tomasz Bagiński nakręcił swój nominowany do Oscara film. Jego zdaniem granice pomiędzy kulturą masową i wysoką zacierają się. - Każda kultura wysoka jest potencjalnie masowa. Nikt nie zna dnia ani godziny, nawet najbardziej zaangażowany i awangardowy artysta może nagle odnieść komercyjny sukces. Według Dukaja kultury popularnej nie powinno się lekceważyć, ponieważ we współczesnym świecie jest ona instrumentem szerokiego oddziaływania na ludzi (…) Kultura masowa definiuje społeczeństwo, podsuwa wzory życia, które można realizować dzięki nowym technologiom. To jest siła.”

Dukaj, tak samo zresztą jak ja, jest dzieckiem lat 90. Lata dziewięćdziesiąte - to wiara w nowe rynki (także nowe rynki pracy), tworzone przez nowe technologie. To wiara w swobodny rozwój popkultury, która szukając rzeczy jaskrawych i uderzających, siłą rzeczy produkuje co jakiś czas dzieła oryginalne i wybitne. Wiara w to, że rynek służy wolności, kulturze i duchowi.

W całym dwudziestym wieku były trzy takie dekady. Lata 20., lata 60. i lata 90. Za każdym razem tego rodzaju eksplozja ekonomiczno-kulturalna wiązała się z trzema czynnikami. Po pierwsze: pojawienie się nowych, bardziej intensywnych technologii i metod komunikacji, zarówno informacyjnej, jak i artystycznej. Po drugie: emancypacja społeczna, ekonomiczna i obyczajowa dużych grup ludności, które okazywały się nowym, chłonnym rynkiem. Po trzecie, wynikający z tego wszystkiego zamęt.  

W latach 20. był to film i radio z jednej strony, z drugiej pojawienie się wyemancypowanych, zarabiających na siebie młodych kobiet. W latach 60. to była telewizja, rock and roll, radia niezależne i magnetofon kasetowy z jednej strony, a z drugiej - wyemancypowana, a w każdym razie zbuntowana młodzież. W latach 90. to była komunikacja video, rozkwit teledysku i reklamy kreatywnej, upowszechnienie internetu z jednej strony, a z drugiej - wyemancypowani (często powierzchownie) miejscy geje, których styl życia został przejęty przez szerszą grupę heteryków (single, clubbersi, zmieniający często partnerów/partnerki, wyemancypowani od małżeństwa i rodziny).  

Tak, w latach 90. można było uwierzyć  w kulturę masową. MTV, które we wczesnych latach 80. powstało jako projekt niszowy, marginalny, (poza ówczesnym głównym nurtem popkultury muzycznej czyli „rockiem stadionowym”), w latach 90. było już potęgą komercyjną - ale od swoich starych zasad odchodziło powoli. Przez bardzo długi czas w ramówce nie było żadnych specjalnych, oddzielonych od siebie programów. Nadawano tylko ciągiem teledyski, mieszając ze sobą bardzo różnych wykonawców. W ten sposób każdy widz wiedział, że coś dla siebie znajdzie - a równocześnie miał szansę zetknąć się z czymś kompletnie dla siebie egzotycznym, przeżyć mały, rozwijający wstrząs. Teledyski bardzo często były dziełami sztuki. Dzisiaj takie teledyski też powstają, ale dziesięć, a może nawet sto razy rzadziej - bo dzisiaj teledysk polega na tym, że pokazuje się gołą dupę i złote cycki. W latach 90. było inaczej. W latach 90’ twórcy teledysków inspirowali się artystycznymi instalacjami wideo, wizualnymi prowokacjami - a rolę brakującego ogniwa i niezbędnego kanału pomiędzy kulturą a kulturą masową odegrała tu nieodżałowana grupa EBN, która wymyśliła tzw. video-scratching: załączam link do ich video „Electronic Behavior Control System”.

W latach 90. robiono też najlepsze, najbardziej zabawne i zaskakujące reklamy. Celowali w tym Anglicy, a jeszcze bardziej Skandynawowie. Pamiętam, jak w agencjach reklamowych różni dyrektorzy kreatywni powtarzali mnie i moim kolegom tę samą litanię: „Na razie musimy robić syf, ale w miarę, jak odbiorca będzie oglądać coraz więcej reklam, będzie się nimi coraz bardziej nudził, więc stanie się coraz bardziej wymagający i w pewnym momencie będzie chciał bardziej wyrafinowanych, zaskakujących reklam i będziemy mogli robić tak, jak w Skandynawii”.

Niestety, lata mijały, a teledyski robiły się coraz gorsze i - jeśli pominąć bardzo nieliczne wyjątki - reklamy też. Aż pewnego dnia wziąłem do ręki pewną książkę napisaną przez neoliberałów, w której autorzy ze zgrozą stwierdzali, że w socjalistycznej Szwecji reklama w telewizji pojawiła się na dobre dopiero w latach 90’! To był dla mnie moment olśnienia: zrozumiałem, że wierzyliśmy w mechanizm, którego nie ma. Od oglądania reklam nikt się nie rafinuje. Jeśli wchodzisz z reklamą w społeczeństwo, które jest jej niechętne i do tego wykształcone (najwięcej książek czyta się w Szwecji), to na początku musisz się spinać. Musisz pokazać, że reklama jest czymś fajnym, inteligentnym, zaskakującym, błyskotliwym - że jest małym dziełem sztuki.  

I jeśli działa tu jakiś mechanizm, to odwrotny: w miarę jak publika przyzwyczaja się, że reklama w ogóle jest - to reklama może coraz bardziej być sobą. Może być coraz bardziej chamska i tępa. W Polsce tego nie było widać, bo u nas od samego początku reklamodawca nie musiał się spinać. Społeczeństwo było mało wyrafinowane i bardzo spragnione komerchy.

Dlaczego więc czasem można odnieść złudzenie, że rynek sprzyja wyrafinowaniu? Skąd lata 20. - kiedy awangardowi poeci zachwycali się komikami niemego kina? Skąd lata 60. - kiedy, jak to pisał Umberto Eco, każda piosenka Beatlesów była dziełem sztuki i równocześnie przebojem rynkowym? Skąd lata 90.? Czy coś takiego może się jeszcze powtórzyć? Czy rynek może znowu zacząć sprzyjać kulturze?

Przypominam to, co napisałem wyżej - takie dekady się zdarzają, gdy mamy do czynienia z trzema czynnikami: nowe techniki komunikacji, emancypacja rynkowa dużych grup ludności, wynikający z tego zamęt. O ile te dwa pierwsze czynniki mogą się powtórzyć, ten trzeci już raczej nie.

Pamiętam, jak pewien boss brytyjskiego przemysłu płytowego mówił o latach 60. mniej więcej tak: „Nie mieliśmy pojęcia, o co chodzi w tym przemyśle rockowym, big-beatowym i tak dalej. Nie znaliśmy tego rynku, wiedzieliśmy tylko, że jest, że się nagle pojawił. Więc publikowaliśmy jak leci, nawet najdziwniejsze rzeczy. Jedne szły lepiej, inne gorzej, ale jako całość szło to wszystko całkiem porządnie”.  

No właśnie. Gdy globalny układ finansowo-przemysłowo-medialny jest zdezorientowany, to dopuszcza, czasem nawet może wspiera pewną spontaniczność i różnorodność. Chociażby gwoli rozpoznania terenu. Ale w naszych czasach globalny układ finansowo-przemysłowo-medialny nie jest zdezorientowany i prawdopodobnie już nie będzie.  

W tej chwili układ finansowo-przemysłowo-medialny posiada narzędzia marketingowe, narzędzia kontroli i kształtowania rynku, które dają mu pełną władzę nad kulturą. Układ dokładnie określa wszystkie grupy docelowe i nisze, dla których warto produkować (muszą być odpowiednio liczne). Dla każdej z tych grup tworzy się statystyczny - a więc uproszczony, schematyczny profil. A potem komunikuje się do tego profilu, a nie do żywych ludzi.  

W rezultacie każdy otrzymuje coś, co niby powinno być dla niego interesujące, ale tak naprawdę  jest plastikowe i sztuczne. To jednak nie problem - bombardując człowieka takim sztucznym przekazem i reklamując mu go, doprowadza się do tego, że nawet najbardziej wrażliwe jednostki w każdej grupie upodobniają się do statystycznego profilu. I to, co sztuczne, przestaje im stawać w gardle.

Tego rodzaju technika produkowania kultury ma wielkie zalety dla producenta: strzelając w przeciętność, zawsze trafi się najwięcej osób (przeciętnych jest zawsze najwięcej, a w miarę bombardowania przeciętnym przekazem - jest ich coraz więcej). I nie trzeba korzystać ze spontanicznych twórców, idoli, gwiazd, którzy są nieobliczalni - korzysta się tylko z technicznych procedur i z plastikowych celebrytów, których samemu się produkuje, a potem mieli na miazgę po roku czy dwóch.  

Robi się więc masowo plastikową  przeciętną wulgarność, a w bardziej „wyrafinowanych” społeczeństwach, dla bardziej „wyrafinowanych” nisz - także plastikową przeciętną pretensjonalność. Która to pretensjonalność z każdym rokiem upodabnia się coraz bardziej do wulgarności. Jak to przeciętność do przeciętności.

W tej sytuacji producenta kultury masowej już nic nie zaskoczy. To raczej on sam sobie planuje, jak chce sam siebie „zaskoczyć”. To, niestety, zaczęło się na dobre właśnie w latach 90. To w latach 90. już nie zbuntowani artyści, już nie szaleni impresariowie w rodzaju Malcolma McLarena, ale regularne korporacje zaczęły tworzyć sztuczne subkultury dla swoich potrzeb. Na przykład pewien wielki koncern informatyczny wymyślił sobie „zipisów” - elektronicznych techno-hipisów bytujących w infosferze (idealnych nabywców hardware’u i software’u). Ciekawe, że właśnie jakoś wtedy słynny duet happy-hardcore’owy, Greater Than One, wypuścił kawałek: „I Wanna Be A Hippy”, przybierając na tę okazję nazwę Technohead…

A gdy lata 90. się skończyły, koncerny wymyśliły sobie nagle „Generację 21”. Muzykę 21 wieku, graną przez 21-latków dla 21-latków.  

Niestety, z takich rzeczy zwykle nic ciekawego nie wynika. Zipisi nie zaistnieli, a muzyka 21 wieku okazała się banalnym, mocno sentymentalnym, nieco podsłodzonym rockiem gitarowym, który w sumie znamy aż za dobrze od kilkudziesięciu lat. Koncerny ryzykują tylko wtedy, kiedy muszą. A kiedy nie muszą, to działają według znanych zasad minimalizacji ryzyka: sprzedajmy ludziom to, co lubią, co już znają, co łatwo zareklamować, bo wszyscy wiedzą o co chodzi. Sprzedajmy ludziom dokładnie to, co już raz im sprzedaliśmy - tylko w jeszcze bardziej banalnej formie, bo wtedy sprzeda się jeszcze lepiej.

Potrzeba byłoby jakichś katastrofalnych, trudnych do wyobrażenia wstrząsów, żeby rynek znowu zaczął być przyjazny kulturze, żeby marketerzy przestali zbierać i wykorzystywać informacje. Potrzeba byłoby wstrząsów - albo bardzo konsekwentnej polityki, walczącej z marketingową kastracją umysłów. Tyle, że to pewnie wiązałoby się z ograniczeniem reklamy, z powstrzymywaniem konsumpcji, ze zmianą zasad i celów funkcjonowania przemysłu na Ziemi - a to znowu temat na o wiele większy tekst.

www.tomaszpiatek.pl
Komentarze
Dodaj nowy
kot   |26.09.2009 04:11:21
Kapitalizm wart tyle- ile generuje konkurencji. Dziwiło mnie nie raz
dlaczego w polskiej transformacji mówiono i mówi się o prywatyzacji ale nie o
konkurencji, a to naprawdę nie musi być tym samym. W rezultacie znaleźliśmy
się w uścisku różnorakich monopoli i ich ideologii. Jak się rzeczy maja na polu
kultury objaśnia Piątek.
Kapitalizmowi najbardziej zagraża kapitalizm
starając się wszystko i wszystkich uśrednić.
Jest to działanie idące w
dokładnie odwrotnym kierunku niż ten, który daje mu siłę i legitymizacje.

Ostatni kryzys pokazuje, że kapitalizm nie prowadzony za rączkę może zrobić
sobie krzywdę.
Kapitalizm najbardziej potrzebuje państwa opiekuńczego.
maciej  - Rozpad   |27.09.2009 03:13:04
Myśląc o latach 90. przypomina mi się scena z filmu "Zabriskie Point"
reżyseria Michelangelo Antonioni z utworem "Careful With That Axe,
Eugene"Pink Floyd , kiedy po wybuchu budynku, w powietrzu latają fragmenty
budynku, ubrań, mebli.
Thome  - Cekawe tezy.   |28.09.2009 05:07:19
"Kapitalizm wart tyle- ile generuje konkurencji."

Więcej - cechą
konstytutywną kapitalizmu (jako synonimu wolnego rynku) jest
konkurencja.

"Dziwiło (…) dlaczego w polskiej transformacji mówiono i
mówi się o prywatyzacji, ale nie o konkurencji, a to naprawdę nie musi być tym
samym. W rezultacie znaleźliśmy się w uścisku różnorakich monopoli i ich
ideologii."

Doskonała diagnoza. Ale nie wszystkich to dziwiło. Bo
np. "oszołomów", którzy pisali i mówili, że należy pozbywać się
administrcyjnych barier to w ogóle nie dziwiło. Za to dziwiło (na pokaz)
prezesów nomenklaturowych spółek (tzw. "rodzinne klejnoty", których nie
wolno sprzedawać) oraz całe rzesze pożytecznych idiotów, którzy nie widzieli
związku pomiędzy kolejnymi koncesjami a liczbą działających podmiotów (casus
"cywilizowania kapitalizmu).

"Ostatni kryzys pokazuje, że
kapitalizm nie prowadzony za rączkę może zrobić sobie krzywdę."

Toż
on właśnie za rączkę był prowadzony(trzymającymi drabami były "FED-y i
SEC-i" rozmaite, dość ścisłe i absurdalne regulacje obowiązywały od lat).
Ciągle jest…z wiadomym/widocznym skutkiem.

"Kapitalizm najbardziej
potrzebuje państwa opiekuńczego."

Ciekawa teza. Do czego?
kot   |28.09.2009 11:02:25
Pominąłeś to, że ,,kapitalizmowi najbardziej zagraża kapitalizm,,.
Już Smith
zauważył, że kapitalizm prowadzi do zmowy monopolistycznej,
własność prywatna w
braku konkurencji tak samo jest sprzeczna z kapitalizmem jak jej brak.
(mówiłeś o cesze konstytutywnej.) Konkurencja słabnie, wtedy kapitalizm
przestaje być tym czym być powinien. Lecz przyczyny monopolizowania całych
fragmentów rynku i zamierania konkurencji nie wynikają z błędów popełnionych w
czasie transformacji. Bo jest to trwała tendencja kapitalizmu: zawsze i
wszędzie. Kto ma tej tendencji przeciwdziałać rynek ? Ależ to on ją wywołuje. A
zatem kto, jak myślisz? Urząd antymonopolowy w Stanach Zjednoczonych nie działa
na niby, lecz w oparciu o zasadę ,,nie ma zlituj,,. Tymczasem u nas
infrastruktura telekomunikacyjna , a teraz energetyka, być może szpitale i
telewizja idą w ręce prywatnego monopolisty.
Mówisz, że obecny kryzys światowy
wywołały instytucje państwowe ingerujące w działanie rynku. Czyżbyś nie słyszał
o nieuchronnym cyklu kryzysów a kapitalizmie. Zauważ, że nigdy w historii świata
kapitalistycznego Zachodu nie było tak długiego okresu bezkryzysowego. Czy
wiesz co ile lat wybuchały kryzysy dawniej? W okresie tych siedemdziesięciu
bezkryzysowych lat państwo korzystało ze swoich prerogatyw ingerencyjnych,
dawniej tego nie robiło. Załóżmy jednak, że tym razem, gdyby nie FED i SEC
kryzysu by nie było w tym czasie, czy to znaczy, że ekonomię która nie
dopuszcza ingerencji państwa w rynek i mówi o cyklach należałoby wrzucić do
kosza. (Udowodniłem sprzeczność takiego rozumowania.)
Natomiast gdyby nadzór
finansowy w odpowiednim czasie zareagował na nienormalną sytuacje, w której
wzrost w gospodarce realnej został wielokrotnie przekroczony w jej notowaniach
na giełdzie to możesz mi wierzyć, że do tego kryzysu by nie doszło, bo nie
byłoby powodu.
step  - Czy Fed jest instytucją państwową???   |28.09.2009 12:02:56
Fed nie jest instytucją państwową ani publiczną, nie realizuje też interesu
publicznego. Cieszy się przywilejami instytucji publicznej, ale instytucje
demokratyczne nie mają nad nią żadnej realnej kontroli. Jest to prywatna,
praktycznie pozaprawna, z punktu widzenia konstytucyjnego nielegalna agencja,
której Kongres powierzył władzę nad pieniądzem podczas pół-potajemnego,
przeprowadzonego chyłkiem głosowania, podczas którego prawie nikogo nie było na
sali (poza tymi wtajemniczonymi kongresmenami, którzy wiedzieli, że trzeba być).
Jest to jedna z najśmieszniejszych rzeczy w historii i ustroju Stanów i nic
dziwnego, że dała pożywkę tysiącom teorii spiskowych (praktyki szwindlowe rodzą
teorie spiskowe)
step  - Korekta   |28.09.2009 13:13:38
A dokładnie nie kongresmeni, tylko senatorzy - głosowanie odbyło się w wieczór
wigilijny o godzinie 23.45 - kiedy wszyscy przeciwni FED senatorzy jedli indyka
(a jeśli katolicy, to rybę) z rodziną
Thome  - Czym jest FED.   |28.09.2009 16:30:53
"Fed nie jest instytucją państwową ani publiczną, nie realizuje też interesu
publicznego."

Błąd. FED formalnie jest instytucją publiczną,
realizującą zadania publiczne. Oczywiście, formalnoprawnie, NIE MA postaci banku
centralnego w europejskim sensie, jednak faktycznie taką misję realizuje (także
poprzez zapisane zadania - nawet gorzej, bo ma obowiązek "dbania o wzrost
gopsodarczy").

"Cieszy się przywilejami instytucji publicznej, ale
instytucje demokratyczne nie mają nad nią żadnej realnej kontroli."


Złośliwie powiem - piszesz jak mityczny "pisowiec";) Umocowanie
konstytucyjne np. NBP również przeżywało ostatnio, że tak powiem,….kryzys.
Przyjmuje się jednak pełną autonomiczność "drukarzy" od władz
ustawodawczej czy wykonawczej (tyle dobrego).

Co do genezy - tylko potwierdza
pogląd o niekonstytucyjności socjalizmu monetarnego w USA.
step  - Przepraszam za arogancję   |28.09.2009 16:57:15
Przepraszam, może to arogancko zabrzmi, ale nie mam o tej godzinie już siły
argumentować. Powiem tak: nawet Amerykanie przyznają już, że Fed jest instytucją
prywatną obdarzoną absurdalnymi przywilejami. Wejdź sobie na dowolne strony
internetowe poświęcone Fed, a znajdziesz całą masę dziwnych rzeczy. Jak
przeczytasz na ten temat ponad 200 000 znaków, to wtedy pogadamy. Bo na razie od
tego, że mi powiesz: "Błąd" i coś tam "autorytatywnie
stwierdzisz", rzeczywistość się nie zmieni, nawet ta
wirtualna.

Oczywiście, istnienie Fed można krytykować z pozycji czysto
liberalnych - że to zaburzenie wolnego rynku. Problem w tym, że wolny rynek
prowadzi do zaburzeń wolnego rynku. Gra ma to do siebie, że ktoś ją wygrywa. Gra
rynkowa też. W wyniku gry rynkowej tworzy się oligopol lub monopol zwycięzców,
którzy uniemożliwiają innym prowadzenie gry rynkowej. Marketing nie służy do
tworzenia rynków, służy do tworzenia monopoli, jak to ktoś powiedział. W tej
syutacji, żeby utrzymywać wolny rynek, potrzebna byłaby wręcz bolszewicka
kontrola tegoż rynku, a Urząd Antymonopolowwy musiałby być sto razy potężniejszy
niż wywiad, kontrwywiad, CBA i Sanepid razem wzięte. Jak widać, nie tylko
wykluczeni i pracownicy potrzebują państwa opiekuńczego - także wolna
przedsiębiorczość.
Spokojny   |28.09.2009 17:40:36
jednym z najbardziej idiotycznych zalozen piewcow tzw. wolnego rynku jest
zalozenie, ze pozbawione kontroli gospodarcze podmioty beda o wladze i zasoby
konkurowac za pomoca takich instrumentow, ktore sie daja ujmowac w modelach
makroekonomicznych. Czyli ze beda konkurowac cenami,ilosciami, sposobami
produkcji, dystrybucji, ewentualnie marketingiem. Tymczasem takie
przedsiebiorstwa walcza czym moga - tworzeniem prawa, ukladami, lapowkami,
wywolywaniem przewrotow wojskowych, oszustwem naukowym, zabojstwem, manipulacja
rynkiem walutowym.. No po prostu robia wszystko co sie da, zeby uzyskac wladze i
zasoby. Pozbawienie spoleczenstwa kontroli nad nimi prowadzi po prostu do
nowoczesnej formy feudalizmu. Neoliberalowie sa bardzo sprawni w krytykowaniu
"socjalistow" za udupianie konkurencyjnosci, ale kompletnie nie widza
tego, ze konkurencyjnosc zakladana przez nich opiera sie na pewnych zasadach,
ktorych respektowania nic, oprocz ich poboznych zyczen, nie gwarantuje.
kot   |01.10.2009 01:06:08
Dwa ostatnie wpisy: @seta i @spokojnego wymagają zatrzymania się przy
nich na dłuższa chwilę i rozwinięcia.
@set i jego protoplasta maja
rzadka cechę: częstego trafiania w dziesiątkę.
Moja niewiedza nie sięga
wiedzy (czy to zdanie jest logicznie poprawne?) wypowiedzi , tekstu, w którym
kapitalizm byłby w sposób przemyślany teoretycznie potraktowany jako gra.
@set używa tego pojęcia tak jakby doskonale znał jego etymologie
teoretyczną!
Jeżeli konkurencja konstytuuje kapitalizm ( używając określenia
@thome)
to zauważmy, że konkurowanie jest grą, a gra polega na
konkurowaniu. Jedno nie może istnieć bez drugiego.
Pojęcie gry opiera się na
kilku założeniach i doczekało się ścisłej teorii. Skoro kapitalizm jest grą
to można skorzystać z teorii gier i zobaczyć jak funkcjonuje jako gra.
Gry
dzielą się na te o sumie zerowej i sumie dodatniej.
Smith odkrył, że
kapitalizm gra w grę o sumie dodatniej . Marks z kolei stwierdził, że kapitalizm
gra w grę o sumie zerowej.
Obaj mieli rację, kapitalizm może grać w grę o
sumie dodatniej, ale jego natura ciągnie go do tego aby grać w grę o sumie
zerowej.
Wnioski są następujące. Trzeba spowodować aby grał w grę o sumie
dodatniej i uniemożliwić mu grę o sumie zerowej. Czy już wiecie co to znaczy?

Weźmy dowolną grę- piłkę nożną. Mamy dwie rywalizujące drużyny, ściśle
określone reguły gry i sędziego. Gracze konkurują zgodnie z regułami, a
sędzia czuwa nad ich przestrzeganiem. Co się dzieje gdy zostają poluzowane
reguły gry i czy możliwa jest jakakolwiek gra bez sędziego, który pilnuje
przestrzegania reguł.
Kto ma być sędzią w grze kapitalistycznej i kto ma
przestrzegać aby gra nie stawała się grą o sumie zerowej?
Chyba nie ci, o
których pisze @spokojny!
Martinezz123  - Dziękuję za ciekawy artykuł   |09.09.2011 21:31:46
Od dawna dokładnie tak samo myślałem.
Nie nowa to analiza, ale fajnie, że się
pojawiła Panie Tomaszu.
(Nad pozytywami częstego mówienia o tych kwestiach
można by sobie porozmawiać, ale nie ulega wątpliwości, że są i jest ich
wiele.)

Co do rozwinięcia wątków z pana artykułu zachęcałbym do wprowadzenia
pojęcia entropii do praw rządzących kulturą masową.
W moim przypadku pomogło
mi ono ładnie i mechanistycznie te i podobne kwestie opisać.

Z rzeczy jeszcze
bardziej przydatnych nam, osobom ceniącym kulturę wysoką, warto by się
pozastanawiać nad owymi
Martinezz123  - Komentarz do komentarzy.   |09.09.2011 22:49:50
Komentarze jak to zwykle bywa w internecie, wymknęły się spod kontroli.
Nie
dotyczą już artykułu tylko siebie samych. No ale skoro tak czemuż by i w tą grę
nie zagrać (mam nadzieję że moderator czuwa).

Kot - słusznie (moim zdaniem)
wprowadzasz teorię gier. Zapomniałeś jednak, że są jeszcze gry o sumie ujemnej.
Dokładniej, mówimy raczej o grach o sumie niezerowej. Ponadto Kapitalizm nie
jest grą o sumie stałej.

Przy zastosowaniu rywalizacji, dylemat więźnia jest
taką grą (właściwie w podstawowej wersji jest on taką grą niezależnie od
strategii). Tak zwana gra w bagniste pastwisko też może być taką grą, gdy
stosujemy nadmiernie strategię egoistyczną.

Gry o sumie ujemnej na szczęście
mają taką właściwość, że szybko przywołują do świadomości grających - ponieważ
obie strony czują na swojej skórze, że coś jest nie tak. Są jednak przypadki
(tak jak gra w licytowanie jednego dolara, że ze złej strategii nie można już
się wycofać).

Kapitalizm może być grą różnego rodzaju. Zarówno tą o sumie
dodatniej - ja zarabiam ty zyskujesz - tą o sumie zerowej - ja zarabiam, ty
tracisz (mniej więcej tyle samo) - jak i tą o sumie ujemnej - wszyscy tracimy
grając.
Kapitalizm ma tendencję do:
- grania w gry o sumie ujemnej, gdy mamy
do czynienia ze wspólnym, niepodzielnym dobrem (jak w grze w zgniłe pastwisko).
Takim dobrem jest zarówno kultura jak i np. środowisko. Strategia egoistyczna i
rywalizacyjna prowadzi w takim przypadku do strat u wszystkich grających.
-
grania w gry o sumie zmiennej, modyfikując tak układ wypłat by gra powoli
stawała się grą z kategorii tzw. gier niesprawiedliwych.
- grania w gry tzw.
niesprawiedliwe z dominacją monopolisty albo kartelu dokonującego zmowy cenowej,
sprzedaży produktów o oszukanej jakości itp.

Tak czy siak, jak powiedział
Bauman, kapitalizm to rak, który zjada swoją ofiarę (czy jakoś tak).
Mitem
neoliberałów jest to że tak zwana magiczna ręka rynku PROWADZI DO STANU
ROWNOWAGI.
To tak jawna nieprawda, że czasem aż zachodzę w głowę jak można
sobie trocinami tak mózg napełnić by w to wierzyć.

Tak się może stać tylko
pod warunkiem, że wszystkie strony będą grały w grę sprawiedliwą, co najmniej o
sumie zerowej.
W takiej sytuacji gracze mają jednak zawsze tendencję do ZMIANY
REGUŁ zgodnie z zasadą funkcji użyteczności (jak najmniej kosztów, jak najwięcej
zysków). Rywalizacja w takiej grze działa niestety odwrotnie (wysokie koszty,
małe, w porównaniu do kosztów, zyski). Stąd
Martinezz123  - Dziękuję za ciekawy artykuł!   |10.09.2011 12:34:04
Od dawna dokładnie tak samo myślałem.
Nie nowa to analiza, ale fajnie, że się
pojawiła Panie Tomaszu.
(Nad pozytywami częstego mówienia o tych kwestiach
można by sobie porozmawiać, ale nie ulega wątpliwości, że są i jest ich
wiele.)

Co do rozwinięcia wątków z pana artykułu zachęcałbym do wprowadzenia
pojęcia entropii do praw rządzących kulturą masową.
W moim przypadku pomogło
mi ono ładnie i mechanistycznie te i podobne kwestie opisać.

Z rzeczy jeszcze
bardziej przydatnych nam, osobom ceniącym kulturę wysoką, warto by się
pozastanawiać nad owymi
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 30.09.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.02078 Seconds