Jako człowiek o tzw. niewaniliowych skłonnościach (niedługo nastąpi mój coming out w magazynie „Bluszcz”!) od czasu do czasu pozwalam sobie na małą przyjemność. Moim przyjaciołom-filmowcom czytam na głos fragmenty wywiadu z Patrykiem Vegą (dziennik „Metro”, 18 stycznia 2010). Wywiad wywołuje u nich gromkie i wysokie śmiechy, strzeliste niczym encefalogram - nazywa się zresztą „Śmiechy według wykresu” - ale po przeczytaniu najbardziej osobliwych fragmentów zawsze następuje nieuniknione załamanie nerwowe.
Kim jest Patryk Vega? Młodszym bratem Tarantinowskiego Vincenta Vegi. Oczywiście, bratem duchowym. „Metro” podaje, że tak naprawdę nasz bohater nazywa się Patryk Krzemieniecki i że zmienił nazwisko ze względu na planowaną karierę międzynarodową. Gazeta pisze też, że Vega jest samoukiem, skończył Collegium Civitas. Moja Hania zauważyła, że w redakcji „Metra” muszą mieć bardzo złe zdanie o Collegium Civitas, ale po chwili mentalnego zamętu zrozumieliśmy wreszcie, że Vega jest samoukiem jako reżyser. Z całym szacunkiem dla genialnych amatorów reżyserii, wzbudziło to we mnie smutną obawę, że Vega tak samo jest reżyserem, jak Vegą. Ale dosyć tego jałowego prześmiewania - Vega w końcu wyreżyserował najświeższy hit kinowy pod tytułem „Ciacho” - przejdźmy do rzeczy.
„Ciacho” to nowy model biznesowy w tej części Europy (…) reklamy w telewizji, Pudzianowski w koszulce „Ciacha”, rzucanie ciastkami na konferencji prasowej…
- My patrzymy na „Ciacho” nie jak na film, tylko jak na markę, którą trzeba wypromować (…) Ten film był obsługiwany przez dwie agencje reklamowe, trzy domy mediowe i przez agencję PR-owską. Nad promocją „Ciacha” pracowało chyba więcej osób, niż nad jego realizacją…
Ale niektórzy wychodzą z kina podczas seansu.
- Ja się kompletnie nie przejmuję krytyką. Wiem, że „Ciacho” jest dobrym filmem i nie potrzebuję do tego stada krytyków (…) Zawsze przed wejściem na plan robię wykres całego filmu, planując, w której minucie ludzie mają się zaśmiać, a w której mają się bać (…) Następnie grupom testowym, którymi nie są ani moi znajomi, ani żadni intelektualiści zajmujący się filmem, puszczam wersję roboczą filmu, sprawdzając, czy śmieją się w tych momentach, w których trzeba. Po poprawkach pokazuję nowej grupie nową wersję i widzę, czy błędy zostały wyeliminowane.
No i w tej sytuacji, o co może zapytać prowadzący wywiad dziennikarz?
Dalej jeździsz jaguarem?
- Teraz mam samochód Jamesa Bonda - Aston Martin DB9, 6 litrów. To jest statek kosmiczny! Kiedy do niego wsiadam, to czuję, jakbym wkładał strój Spider-Mana. To jest nieprawdopodobne dzieło sztuki.
Panowie jednak zaraz porzucają tę dygresję na tematy artystyczne i wracają do spraw bliższych zwykłemu widzowi:
Jaki jest przepis na „Ciacho”? Ile jest w nim Vegi, a ile Tarantino, np. gdy w jednej z pierwszych scen dziewczyna wyciąga pierścionek zaręczynowy z odbytu Tomasza Karolaka?
- W tej scenie akurat nie było inspiracji Tarantino, bo jest z życia wzięta. Dziewczyna, która przeżyła takie oświadczyny, radziła się, bodajże na portalu Cafeteria, czy powinna się obrazić…
Tak, tak, czytałem to na głos. I czerpałem nieczystą rozkosz z cierpienia moich słuchaczy-filmowców, patrząc, jak się załamują. A potem załamałem się sam.
Okazało się, że jest w tym kraju gorszy sadysta ode mnie. I jest nim - oczywiście - niezawodny Witold Gadomski z „Gazety Wyborczej”. Kiedy przeczytałem to, co ostatnio napisał, nawet takiemu ostremu zawodnikowi jak ja zrobiło się aż nazbyt gorąco.
Oto cytat: „Czas wyrzeczeń minął. Rząd się chwali, że Polska jest jedynym krajem w Europie, który ma wzrost gospodarczy. Podzielmy się nim z pracownikami - twierdzą związkowcy, o czym donosi na pierwszej stronie «Gazeta Wyborcza». W dyskusji ekonomistów, która przed kilku tygodniami odbyła się w «Gazecie» wszyscy dyskutanci podkreślali, że udało nam się przejść przez kryzys stosunkowo dobrze, dzięki postawie pracowników, którzy nie protestowali przeciwko cichym obniżkom ich dochodów przez pracodawców. Rynek pracy okazał się w Polsce bardziej elastyczny, niż wynikałoby to z zapisów prawa. Działacze związkowi w przedsiębiorstwach bardziej odpowiedzialni niż to się przedstawia. Czyżby sielanka miała się ku końcowi?”.
Jasne. Cisi pracownicy, którzy cicho znoszą ciche obniżki ich dochodów, to sielanka. Przypominam, że sielanka oznacza stan rozkoszny, błogi, idylliczny, promieniujący wewnętrznym spokojem. To jest to, co odczuwa Witold Gadomski, kiedy widzi, że ludzie się boją i że zabiera się im pieniądze. Natomiast kiedy ci ludzie zaczynają domagać się swojego udziału we wspólnie wypracowanym bogactwie, Witold Gadomski budzi się ze słodkiego rozmarzenia i drży: sielanka się skończyła, związkowcy znów zachowują się „nieodpowiedzialnie”.
Oj, chyba kupię pejczyk i kajdanki. Nie, żeby Gadomskiego pokarać, tylko żeby mu wysłać w prezencie. Niech ma, co lubi.