Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Ssaki Ciernistych Krzewów |
|
|
Tomasz Piątek
|
|
08.03.2010 |
Wszystkiego Najlepszego z okazji Dnia Kobiet. A właściwie Dnia Walki o Prawa Kobiet - bo tak to się chyba powinno nazywać. Nie będę pisał o Dniu Kobiet czy Feminizmie. Kiedyś myślałem, że mam na ten temat całą masę ożywczych przemyśleń, które mogą być pomocne kobietom w ich walce. Potem mi przeszło, bo zrozumiałem, że brat dobra rada to ostatnia rzecz, jakiej potrzebują siostry. Nie mówię, że mężczyźni mają być ustawowo wyłączeni z tej debaty. Ale ktoś, kto przez ostatnie 10 000 lat wywrzaskiwał rozkazy, teraz mógłby na chwilę przycichnąć. Chociażby z litości dla własnego gardła.
Jestem przeziębiony, więc wszystko mi się z gardłem kojarzy. A tak poza tym, to wszystko kojarzy mi się z kasą. Takie czasy. Powiesz: „Tam tonie człowiek, uratujmy go!” - usłyszysz: „Jeśli tonie, sam jest sobie winien, bo inaczej by nie tonął, a ty bardziej przyczynisz się do ogólnego dobra, jeśli zdążysz sprzedać mu ofertę operatora telefonicznego, zanim utonie”. Albo gorzej, usłyszysz: „Za ile?”.
Dlatego nie będzie o kobietach. Będzie o kasie. Przeczytałem, że sejmowa Komisja Przyjazne (komu?) Państwo pracuje nad projektem, który umożliwi przedsiębiorcom wliczanie „wydatków na cele reprezentacyjne” w koszty uzyskania przychodu. Co to znaczy? To znaczy, że mam firmę, nazwijmy ją Krzak, a robię interesy ze Zdziśkiem, który ma firmę, nazwijmy ją Ciernisty Krzew. W dni parzyste zapraszam Ciernisty Krzew (czyli Zdziśka) na homara z rusztu i szampana. W dni nieparzyste Ciernisty Krzew zaprasza mnie, też na homara i szampana (no bo to najdroższe, co jest w knajpie). W ten sposób każdy z nas wydaje co miesiąc 30 000 złotych… O przepraszam, nie wydaje: odpisuje sobie od podatku. Bo każdy taki obiad jest obiadem reprezentacyjnym, zapraszam przecież kontrahenta. W Komisji Przyjazne (A Nawet Wręcz Rozkoszne) Państwo tylko jeden poseł przeciwny jest takiemu rozwiązaniu. Projekt zostanie więc doprowadzony do końca, jak sądzę. Smacznego. Smacznego Ssania, O Ssaki Ciernistych Krzewów.
No dobrze, ale dlaczego tylko firmy (czyli Zdzisiek i ja) mają korzystać z takiej ulgi? Przecież - - jak twierdzą klasyczni liberałowie - pracownik też jest przedsiębiorcą, który poprzez wolny, niewymuszony kontrakt sprzedaje pracodawcy swój czas i energię. I nieraz, żeby to sprzedać, musi naprawdę nieźle się sprzedać. Podczas tak zwanej rozmowy o pracę, kto lepiej wygląda, ten lepiej wypada. Dlatego Komisji Lukullusowo Rozkoszne Państwo proponuję, aby każdy pracownik mógł sobie odpisać od podatku:
- koszt zakupu dwóch bardzo dobrych garniturów względnie garsonek (zależnie od płci); czterech koszul (względnie bluzek); trzech krawatów (względnie apaszek); markowych skarpetek dobranych pod kolor koszuli (w przypadku panów); trzech par dobrych butów; dwóch pasków (względnie torebek) dobranych pod kolor butów; dwóch ozdobnych chusteczek z wyhaftowanym napisem: „Kto zatrudni mnie, ten weseli się”, albo: „Pracu, pracu, pracuś jestem i pracuję każdym gestem”;
- koszt pełnego remontu szczęki, włącznie z usuwaniem kamienia;
- koszt liposukcji;
- koszt liftingu twarzy, włącznie z jakże optymistycznym botoksem;
- koszt rocznego karnetu na basen-solarium-siłownię-fitness;
- koszt zakupu dziesięciu średniowiecznych złotych dukatów oraz brezentowej torby.
Już tłumaczę, o co chodzi w tym ostatnim punkcie. Do CV, w celu zrobienia wrażenia na ewentualnym pracodawcy, delikwent nieraz musi dołączyć różne gadżety, ukazujące w sposób obrazowy a kreatywny pożytki z zatrudnienia tegoż właśnie delikwenta. Myślę, że pułap dopuszczalnie odpisywalnych wydatków powinien być ustalony na wysokości najdroższego dotąd znanego gadżetu CV-dołączalnego. Była to torba wypełniona piaskiem, w którym to piasku domniemany pracodawca miał się grzebać w celu odnalezienia starych złotych monet. To autentyk, nic nie zmyślam - i te monety były naprawdę tam ukryte! Miało to znaczyć: „może nie wyglądam, ale zarobisz na mnie, że ho ho”.
Ale nie jestem do końca przekonany, czy to wystarczy. Na rynku pracy pracodawca zwykle jest w lepszej sytuacji niż pracownik. Żeby zniwelować tę nierówność, ulgi dla pracownika powinny być większe niż dla pracodawcy. Pracownik powinien mieć prawo odpisać sobie od podatku koszt miesięcznego pobytu na Hawajach. Bo podczas rozmowy kwalifikacyjnej na pytanie: „A co pan robił ostatnio?” zamiast: „Nudziłem się w solarium” lepiej brzmi odpowiedź: „Nudziłem się na Hawajach”.
No, ale dosyć już o rzeczach przyziemnych, o kasie. Przejdźmy do spraw wzniosłych, do kultury. Czyli do kasy. W Polsce trwa spór o finansowanie kultury. Podobno wszystkiego uratować się nie da, więc spieramy się o to, co ratować jest najsłuszniej. Czy jeden teatr w kraju (Narodowy), czy jednak inne teatry też, a może jeszcze przy okazji - cóż za fanaberia! - biblioteki. A przecież ten problem można rozwiązać bardzo łatwo i w zgodzie z obowiązującymi trendami. Nie wiemy, kto ma przeżyć? Nie wiemy, kogo dobić? Gramy w rosyjską ruletkę! To rozwiązanie można sprzedać w ramach każdej ideologii. Liberał przecież wie, że najbardziej liberalna jest loteria. Konserwatyście powiemy, że człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. A lewicy się powie, że dzięki dofinansowaniu losowemu mogą wypłynąć na powierzchnię dyskursy nowe i nieznane, dotąd przytłoczone znanymi i obowiązującymi dyskursami. Oto przykład: co roku byłoby losowanie. Nie, nie artystów, nie dzieł sztuki, nie projektów. Co roku byłoby losowanie zasad dofinansowania. I z różnych przypadkowych zasad zostawałaby wylosowana jedna - mówiąca na przykład, że w tym roku gigantyczną kasę na promocję dostaną te właśnie napisane książki i te właśnie zrealizowane filmy, w których najczęściej powtarza się litera/głoska „O”.
Nie sądzę, żeby taka rosyjska ruletka była gorsza od zdrojewskiej żyletki. Żyletka tnie równo, a przy ruletce może coś by się przypadkiem uchowało. Co więcej, nieznane dzieła, w których nieustannie powtarzałoby się „O”, mogłyby się okazać bardzo poetyckie. O, o, o Ssaki Ciernistych Krzewów!
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
|
|
|
Pani Agnieszko, wyrazy współczucia, ...
A te pieniądze, samochody, firmy i wo...