Przypomniałem sobie
dzisiaj stary dowcip z czasów komuny. Co to jest salceson? Szynka z
przeszkodami.
Wracałem z psem ze
spaceru przez zaśnieżoną Łódź. Chodnik był na przemian
kompletnie zasypany i odśnieżony, zasypany i odśnieżony.
Piętnaście metrów zaspy, piętnaście metrów chodnika,
dwadzieścia metrów zaspy, trzydzieści metrów chodnika. Gdy spod
śniegu wyłaniał się chodnik, znaczyło to, że wchodzę w strefę,
za którą odpowiedzialny jest gospodarz stojącej przy chodniku
kamienicy. Pomiędzy kamienicami - nie odśnieża nikt. To wspaniała
strefa, wolna od ingerencji wszelkich władz publicznych. Powinien w
niej szaleńczo kwitnąć swobodny, nieskrępowany biznes. Niestety,
jakoś nie kwitnie. Proponuję profesorowi Balcerowiczowi, żeby
zagrzebał się w tej zaspie i to sprawdził. Najlepiej dogłębnie i
długo.
W Warszawie, gdzie byłem
podczas poprzedniej śnieżycy, było podobnie (przykładowo na
Służewcu, i to wcale nie tym Przemysłowym). Nie mogłem więc
dzisiaj zwalić winy na rozpad Łodzi (skądinąd prawdziwy) i
rozkład jej władz samorządowych (skądinąd bardzo cuchnący).
Najwyraźniej żyjemy w kraju z przeszkodami, w którym miasta z
przeszkodami pełnią tylko rolę wyjątkowo dużych przeszkód.
Ale właściwie czemu ja
się denerwuję? Przecież jeżeli obywatelom przeszkadza śnieg, to
powinni wyjść sami z łopatami na ulicę i radośnie wszystko
odśnieżyć w neoliberalnym czynie społecznym. Takie rozwiązanie
nasz rząd ostatnio wciąż nam proponuje.
Na przykład, grupy
rolników i ekologów protestują
przeciwko uprawianiu genetycznie modyfikowanej żywności w
Polsce. Wiceminister środowiska, Janusz Zaleski, mówi: „Chociaż
nie chcemy, ale musimy to zrobić” (zezwolić na uprawę GMO). Ale
dla Polaków, którzy nie chcą wyewoluować w szarawe gąbczaste
kule żywiące się pleśnią, minister ma wspaniałą propozycję:
„…Nowa ustawa da możliwość tworzenia stref wolnych od GMO. -
Jeśli rolnik będzie chciał produkować żywność ekologiczną i
nie mieć w sąsiedztwie GMO, będzie to mógł zrobić. W jego
sąsiedztwie w obrębie jednego lub dwóch kilometrów nie powstanie
uprawa roślin genetycznie modyfikowanych - dowodzi Janusz Zaleski. -
Wierzę w rolników, że nie będą chcieli mieć w swoim sąsiedztwie
takich upraw. Więc praktycznie Polska może być wolna od GMO -
dodaje”. Czy pan minister już wyewoluował w pleśniową kulę?
Jego mózg na pewno tak.
Ale ta mózgowa mutacja
nie ogranicza się do jednego ministra, właściwie można byłoby ją
określić jako gubernitis, czyli chorobę ogólnorządową.
Obywatelskie Forum Dostępu do Książki, w tym i ja, domaga się
utrzymania zakazu łączenia i likwidacji bibliotek. Reprezentujący
rząd Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki, pisze
tak: „Piątek uważa, że rząd powinien załatwić problem
bibliotek w każdej gminie, miasteczku lub wsi. To czysta utopia,
marzenie o wszechogarniającej i omnipotentnej władzy centralnej,
która ma załatwić każdą sprawę, ma zakazać albo nakazać
centralnie, a potem rozliczać wykonanie, tworząc np. jakąś
biblioteczną czerezwyczajkę. To filozofia państwa bez obywateli i
bez samorządu zalatująca myśleniem z czasów PRL”. Bardzo lubię
słuchać wywodów Grzegorza Gaudena, ponieważ jest to człowiek,
który wszystko, co mówi, mówi z miłością. Tyle że ja żadnej
czerezwyczajki nie żądałem. Właściwie nawet o jednego kontrolera
na pół etatu nie prosiłem. Ja prosiłem tylko o utrzymanie
istniejącej ustawy. O utrzymanie tego, co jest (w kwestii bibliotek)
i co dotąd jakoś funkcjonowało. Nic mi nie wiadomo, żeby rząd
Donalda Tuska miał do tej pory jakąś biblioteczną, książkową
czy literacką czerezwyczajkę.
Ale czytam dalej i co się
dzieje? W tym samym tekście dyrektor Gauden domaga się, żeby to
działacze spontanicznie powstałego Obywatelskiego Forum Dostępu do
Książki śledzili i nękali samorządy w sprawie bibliotek. Czyli
najwyraźniej Gauden jednak akceptuje ideę powszechnej bibliotecznej
czerezwyczajki, zaglądającej do każdej gminy i każdego sołectwa.
Pod warunkiem, że będzie to czerezwyczajka oddolna, nieobciążająca
budżetu państwa. Ten, jak wiadomo, ma być nieustannie obcinany.
Budżet państwa ma się kurczyć z każdym rokiem, albowiem na tym
polega zdrowa gospodarka (panie profesorze B., proszę wsadzić głowę
z powrotem do zaspy).
Znowu przypominają się
stare dowcipy, a dokładnie piosenka kabaretu OTTO pod tytułem:
„Obywatelu, zrób sobie dobrze sam”. Czyli sam się okradnij,
wytrop, osądź i wsadź.
Tyle że chyba mamy do
czynienia ze zbyt poważną sprawą, aby się z niej śmiać. Ja
jestem wielkim zwolennikiem obywatelskich grup nacisku na władze w
konkretnych sprawach. Ale nie można tych obywatelskich grup obarczać
odpowiedzialnością, którą powinny brać na siebie same władze.
Pospolite ruszenie jest akcją, nie instytucją: ludzie nie mogą
pilnować dobra publicznego bez przerwy, muszą z czegoś żyć,
pracować, pilnować dzieci etc. Nieczęsto się więc zdarza, że
pospolite ruszenie da radę dopilnować sprawy długotrwałej,
skomplikowanej i rozproszonej po całym kraju, takiej jak biblioteki
lokalne, albo lecące z wiatrem ziarna mięsożernej, agresywnej
rzepy. Właśnie dlatego ludzie wybierają fachowców, którym płaci
się za pilnowanie takich spraw - i tych fachowców nazywamy rządem.
Oczywiście, w tym
momencie pan profesor wynurza się z zaspy i krzyczy, że im mniej
rząd robi, tym jest lepiej. Ale niestety, panie profesorze, rząd to
jest coś takiego, że nawet jak nic nie robi, to też robi. Każde
działanie i niedziałanie rządu produkuje bardzo wymierne skutki.
Nasz rząd, niczym rząd jakiegoś Gomułki albo Gierka, bardzo
intensywnie działa na rzecz, przykładowo, wysiewania i hodowli.
Tyle że wysiewania mięsożernej rzepy i hodowli analfabetów. A
może nawet - hodowli agresywnych analfabetów.
Bo wszystko, co robi
władza i czego nie robi, jest wyraźnym komunikatem dla ludzi,
którzy instynktownie szukają wzorców i norm. Władze publiczne,
które odpuszczają sobie ochronę starego zabytku, uczą wszystkich,
że ten zabytek to śmieć, o który nie warto się troszczyć.
Władze, które nie pomagają ulicznemu żebrakowi, uczą wszystkich,
że ten żebrak to śmieć, o którego nie warto dbać. A ludzie,
którzy żyją w przestrzeni zaniedbanej i w zaniedbanym
społeczeństwie, ludzie, którzy są olewani i oszukiwani przez
tych, co mieli się nimi zajmować… Tacy ludzie stają się nieufni
i źli. Wobec wszystkich, nawet wobec tych, co są jeszcze bardziej
olewani przez władze. Szczególnie wobec nich - bo ci najbardziej
wykluczeni stwarzają wokól siebie największe problemy, najbardziej
drażnią.
Takie są efekty. Co piąty
wrocławski licealista uważa,
że żebraków należy zamykać w gettach, wywozić, pozbawiać praw
etc. Najwyraźniej mózgi tych młodych ludzi również wyewoluowały
w gąbczaste kule, tyle że brunatne. Myślę, że przyczyną mutacji
było nie tylko 20 lat Balcerowiczowskiej propagandy o „pasożytach
socjalnych”, ale także załączony do niej żywy obrazek: widoczna
gołym okiem polityka zaniedbania. I teraz, jak ci brunatni
licealiści założą swoją oddolną, nieobciążającą budżetu
czerezwyczajkę, to będą kłopoty.
No, chyba że minister
Boni powie nam, że strategia „dyfuzji przez polaryzację” (czyli
jak ja mówię, wysuszenia przez zamoczenie) nakazuje wprowadzenie
żebraków w centrum życia społecznego poprzez oddolne wywożenie
ich do baraków w Bieszczadach. Panujący nam neoliberalizm czym
wtedy będzie się różnić od faszyzmu? Uśmiechem dyrektora
Gaudena.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...