Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Katalog Książek KP

30 tom w serii idee

buden_okladka_150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Pokrętna logika Tomasza Wiścickiego Drukuj
Tomasz Piątek   
24.08.2009
„Rzeczpospolita” ma jakąś dziwną ambicję, żeby w debacie na temat depenalizacji narkotyków publikować - jako autorytatywne - głosy ludzi, którzy nie mają  zielonego pojęcia o uzależnieniu. Najpierw byli to katoliccy publicyści Bazak i Matyszkowicz, teraz wypowiedział się Tomasz Wiścicki, w tekście „Pokrętna logika oswajania narkotyków”.

Wiścicki pod swoim artykułem podpisany jest jako „publicysta, redaktor miesięcznika Więź”. Czyli kolejny katolicki publicysta. Nie terapeuta, lekarz, psychiatra, psycholog, streetworker czy leczący się uzależniony.  Najwyraźniej dla „Rzepy” każdy, kto umie pisać i wzdycha do papieża, jest już siłą rzeczy gotowym ekspertem od wszystkiego.

Na jakie swoje doświadczenia w kwestii narkomanii powołuje się Wiścicki? „Do dziś pamiętam, jak w autobusie zobaczyłem długowłosego, zaniedbanego młodego człowieka ze strzykawką w kieszeni koszuli. Widok był wstrząsający – narkoman był uosobieniem powolnej autodestrukcji.” I tyle. Żadnego innego uwierzytelnienia nasz znawca nie przedstawia.

Co pisze Wiścicki, z wyżyn swojej eksperckiej mądrości? Dajmy małą próbkę, żebyśmy od razu wiedzieli, z kim mamy do czynienia. „Narkotyki różnią się  od tak chętnie zestawianego z nimi alkoholu. Jedynym celem zażywania narkotyków jest manipulowanie świadomością. Alkohol pije się także ze względu na jego smak”. Nieważne, że alkohol - jak kilka lat temu ogłosili francuscy naukowcy, robiąc przy tym spory hałas - ma największy potencjał stymulacji rozwoju choroby u osoby uzależnionej (obok heroiny). Nieważne, że naukowcy i terapeuci zajmujący się uzależnieniem uznają alkohol za jeden z najbardziej rozpowszechnionych narkotyków. Nieważne, że ruch Anonimowych Narkomanów uznaje alkohol za narkotyk i za śmiertelne niebezpieczeństwo dla każdego narkomana. Ważne jest to, że pan Wiścicki lubi sobie wypić kieliszek czerwonego winka do obiadu. I to jest to, co on wie na temat alkoholu i uzależnień!  

Proszę: „Jedynym celem zażywania narkotyków jest manipulowanie świadomością. Oczywiście duża część pijących czyni to w tym samym celu – dla nabrania odwagi, wesołej zabawy, zapomnienia o smutkach albo – co najtrudniej zrozumieć – upicia się do nieprzytomności. Jednak możliwe i często praktykowane jest także picie alkoholu w niewielkich ilościach. Ktoś wypijający kieliszek wina do kolacji albo kufel piwa podczas towarzyskiej rozmowy nie chce zmienić sobie świadomości i jej nie zmienia, nawet jeśli nie może potem prowadzić samochodu”.

Aha. Czyli zdaniem Wiścickiego za uzależnienie odpowiadają te złe narkotyki. One już są  tak zrobione, że jak ktoś weźmie, to zacznie ich nadużywać. A alkohol - nie, on wcale nie jest taki.

Jakby nie było wokół nas milionów alkoholików…

Myślenie Wiścickiego doskonale obrazuje popularne przesądy na temat narkotyków. Uzależnienie jest albo winą  „tego złego uzależnionego”, albo „tej złej substancji”. To substancja, to narkotyki, to te tajemnicze proszeczki są złe, „uzależniają”, „wciągają”, „wywołują uzależnienie”. Jak ktoś bierze, to „wciąga się coraz bardziej”.  No a co z alkoholem? Nie, alkohol nie jest tajemniczym proszeczkiem, nie jest zły, jest smaczny. A jeśli ktoś jest uzależniony do alkoholu? No to już na pewno jego wina: jeśli się „uzależnił”, to znaczy, że musiał jakoś niedobrze pić ten wspaniały, nieuzależniający alkohol!

Idąc dalej, Wiścicki roztacza przed nami wnętrze swojej głowy, składające się z najbardziej absurdalnych i szkodliwych przesądów na temat narkomanii. Na przykład: „Do niedawna doświadczenie ich /narkotyków/ zażywania nie było powszechne. W pierwszej połowie ubiegłego wieku w cywilizacji zachodniej zażywali je członkowie kręgów artystycznych, show-biznesu, „złota młodzież” – zamożna i zaniedbana wychowawczo, subkultury, część środowisk przestępczych. Grupy te miały jedną wspólnę cechę: stanowiły znaczną mniejszość społeczeństwa. Zdecydowana większość z narkotykami nie miała nic wspólnego. Radykalną zmianę wniosła kontrkultura lat 60. Przyniosła ona upowszechnienie narkotyków na nieznaną dotąd skalę.”

Tu zbliżamy się do sedna. Wiścicki - zgodnie ze swoją tezą o smacznym i niegroźnym alkoholu - wierzy w to, że mamy do czynienia z jakąś ekspansją. Podczas kiedy nie mamy do czynienia z ekspansją, tylko z większą różnorodnością narkotyków. Uzależnionych w społeczeństwie jest zawsze około 10%. Wcześniej zażywali oni głównie najpowszechniejszy narkotyk, zwany alkoholem. W ciągu ostatnich 40 lat na rynku pojawiły się inne narkotyki, więc uzależnieni po nie sięgają. Terapeuci mówią, że w tej chwili trudno znaleźć takiego alkoholika przed czterdziestką, który poza alkoholem nie brałby innych rzeczy. Wszyscy są uzależnieni krzyżowo - co jest dodatkowym dowodem na to, że alkoholizm i narkomania są jedną i tą samą chorobą: uzależnieniem.

I to jest właśnie sedno sprawy: Wiścicki nie wie, co to jest uzależnienie. Nie wie, że co dziesiąty człowiek jest uzależniony. Nie wie, że uzależnienie jest skomplikowaną  chorobą psychofizyczną, rozwijającą się według pewnych ściśle określonych faz. Nie wie, że niektórych objawów uzależnienia można szukać w przeszłości pacjenta, zanim jeszcze wypił pierwszy kieliszek czy wziął pierwszą dawkę. Wiścicki nie zna powszechnie uznanej w medycynie definicji Morse’a i Flavina: uzależnienie to choroba podstawowa, postępująca, nieuleczalna i śmiertelna, silnie uwarunkowana genetycznie. Wiścicki nie wie, że najprawdopodobniej jest to choroba wrodzona. Wiścicki nie wie, że człowiek uzależniony, nawet gdyby go od dzieciństwa odciąć od nielegalnych narkotyków, to będzie zabijać się alkoholem. A jeśli odciąć go od alkoholu, to będzie zabijać się czekoladą, seksem, sportem, grami komputerowymi, pracą, hazardem - czymkolwiek! Bo uzależnienie jest chroniczną chorobą psychofizyczną uniemożliwiającą choremu zaprzestanie odczuwania przyjemnośći, przerwanie satysfakcji. Chory próbuje powtarzać bez przerwy przyjemne doznanie, nawet gdy przestaje być ono przyjemne, nawet gdy grozi natychmiastową śmiercią.

Znawca „Rzeczpospolitej” tego wszystkiego nie wie i dlatego pieprzy jak potłuczony o „zwalczaniu”, „walce”, podczas kiedy trzeba mówić o leczeniu. A dokładnie - o zaleczaniu, bo uzależnienie jest chorobą nieuleczalną,  wyleczyć się go nie da, można je tylko zaleczyć.

Ostatnie zdanie artykułu jest po prostu skandaliczne: „Tymczasem, choć zapewne nigdy w pełni nie wyeliminujemy szkodliwych używek – świat będzie lepszy, gdy wszystkie one znajdą się tam, gdzie miejsce wszelkiego zła: na nietolerowanym marginesie.” Panie Wiścicki! Na margines nie trafiają używki. Używkom jest wszystko jedno, gdzie trafią, do żyły narkomana czy do magazynu policyjnego (skąd i tak często wracają na rynek). Na margines trafiają ludzie. Potwornie cierpiący, chorzy, są bici na komisariatach i katowani w więzieniach. Świat od tego nie staje się lepszy, staje się o wiele gorszy. Jeżeli wsadzając do więzień narkomanów, chce pan chronić nieuzależnionych przed uzależnieniem, to tak, jakby chciał pan chronić zdrowych przed nowotworami, aresztując chorych na raka. Dla 10% ludzi narkotyki są groźne - i to są właśnie uzależnieni. Ich trzeba leczyć. Pozostałymi może się pan nie przejmować. Oni po prostu mają wrodzoną odpornosć na narkotyki i alkohol (a także hazard, pracoholizm, seksoholizm i inne formy uzależnienia).  

Tekst Wiścickiego nazywa się „Pokrętna logika oswajania narkotyków”. Powinien raczej nazywać się „Pokrętna logika Tomasza Wiścickiego”. Co z tego, że alkohol jest smaczny? Mak też. Czy to sprawia, że nie ma właściwości narkotycznych?

www.tomaszpiatek.pl

Komentarze
Dodaj nowy
wordsinvaders1   |24.08.2009 13:17:24
Czasami się zastanawiam czy w ogóle jest sens polemizować z ludźmi pokroju p.
Tomasza Wiścickiego. Mam wrażenie, że lewitując w duchowym oniemieniu, z
wysokości swojego uwznioślenia i idealności nie widzą oni już świata realnego.
Przekornie można zapytać czy aby taka nadmierna sterylność moralna nie jest
jakimś dopalaczem symbolicznym? Cholera ich wie, ja ich nie rozumiem, mnie się
kojarzą z postaciami z obrazów Chagalla.
maciej  - Warto i trzeba.   |24.08.2009 13:50:51
"choć zapewne nigdy w pełni nie wyeliminujemy szkodliwych używek  świat
będzie lepszy, gdy wszystkie one znajdą się tam, gdzie miejsce wszelkiego zła:
na nietolerowanym marginesie." Jeżeli używane są takie słowa to należy być
bardzo uważnym. I np. zadać pytanie: Gdzie znajdą się ci, co korzystali z tych
używek? A co może oznaczać nietolerowany margines łatwo sobie wyobrazić.
Razviedka  - Gdzie znajdą się ci, co korzystali z tyc   |24.08.2009 13:56:49
W parlamencie? Radzie ministrów? Na liście kandydatów na urząd prezydenta RP?
glekaktabeton   |24.08.2009 17:27:52
Zgoda na psychodeliczna zmiane swiadomosci jest zgoda na odmiennosc jako taka.
Na przyjmowanie dowolnie odmiennego punktu widzenia - dowolnie odmiennego
sposobu przezywania rzeczywistosci. Ktos kto tego sie generalnie boi, moze
demonizowac srodki, ktore swiadomosc zmieniaja. Istnieje mitologia zgodnie z
ktora czai sie w nas szatan ktory tylko czeka by sie uwolnic. Jesli ktos w to
wierzy, to i w sobie jest przekonany ze ma tego szatana. Jak taki ktos ma sie
odwazyc chocby na rozmowe o legalizacji LSD? Z moich doswiadczen osoby ktore nie
byly w stanie racjonalnie dyskutowac o psychodelikach byly tez osobami, ktore
bardzo mocno baly sie czegos w sobie samych. Mowili na przyklad "gdybym to
zaczal brac, nie moglbym wykonywac dobrze mojej pracy". Nie lubili tej
pracy.
kot   |25.08.2009 02:39:29
@step, znasz poglądy Piątka. Chciałbym abyś mi coś wyjaśnił jeśli możesz.

Z tego co napisał Piątek, a może step wynika, że 10% populacji jest skazane
na wspomaganie się.Wybacz ale w Twoich wypowiedziach w kilku miejscach nawaliła
logika, bo jeżeli 10%
jest skazane - jak w greckiej tragedii - na tę
śmiertelną chorobę, to na nic zda się leczenie, bo wtedy ich liczba
zmniejszyłaby się, a to nie jest możliwe. Jeżeli 90% może je używać bezkarnie bo
nie uzależnią się, to hulaj dusza. Można sprzedawać narkotyki w każdym
spożywczaku. Ci co mieli się uzależnić i tak się uzależnią, a pozostali są i
tak są odporni, więc mogą sobie na wszystko pozwalać. Zobacz do jak
niebezpiecznych wniosków prowadzi takie rozumowanie, które uruchomiłeś. Tego
chyba nie chciałeś powiedzieć ale takie wnioski z Twojej wypowiedzi się
nasuwają. I zapewne nie tylko mnie.
Pytanie, na które trzeba kategorycznie
odpowiedzieć: czy pozostałe 90% pozwalając sobie na pewno nie popadnie w
uzależnienie?
Piszesz, że uzależnienie jest mocno uwarunkowane genetycznie.
Współczesna psychologia
-z tego co wiem  określa pół /pół, że to kim jesteśmy
zależy w połowie od genów w połowie od środowiska. Też uważam, że geny maja
większy wpływ na nas niż tylko w połowie.
Lecz jakie by te proporcje nie
były - w tej drugiej tkwi szansa, a nie grecka tragedia i dlatego zarówno
uzależnieni jak lekarze nie tracą nadziei i podejmują te trudne wyzwanie.

A jeśli 10% ma tylko skłonności do trwałego uzależnienia się , ale nie jest
na nie skazana i nie musi dojść do ich ujawnienia? Ty sugerujesz, że 10% są
skazani z wyroku genów bez odwołania. Lecz wymieniasz listę uzależnień,
które nie mają tego samego ciężaru gatunkowego. Gdyby moje dziecko miałoby być
dziedzicznie obciążone, to wolałbym aby było uzależnienie od pracoholizmu, a
nawet od sportów ekstremalnych, które też dają kopa niż od degradujących je
używek.

-Alkohol jako narkotyk i narkotyki jako narkotyki. Szkodliwości
ich działania i opinie w społeczeństwie. To co napisałeś o tym -O. K. lecz nie
o tym .
Interesując się problemem brakuje mi odpowiedzi na istotne pytanie.
Czy są badania statystyczne dotyczące szybkości uzależniania się od
poszczególnych specyfików.
Ile trzeba wypić kieliszków wódki aby się
uzależnić, ile razy zażyć heroinę czy inny narkotyk. Uwzględniając podział
na tych, którzy mają genetyczne skłonności do uzależnień i tych, którzy ich nie
maja. Lecz myślę, że jakieś solidne badania statystyczne
powinny być. Może
są!

- Który z młodych ludzi rozpoczynając życie i eksperymentując wie do
jakiej kategorii
należy. Każdy jest przekonany, że do tych 90%.
step  - odpowiedź Kotu   |25.08.2009 04:21:58
To nie są poglądy Piątka, to jest stanowisko naukowców, lekarzy, terapeutów,
Narodowego Stowarzyszenia Lekarzy (USA), Narodowej Rady ds Alkoholizmu i
Narkomanii (USA), Europejskiego Towarzystwa Biologii Molekularnej (UE),
Anonimowych Narkomanów (cały świat) etc., etc.

W wywodzie, do którego
przedstawiasz zastrzeżenia, logika nigdzie nie nawaliła - pod warunkiem, że
znasz różnicę pomiędzy wyleczeniem a zaleczeniem.

10% ludzi ma nieuleczalną
chorobę. Gdyby można ich było wyleczyć, to ta liczba (10%) zmniejszałaby się.
Ale nie można ich wyleczyć. Wyleczenie oznacza usunięcie choroby, chory
wyleczony staje się zdrowy. W przypadku chorób nieuleczalnych wyleczenie jest
niemożliwe, możliwe jest tylko zaleczenie.

Zaleczenie oznacza, że choroba
pozostaje, ale przestaje postępować. Chory musi przez całe życie się leczyć,
żeby nieustannie powstrzymywać chorobę. W przypadku uzależnienia, tak samo jak w
przypadku innych nieuleczalnych chorób, celem jest zaleczenie, a nie
wyleczenie.

Co do 90% nieuzależnionych, masz absolutną rację. Gdyby nie było
10% uzależnionych, to narkotyki można byłoby sprzedawać w każdym spożywczaku bez
ryzyka społecznego. Nie byłoby to w tym nic niebezpiecznego.

Problem leży w
tym, że w tej sytuacji, w której żyjemy, jednym z mechanizmów, w jaki objawia
się nieuzależnienie, stał się strach przed uzależnieniem. Osoba nieuzależniona
jest bardziej odpowiedzialna. Kiedy się ją straszy uzależnieniem, taka osoba w
sposób naturalny zaczyna myśleć: "ojej, czy ja się nie uzależniam, lepiej
zrobić sobie przerwę". I przywiązuje się do takiego sposobu myślenia. Idea
"ojej, mogę się uzależnić" idealnie wpasowuje się w naturalne
mechanizmy, jakie bronią człowieka nieuzależnionego przed uzależnieniem.


Osoba uzależniona (szczególnie w pierwszych fazach) nie ma takich myśli, a
jeśli ma, to nie wyciąga z nich wniosku praktycznego. Ona stosuje zasadę
"hulaj dusza" - aż do śmierci. Do tego skłania ją wrodzone zaburzenie
gospodarki enzymatycznej w jej mózgu.

Tu jest problem. Osoby nieuzależnione
czują się zagrożone przez uzależnienie - i to właśnie oznacza, że są
nieuzależnione. Kiedy im się mówi, żeby poluzować uzależnionym, to one czują się
jeszcze bardziej zagrożone. Bo budują swoją tożsamość nieuzależnionego na
strachu przed uzależnieniem. Myślą: "Ojej, a jeśli los uzależnionego będzie
mniej ciężki, to może ten mój strach zniknie, a wtedy sam sobie poluzuję i się
uzależnię".

Jest to bez sensu. Strach przed uzależnieniem ładnie się
wpasowuje w naturalne mechanizmy zaporowe, jakie ma nieuzależniony, ale sam w
sobie nie ma sensu. Uzależnionym raczej trzeba się urodzić. Nie można "się
uzależnić". Pytanie: "Ile trzeba wypić kieliszków wódki" jest więc
kompletnie bez sensu. Jeden pije całe życie i nie jest uzależniony, a drugi w
wieku lat 20 idzie na odwyk.

Badania statystyczne mówią, że przynajmniej w
naszym typie antropologicznym (europejski) zawsze jest 10% ludzi uzależnionych -
niezależnie od warunków zewnętrznych. To dowodzi, że mamy do czynienia z
problemem genetycznym, a nie środowiskowym. To, że u innych typów
antropologicznych ten procent może być wyższy (Australia, Północna Azja,
tubylcza Ameryka) może być kolejnym dowodem na to, że uzależnienie jest kwestią
genów (może, ale nie musi, to jest złożona kwestia). Genetycy szukają chromosomu
odpowiedzialnego za uzależnienie, czytałem, że prawdopodobnie odpowiedzialny
jest chromosom i13y.

Kwestia tego, na ile geny określają tożsamość, a na ile
środowisko - w tej kwestii się nie wypowiadam. Wiem tylko, że na terapii
dowiedziałem się, że uzależnienie określa 80% mojego charakteru, a 20% to są
cechy indywidualne. Lecząc się z innymi i przyglądając się im, przekonałem się,
że może to być prawda. Zbyt wiele rzeczy łączy mnie z innymi uzależnionymi,
żebym sobie rościł prawa do choćby 50% niezależności od genów.

W każdym
razie, niezależnie do tego, na ile geny nas określają, a na ile środowisko -
istnieją przecież rzeczy, które całkowicie zależą tylko od genów! Choćbyś nie
wiem jak zapisał się do SS, to pod wpływem środowiska nie staniesz się
naturalnym blondynem. Nawet jeśli ufarbujesz włosy, będziesz miał odrosty. Są
takie cech -y i uzależnienie może być jednym z nich. Dlatego powoływanie się na
skądinąd prawdziwy fakt, że środowisko, obok genów, też określa człowieka - tu
może nie mieć tu żadnego zastosowania.

Sprawę trzeba zbadać głębiej. Być może
legalizacja narkotyków zwiększyłaby trochę nadużywanie narkotyków wśród osób
zdrowych - ale nadużywanie to nie uzależnienie. Uzależnienie jest zawsze stałe,
przynajmniej w naszej grupie etno-antropologicznej (10%) i rozpoznaje się je po
ciężkich, trwałych i rosnących stratach w życiu chorego, wywołanych przez
używanie substancji. Dlatego ktoś, kto pali nawet 30 papierosów dziennie i nie
umiera z tego powodu, nie stracił pracy - nie jest uzależniony. On ma tylko
szkodliwy nałóg. To, że ktoś się źle czuje pod odstawieniu, jeszcze nie znaczy,
że jest uzależniony. To znaczy tylko tyle, że jego organizm się przyzwyczaił do
substancji. Dopiero obserwując jego zachowanie wobec tego przyzwyczajenia (czy
ulegnie pokusie? niezależnie od najpotworniejszych konsekwencji?) możemy
stwierdzić, czy jest uzależniony.

Piszesz tutaj, że wolisz np. seksoholizm od
narkomanii. Istotą uzależnienia jest to, że zmienia w torturę i śmierć nawet
najbardziej niewinne przyzwyczajenie. Z mojego ośrodka wyszło paru gości, którzy
nauczyli się, że nie wolno im pić i ćpać. Ale zaraz potem zrujnowali sobie
całkowicie życie przez agencje towarzyskie. Wydali wszystko, co mieli i znaleźli
się na bruku, pozabijali się. Tak to jest. Uzależniony i sauną się zabije. I
czekolada może być dla niego tak groźna, jak heroina. W Anglii są grupy wsparcia
dla uzależnionych, którzy poszli w ostre przyprawy i tym się wykańczają (nie
chcę sobie wyobrażać ich wątroby). To brzmi śmiesznie tylko dla
nieuzależnionych. Kiedy jesteś w gównie, kiedy sam sobie jesteś najgorszym
wrogiem, kiedy nie panujesz nad swoimi myślami, uczuciami i rękami - wtedy
możesz tylko błagać Boga o pomoc.

Podsumowując: penalizacja narkotyków to
dla 90% ludzi półwolność i upupienie, a dla 10% - zaostrzenie ich już i tak
potwornych męczarni.
kot   |25.08.2009 06:53:23
@set, zwróciłeś uwagę na różnicę między wyleczeniem, a zaleczeniem.
Przyjmuję, to ważne rozróżnienie, pozwalające zrozumieć, co czują uzależnieni
zaleczeni, dziękuję. Lecz dla mnie nieuzależnionego, to wątek poboczny (łatwo
mi mówić).

Można całe życie pić i nie być uzależnionym?! Jack London,
ulubiony i zapomniany, napisał swój piciorys pod tytułem ,,John Barleycorn,, .
Opisuje jak pod koniec musiał zwiększać ilość i częstość powtórzeń aby uzyskać
ten sam efekt. Z tego życiorysu wynika, że należał do 90% ale kończył jak ci z
grupy10%.
Farciarze- pijący całe życie - którzy nie należą do grupy
zagrożonych, wysuszeni Chińczycy palący całe życie opium.
Chyba coś się
przejaśnia.
Jeżeli dobrze zrozumiałem. Próbuję zrozumieć!
Chciałbym uzyskać
najprostszą odpowiedź czy ci, którzy mieszczą się w 90% nie są się w stanie
uzależnić się równie skutecznie jak ci należący do 10%? Jeżeli uzależnienie w
pewnym momencie staje się fizjologiczne ( a to chyba nie zaprzeczysz zależy od
ilości powtórzeń) to na tym poziomie zanika rozróżnienie na tych którzy mają
taką genetyczną skłonność, i tych którzy jej nie mają.
step  - Jeszcze raz odpowiedź   |25.08.2009 08:29:26
Oczywiście, że można przez całe życie pić (albo ćpać) i nie być
uzależnionym.

Jak widzę, mylisz uzależnienie z wzrostem tzw. tolerancji. Im
więcej ktoś czegoś bierze (albo pije), tym więcej potrzebuje tej samej
substancji, żeby wywołać ten sam efekt. I to nie ma żadnego związku z
uzależnieniem. Np. wzrost tolerancji na heroinę jest tylko zewnętrznym objawem
długiego brania. Dla uzależnionego jest to stres, a nieuzależniony śmieje się z
tego i idzie na frytki. Jak nieuzależniony bierze heroinę przez dwa tygodnie, to
też ma potem wzrost tolerancji, pragnienie wzięcia - ale nie byłby przez to
uzależniony (bo nie byłby wobec tego pragnienia psychologicznie i
neurochemicznie bezsilny). Najwyżej kładzie się do łóżka, albo pije sobie piwo
albo bierze aspirynę i walerianę - i nie cierpi specjalnie.

To samo zjawisko
(wzrost tolerancji) pojawi się u kogoś, kto codziennie bierze aspirynę - jego
organizm się do niej przyzwyczai i w ogóle nie będzie reagował na normalną dawkę
aspiryny. I jeśli ktoś taki się zaziębi, to będzie musiał wziąć podwójną, albo
podwójną dawkę aspiryny, żeby w ogóle był jakiś skutek.

To jest normalne
zjawisko (wzrost tolerancji, kryzys odstawienny) i dotyczy każdego organizmu,
niezależnie od tego, czy urodził się z przekleństwem uzależnienia, czy
nie.

Założenie typu: "Jeśli ktoś pije całe życie i tolerancja mu wzrasta,
albo jeśli ktoś pali opium całe życie i się wysusza - to dzieje się tak dlatego,
że on kiedyś raz się napił/zapalił i tak go zły nałóg złapał" - to jest
bezsensowne założenie i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Należy się
zapytać: dlaczego ten nałóg tego kogoś - kto pali czy pije i od tego się
wysusza, niszczy - aż tak mocno złapał.

Dlaczego jeden Chińczyk tak palił,
aż się wysuszył - a inny nie.

Dlaczego Jack London tak pił, że aż mu
tolerancja wzrosła - a jakiś tam Jack Smith na przykład nie.

To, że ktoś tak
dużo palił, że aż go wysuszyło - to nie znaczy, że to samo palenie miało taką
moc zniewalającą. Bo jeden palił, palił, aż go wysuszyło - a drugi palił, palił,
aż się znudził i przestał ( to było dosyć nagminne w grupie ludzi, z którymi
zacząłem palić heroinę: niektórzy po prostu mówili: znudziło mi się).

Nie ma
czegoś takiego jak: "po pewnej ilości powtórzeń uzależnienie stało się
fizjologiczne". Jest tak: urodziłem się uzależniony i to uzależnienie
doprowadziło do przyzwyczajenia fizjologicznego i do wielu innych przykrych
skutków.

Wracając do palarni opium: najwyraźniej w tych strasznych palarniach
przez cały czas siedzieli Chińczycy uzależnieni (i to oni się wysuszali) - a
Chińczycy nieuzależnieni przychodzili od czasu do czasu albo w ogóle, a
najbardziej ich obchodził ich handelek, nie sztuczne raje.

To, że ktoś się
wysuszył, nie znaczy, że opium go do tego doprowadziło, tylko że pozwolił swojej
chorobie doprowadzić się do tego za pomocą opium. Opium nie jest przyczyną
zniszczenia - nie jest przyczyną, skoro jednych niszczy, a innych nie.
Najwyraźniej jedni są odporni, a inni nie. Przyczyną zniszczenia jest
występujący u niektórych brak odporności.

Najwyraźniej problemem jest
uzależnienie, jakie człowiek (Chińczyk, Europejczyk, nieważne) ma w mózgu - a
nie straszny demoralizujący wpływ butelki czy palarni opium. Gdyby nie było
butelki czy palarni, to taki delikwent zniszczyłby się czymś innym.

Twoje
najważniejsze pytanie: czy ci, którzy mieszczą się w 90% mogą się uzależnić?
Moja odpowiedź: nie, nie sądzę, żeby w ogóle w jakikolwiek sposób mogli się
uzależnić. Oczywiście, jak będą ćpać czy pić przez dwa tygodnie, to ich organizm
się przyzwyczai i po odstawieniu będzie przeżywać kryzys odstawienny - ale to
nie ma żadnego związku z uzależnieniem. Potworną rzeczą jest to, że ludzie łączą
rzecz tak błahą, jak kryzys odstawienny (który trwa góra dwa tygodnie) z czymś
tak potwornym jak uzależnienie (które trwa przez całe życie i jest piekłem).
Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Łączenie tych dwóch rzeczy bierze się z
popularnej bajeczki nieuzależnionych ( "jak będziesz brał to się uzależnisz
i będziesz miał głody"), która nie ma nic wspólnego z potworną i
niesprawiedliwą rzeczywistością. Jedni rodzą się uzależnieni i nie mogą nic
brać/pić. Inni rodzą się nieuzależnieni i mogą brać/pić/jeść czekoladę etc.
rms   |25.08.2009 09:27:56
Sorry step, ale Twój wywód pachnie trochę takim dziewiętnastowiecznym
determinizmem, na bazie którego tłumaczono obecność biedoty/patologii tym, że
niektórzy ludzie "mają naturalne skłonności" i nic nie da się
zrobić.

Co w takim układzie z plagą alkoholizmu na terenach dotkniętym
strukturalnym bezrobociem? Rozumiem, że w PGRach skupiło się przypadkiem więcej
osób, co należą do tych 10%?

Mechanizm uzależnienia każdy może przećwiczyć
sam na sobie zabierając się za palenie papierosów. Każdy, kto rzucał palenie
dobrze wie, że to nie jest tak, że komuś się znudzi i przestaje palić.
step  - Odpowiedź jeszcze jedna   |25.08.2009 11:51:37
Naprawdę, odechciewa mi się w ogóle gadać

Jesteście wszyscy mądrzejsi ode
mnie, lepiej się znacie na uzależnieniu od wszystkich chorych i od wszystkich
ludzi, którzy to leczą - to co ja Wam będę gadał, jak Wy wiecie
lepiej

Mieszkam tu w centrum Łodzi i widzę ten mechanizm własne oczy -
wszyscy stąd uciekają, poza matkami, które mają małe dzieci - i poza
uzależnionymi, którym choroba utrudnia ucieczkę. To znaczy: poza alkoholikami
(uzależnionymi). Oni nie mają siły uciec - stąd większy procent uzależnionych na
terenach dotkniętych strukturalnym bezrobociem.

Jak się patrzy na takie
miejsce, to można łatwo odnieść wrażenie, że tam, gdzie jest wyższy poziom
strukturalnego bezrobocia, tam ludzie się częściej "uzależniają"

Ale
jest inaczej: tam, gdzie są większe problemy, zostaje więcej uzależnionych (i
samotnych matek), Ci, co nie mają takich uziemiających problemów, uciekają i
procent pozostałych (alkusów i matek) w ten sposób rośnie.

Ale co ja Wam będę
to wszystko tłumaczył.

Wy wiecie lepiej od mnie, na czym polega uzależnienie.
Tak samo jak katolicy: oni też wiedzą lepiej.

Dobranoc i cieszcie się swoją
wszechwiedzą.
step  - I porównywanie   |25.08.2009 11:59:19
I porównywanie uzależnienia, które jest śmiertelnym problemem, do "ojej,
palę papierosy i nie mogę przestać!" jest czymś takim, jak porównywanie raka
do wysypki.

Człowieku, jeżeli ty zwykły nałóg papierosowy porównujesz do
CHOROBY w której człowiekowi nie za 10 lat, ale już jutro albo pojutrze grozi
śmierć… To wstydź się!

To jest jeden z największych problemów mentalnych,
że ludzie zdrowi ośmielają się porównywać palenie papierosów do uzależnienia,
używają nawet tego strasznego słowa (uzależnienie), żeby opowiadać o "swoich
problemach z dymkiem". To tak, jakby porównywać kaszelek do śmiertelnej
gruźlicy. Wstyd!

Ale dzięki temu oni mogą bagatelizować uzależnienie mówiąc:
"ojej, ja też jestem uzależniony od papierosów".

To im pozwala
zamykać oczy na to, że obok ludzie śmiertelnie chorzy są skazani na dodatkowe,
potworne cierpienia!

Wstyd!!!

Człowieku, zanim następny raz porównasz
łaskotki do tortury, a kichnięcie do śmierci - zawstydź się!
rms   |25.08.2009 12:21:26
Step, a nie pomyślałeś może o tym, że frustracja związana z utartą pracy może
prowadzić do tego, że sięga się po kieliszek częściej, co w konsekwencji
prowadzi do uzależnienia i choroby alkoholowej (w sytuacji, gdy ten sam człowiek
pracujący z ustabilizowaną sytuacją nigdy by w piciu nie przesadził).

Nie
trzeba być człowiekiem wtajemniczonym w wewnętrzny krąg uzależnienia,
wystarczyło żyć w tym kraju na przełomie lat 80 i 90, żeby podać dziesiątki
takich przykładów z własnego sąsiedztwa.

Jeżeli logika gościa z Rzepy jest
pokrętna, to jak bardzo pokrętna jest Twoja?

Ja rozumiem, że pewnie niektórzy
mają jakieś wrodzone predyspozycje do ulegania nałogom, ale to nie znaczy, że te
90% reszty nie dotyczy problem uzależnienia.
step  - Człowieku, o czym Ty gadasz?   |25.08.2009 12:28:35
To, że u kogoś pojawi się tzw. picie reaktywne (picie w reakcji na
stres)…

Co to ma wspólnego z uzależnieniem?

To, że ktoś pije więcej w
stresie, to znaczy, że sobie pomaga.

Uzależnienie - to znaczy, że się
zabija!

Ciągle wyciągacie jakieś przykłady nadużywania, które nie mają nic
wspólnego z uzależnieniem
rms   |25.08.2009 12:59:08
Step, Ty naprawdę nigdy nie słyszałeś o takiej sytuacji, że ktoś w wyniku
kryzysu osobistego zaczął nadużywać alkoholu (pomagał sobie), co w konsekwencji
doprowadziło go do choroby alkoholowej (zabił siebie)?

Może rzeczywiście źle
Cię rozumiem, ale z tego, co piszesz wynika, że uzależnienie jest wynikiem
jakichś biologicznych czynników, niezależnych od jednostki. Bagatelizujesz
natomiast kwestie wszelkich czynników społecznych, które mogą sprzyjać bądź
działać hamująco na rozwój uzależnienia (przy czym oburzasz się na moje
porównanie alkoholizmu/narkomanii do nikotynizmu, sam wcześniej pisząc, że te
10% tak czy siak uzależni się od czegokolwiek).

Jak już napisałem takie
podejście kojarzy mi się z dziewiętnastowiecznym podejściem do przestępców,
kiedy udowadniano, że część ludzi (powiedzmy 10%) jest po prostu zła i
aspołeczna z natury. Zaiste, bardzo protestanckie podejście do tematu.

Ja
tylko nieśmiało chciałbym zwrócić uwagę, że jednostka może znaleźć się w takiej
sytuacji społecznej (bieda, alienacja), w której prawdopodobieństwo, że zacznie
nadużywać i się uzależni jest wyższe niż w innych warunkach.

Przykładem na
to, że alkoholizm jest (przynajmniej w jakiejś mierze) problemem społecznym (i
rozwiązanie tego problemu też jest społeczne) jest katolicki (a jakże) ruch
trzeźwości, którego działalność w dziewiętnastym wieku odnosiła relatywne
sukcesu (np. na katolickiej Warmii - co ciekawe w odróżnieniu od protestanckich
Mazur, gdzie alkoholizm pozostał problemem).
step  - Człowieku, o czym Ty gadasz?   |25.08.2009 14:14:58
Jeśli u kogoś pojawiła się choroba alkoholowa, to znaczy, że ją miał.

Warunki
zewnętrzne, które sprawiły, że się ta choroba uzależniła, interesują mnie mniej.
Zawsze są jakieś warunki, które pomagają albo przeszkadzają chorobie. Ważne
jest, żeby pomóc człowiekowi niezależnie od warunków.

Nie ma czegoś takiego
jak: "doprowadziło do choroby alkoholowej". Jeśli ta choroba ujawniła
się u kogoś, to znaczy, że już była - a sprzyjające warunki pomogły tylko jej
się ujawnić.

Nie ma czegoś takiego, że "alkoholizm jest problemem
społecznym". Alkoholizm jest problemem medycznym, który, to prawda, dotyczy
dużej części społeczeństwa - bo jest problemem genetycznym.

Zbieżność biedy i
alkoholizmu oznacza tylko tyle, że alkoholicy, jak szczury, ostatni uciekają z
tonącego okrętu. Alkoholicy najdłużej trzymają się biedy - ale to nie znaczy, że
bieda wywołuje alkoholizm. W środowiskach patologicznych jest duży procent
alkoholików - bo oni nie mają siły stamtąd uciec.

To, że uzależniony uzależni
się od wszystkiego, jest prawdą, także w wypadku nikotynizmu. Ale prawie żaden
uzależniony nie zabija się nikotyną, zwykle szukają bardziej efektywnych
środków. Uzależniony wlezie we wszystko, także w nikotynizm - ale tytoń daje za
mało satysfakcji, więc uzależniony pójdzie dalej i kiedy będzie palił pół grama
heroiny dziennie, to nie będzie się zastanawiał, czy miesiąc temu palił za dużo
papierosów.

Przestań to oceniać z punktu widzenia "palacza
papierosów" czy "smakosza piwka". Inaczej nic nie zrozumiesz.

Nie
patrz na to, czy jakieś podejście jest XIX-wieczne, czy XX-wieczne czy XXI
wieczne. Ważne jest, czy działa - czy pomaga najbardziej udręczonym ludziom
wydobyć się z gówna.

Chcesz ludziom chorym na nieuleczalną chorobę wmawiać,
że ta choroba jest ich winą i że gdyby inaczej chorowali, to może ta choroba nie
stałaby się nieuleczalna?

OK, twoja odpowiedzialność.
maciej  - Ciężki jest los felietonisty.   |25.08.2009 15:09:09
Do poczytania dla niewierzących
Trochę z antropologii:
Richard Rudgley
Alchemia kultury,
Z historii;
Odurzeni R. Davenport-Hines,
Z. Turek Fajka
mniej szkodzi str.159-232,
M. Sokołowski Gady
Mian Mina
cukiereczki
Ps.
podejście XIX-wieczne:
laudanum podawano dzieciom żeby się
uspokoiły,
tytyoń był lekarstwem na różne choroby do 1828r.- odkryto w tytoniu
alkaloid nikotynę.
I trochę filozofii:
" Dlaczego pijesz?
Aby
zapomnieć,
O czym zapomnieć?
Aby zapomnieć, że się wstydzę
Czego się
wstydzisz?
Wstydzę się, że piję."
rms  - @Step   |25.08.2009 15:40:02
Obawiam się, że Twoje podejście do tematu ma więcej wspólnego z wiarą w
przeznaczenie niż z medycyną. Wyciągając logiczne wnioski z Twojego wywodu
(uzależnienie jako choroba determinowana genetycznie) należałoby powiedzieć, że
w takim układzie poszczególne grupy etniczne (np. Romowie czy Polacy), o
podobnej puli genów, są "rasowo" skazane na pewne patologie. Tak czy
siak wracamy do dziewiętnastego wieku.

Moje odwołanie się do nikotynizmu było
reakcją choćby na to, że sam porównujesz heroinizm do uzależnienia od czekolady
czy przypraw. Próby wyjścia z nałogu nikotynowego są doświadczeniem dość
powszechnym i wiele osób wie, że nie jest łatwo uwolnić się od zwykłego
papierosa. A co dopiero od wódki czy heroiny.

Natomiast o społecznym podłożu
nikotynizmu (nic tak nie integruje grupy jak przerwa na papierosa) wiemy aż za
dobrze.

Nie zrozum mnie źle. Nie neguję, że część osób jest w sposób
wrodzony skłonna do ulegania używkom. Ale to nie znaczy, że ktoś kto nie ma tego
złego genu nie uzależnia się od wódki łojąc dzień w dzień przez pół roku po tym
jak zwolnili go z fabryki.
glekaktabeton   |25.08.2009 17:59:39
Zdaje sie, ze w tej dyskusji umknelo zgloszone przez Kota zapotrzebowanie na
fizjologiczny opis uzaleznienia alkoholowego. Kiedy to sie pojawia i czym jest?
Otoz czysto fizjologiczny (nie psychologiczny czy psychospoleczny) mechanizm
uzaleznienia alkoholowego to po prostu kac. Czlowiek pijac alkohol trawi go. W
wyniku trawienia wydziela sie kwas octowy, ktory powoduje nieprzyjemne sensacje.
Duzo i czesto pijac, mamy duzo do strawienia i poziom kwasu octowego wzrasta
znacznie. Substancja ta zostaje zamieniona na nieszkodliwa dla organizmu kiedy
wprowadzimy do reakcji kolejna dawke alkoholu. Czyli po prostu wypijemy klina.
Fizjologiczny mechanizm uzaleznienia to zapotrzebowanie na klina, nic wiecej.
Klin unieczynnia kwas octowy, ktory bez niego unieczynnialby sie duzo dluzej. Po
dwu tygodniach po uzaleznieniu czysto fizjologicznym nie ma sladu. Reszta to
psychika.
kot   |25.08.2009 20:36:43
set trzymaj się! Jesteś potrzebny!
step  - Kochani, zastanawiam się, jak to jest   |26.08.2009 02:59:49
…że w dobrej wierze i z taką pewnością siebie mówicie rzeczy nie mające
związku z rzeczywistością.

Ja rozumiem - Wy mówicie to, co Wam się wydaje
oczywiste "na zdrowy chłopski rozum". Ale na zdrowy chłopski rozum, to
ziemia jest płaska. Wystarczy przecież popatrzeć, nie?

Mówiąc o uzależnieniu,
nie ma co się odwoływać do powszechnego nikotynizmu, bo to są dwie różne rzeczy.
Jak sam napisałeś, rms, jest to nałóg (i pewnie też częściowo o podłożu
społecznym). A nałóg to jeszcze nie uzależnienie. Uzależniony to ktoś, kto -
gdyby miał tylko papierosy i żadnych innych możliwości odurzenia - to na
przykład zasmoliłby sobie płuca na śmierć w ciągu kilku miesięcy. Tak się nie
dzieje, bo uzależniony szuka coraz mocniejszych rzeczy - więc nie ogranicza się
do papierosów, tylko zabija się alkoholem i innymi narkotykami. Ale gdyby
zostawić mu tylko papierosy i odciąć go od innych doznań, to właśnie tak by się
wykończył.

Istnieje coś takiego jak picie/ćpanie reaktywne. Osoba
nieuzależniona, gdy jest w silnym stresie, może wpadać w ciągi i zachowywać się
jak uzależniona. Potem, gdy stres znika też nadużywanie. Widziałem to parę
razy.

A jeśli nadużywanie nie znika, tylko się pogłębia, to znaczy, że osoba
była uzależniona, a przejściowy stres pobudził tylko rozwój
choroby.

Uzależnienie to pewna niewydolność enzymów mózgu - niektórzy to
mają, a inni nie. Nie zawsze ujawnia się od razu, ale jak jest, to się w końcu
ujawni.

Kac nie ma nic wspólnego z uzależnieniem. Prawie wszyscy pijący mają
kaca, ale tylko część z nich jest uzależniona. Uzależniony, poza tym, że ma
kaca, ma głody - czyli bardzo silne uczucie przymusu, pragnienia przyjęcia
kolejnej dawki, połączone z obsesyjnym myśleniem na temat narkotyku/alkoholu.
Ponieważ uzależnienie jest chorobą psychosomatyczną, głody zwykle przekładają
się na cierpienia fizyczne i zaburzenia w funkcjonowaniu organizmu. Szczególnie
przykre są głody w warunkach kryzysu abstynencji (czyli tego co ludzie
niewłaściwie nazywają "głodem fizycznym".) No, ale to paskudny temat i
nie będę się nad nim rozwodził. Już dość.

W każdym razie - zdrowy chłopski
rozum i "moje własne doświadczenia z papierosami" nie wystarczają, żeby
móc się wypowiadać o uzależnieniu.
nameste   |26.08.2009 03:25:47
@step:

Uzależnienie to pewna niewydolność enzymów mózgu - niektórzy to mają, a
inni nie. Nie zawsze ujawnia się od razu, ale jak jest, to się w końcu
ujawni.


Chyba jednak mylisz uzależnienie z podatnością na uzależnienie,
hipoteza genetyczna (że wrodzone) dotyczy podatności. Uzależnienie jest
stanem nabytym, praktycznie nieusuwalnym, choć może być równoważone innymi
mechanizmami (neuro)psychicznymi, wytrenowanymi w ramach terapii. Nie
jest jednak tak, że osoba z wrodzoną podatnością jest "uzależniona
od urodzenia".
kot   |26.08.2009 04:16:05
Set podsumuj (na zdrowy chłopski rozum), 90% może jarać bo nie są w stanie się
uzależnić i w każdej chwili mogą powiedzieć: ,,znudziło mi się,,. Pozostałe 10%
zajara po to aby się potem próbować zaleczyć.
glekaktabeton   |26.08.2009 05:54:34
Wiec jak twoim zdaniem dziala fizjologiczny mechanizm uzaleznienia od alkoholu?
Jesli nie jest to kwas octowy, to co to jest? Jak to dziala na poziomie
fizjologii, ze pojawiaja sie glody o ktorych piszesz?
step  - mój ostatni komentarz   |26.08.2009 10:15:45
nameste: niczego z niczym nie mylę, po prostu opieram się na konkretej wiedzy -
a Ty na tak zwanej wiedzy potocznej. I w ten sposób pewnie nie będziemy mogli
się dogadać. Skąd wiesz, że uzależnienie jest czymś "nabytym"? Z tego co
wiem, to jeszcze tylko Anonimowi Alkoholicy zachowali w swoich tekstach ślady
takiego przeświadczenia. Anonimowi Narkomani już nie - podobnie jak światowa
medycyna i terapeutyka.

glekaktabeton: kwas octowy (czy raczej aldehyd
octowy? bo to o nim słyszałem jako produkcie przemiany alkoholu w organizmie)
nie ma tu nic do rzeczy. Najprawdopodobniej substancją odpowiedzialną jest jeden
z enzymów mózgu, oreksyna. Oreksyna pozwala na płynne przejście od stanu
przyjemności do stanu normalnego. Uzależniony nie ma takiego płynnego przejścia,
bo ma zaburzenia w wydzielaniu oreksyny. Dlatego odczuwa ustanie przyjemności
nie jako powrót do stanu normalnego, ale jako cierpienie i torturę.

kot -
można to tak podsumować, jak podsumowałeś. Tyle, że te 10% zwykle nie
"próbuje się zaleczyć" tylko żyje w piekle i wpędza się w coraz gorsze
piekło.

Kochani, nie mogę w nieskończoność wyjaśniać Wam tego i powtarzać
tych samych rzeczy. Mam jeszcze jakieś życie osobiste. Dlatego to był mój
ostatni komentarz w tej dyskusji.
nameste   |26.08.2009 10:36:39
@step:

Kochani, nie mogę w nieskończoność wyjaśniać Wam tego i powtarzać tych
samych rzeczy.


Istotnie, powtarzasz. Więc może przestań wyjaśniać (niezbyt Ci to
wychodzi, a zawołanie "bo wasza wiedza jest potoczna, a
moja naukowa" — to żaden argument ;), a wrzuć jakiegoś linka
potwierdzającego, że "światowa medycyna i terapeutyka" zrezygnowała
z przeświadczenia, że uzależnienie jest stanem nabytym.
glekaktabeton   |26.08.2009 11:33:00
Aldehyd nie kwas oczywiscie. Porypalo mi sie bo dawno pod sklepem nie bylem. Co
do tej oreksyny sprawdzam w necie i nie widze zadnego odnosnika wiazacego ja z
uzaleznieniami oprocz odnosnika do twojego tekstu sprzed chwili. To co moge
znalezc, to teksty wiazace oreksyne z regulacja mechanizmu snu i czuwania i
wiazace ja z mechanizmem odczuwania laknienia. Gdyby alkoholicy mieli zaburzenia
w wydzielaniu oreksyny, powinni wiec masowo cierpiec na bezsennosc, nadmierna
sennosc lub zaburzenia odzywiania. Niedobor oreksyny podaje sie jako jeden z
elementow mechanizmu anoreksji z tego co zdazylem odnalezc. Jesli masz jakies
konkretne zrodla, to chetnie przeczytam.
Jeszcze jesli chodzi o genetyczne
podloze uzaleznienia. wielu autorow twierdzi, ze to jest mit. Znalazlem na
przyklad taki cytat:

The best evidence for the heritability of habitual heavy
drinking are Goodwin et al’s adoption studies. However these same studies are
also the strongest evidence against a single gene theory and against the idea
that genetics is the only factor affecting habitual heavy drinking. Studies of
infant children of alcoholics who were adopted by non-alcoholic families found
that 20% of male adoptees and 5% of female adoptees became alcoholic. When we
look at the incidence of alcoholism in the general population we find that 5% of
males are alcoholics and 5% of females are alcoholics.

The problem here is
that if alcoholism were a dominant trait on a single gene then we would expect
75% of the children of two alcoholics to be alcoholics. If it were a recessive
trait on a single gene one would expect 100% of the children of alcoholics to be
alcoholics. If it were a sex linked gene there should be no female alcoholics at
all. The data do not agree with these predictions at all.

Researchers in
genetics have identified 40 some genes which may have some connection with heavy
drinking or addiction. But there is no simple predictable genetic combo which
says that a person will be an alcoholic.

w tym
zrodelku:
http://www.hamsnetwork.org/myths/
step  - wklejam   |26.08.2009 11:47:02
na przykład

stanowisko NIDA (National Institute on Drug Abuse):

Evidence
from adoption and twin studies and from animal models suggests that
vulnerability to addiction has a moderate to high heritable component. The gene
variants underlying increased vulnerability to addiction are unknown, but new
advances in science and technology will facilitate the identification and
characterization of these gene variants. Like many other psychiatric illnesses,
drug abuse and dependence comprise a complex set of genetic disorders lacking a
simple pattern of Mendelian inheritance. Multiple genes with relatively small
effects are likely to influence vulnerability to addiction, gene x environment x
development interactions appear to play significant roles in mediating outcomes,
and there may be no simple correspondence between current phenotypes and the
genotype(s). Therefore, a broad range of scientific approaches will be needed to
elucidate the role and identity of genetic factors in drug abuse
vulnerability.

(http://www.nida.nih.gov/about/o
rganization/Genetics/Geneticshome.html)

Tu masz dyskusję na ten
temat:

http://www.stevepavlina.com/forums/emoti
onal-mastery/34369-drug-addiction-genetic-disease-
has-nothing-do-willpower.html

a tu proszę, swoista ciekawostka: link do
"technicznej" książki o rozpoznawaniu uzależnionych (!) - od razu na
stronę, na której temat jest poruszany

http://books.google.pl/books?id=AMAne
A1xKs8C&pg=PA242&lpg=PA242&dq=%22addiction+is+a+ge
netic%22&source=bl&ots=3tVf5erLuT&sig=3aTgLEN5pZ_u
vNjQB_ocS70pItc&hl=pl&ei=FGSVSsWGNcKG_AbPnJmrAg&sa
=X&oi=book_result&ct=result&resnum=4#v=onepage&q=%
22addiction%20is%20a%20genetic%22&f=false

Jest tego od cholery, ale muszę się
oderwać od tej dyskusji, muszę mieć jakieś prywatne życie
step  - oreksyna   |26.08.2009 11:53:07
Co do oreksyny, tu masz pierwszego z brzegu linka - co prawda, oni nie
wyjaśniają tego aż tak dokładnie, bo piszą, jakby to nadmiar oreksyny powodował
uzależnienie, podczas chodzi o mechanizm "najpierw nadmiar, potem
niedobór" (przynajmniej tak było w tekstach, które czytałem). Ale artykuł
jest ciekawy, mówi o możliwości farmakologicznego leczenia
uzależnień

http://news.softpedia.com/news/A-Dru
g-That-Cut-off-Alcoholism-and-Relapse-43516.shtml


I teraz już naprawdę
kończę. Pozdrawiam!
generator_odpowiedzi  - Co do papierosów   |26.08.2009 11:58:58
Jeśli można - jedna uwaga.

Mamy kilka typów nałogu nikotynowego, czy jak kto
woli "uzależnienia". Mamy tych popalających (jak "piwkujących"),
mamy heavy userów. I to dwie zupełnie różne grupy.

Używający stale nikotyny
robią to z powodów psychicznych, fizycznych lub tych i tych. W tym drugim
przypadku występuje dość wąska grupa palaczy, którzy (nad)używają nikotyny z
powodu zaburzenia w delikatnym mechanizmie neurotransmiterów, a dokładniej mają
genetycznie zmniejszony wychwyt acetylocholiny i częściowo też dopaminy.
Nikotyna (najprościej tłumacząc) podstawia acetylocholinę i wchodzi w ten cykl.
To m. in. dlatego "skutkiem ubocznym" palenia nawet u zdrowych osób jest
wzmożona koncentracja i statystycznie mniejsze ryzyko zapadnięcia na chorobę
Parkinsona.

Ale wróćmy do palaczy z uszkodzonym wychwytem. Opierają się oni
większości terapii antynikotynowych, trudno im rzucić "siłą woli". Po
odstawieniu czują się źle, wracają do nałogu. Wobec nich można zaryzykować
ostrożne stwierdzenie na podstawie paraleli z uszkodzeniem szlaku oreksynowego u
chorych na narkomanię czy alkoholizm, że są naprawdę uzależnieni. Ale tylko
wobec nich.

W cywilizowanym świecie palących się leczy, nie karze. Dla tych,
których w poprzednim akapicie nazwaliśmy uzależnionymi wymyślono np.
"Zyban". Natomiast jeśli ktoś palił i rzucił, i nie wrócił lub spożywa
dwa piwka dziennie i nic mu nie jest, to nie powinien się z sytuacją
uzależnionych w żadnym sensie porównywać. To tak, jakby z doświadczeniem skoku
przez kozła pisać o skokach na zbyt długim bungee.
generator_odpowiedzi  - Co do papierosów   |26.08.2009 11:59:22
Jeśli można - jedna uwaga.

Mamy kilka typów nałogu nikotynowego, czy jak kto
woli "uzależnienia". Mamy tych popalających (jak "piwkujących"),
mamy heavy userów. I to dwie zupełnie różne grupy.

Używający stale nikotyny
robią to z powodów psychicznych, fizycznych lub tych i tych. W tym drugim
przypadku występuje dość wąska grupa palaczy, którzy (nad)używają nikotyny z
powodu zaburzenia w delikatnym mechanizmie neurotransmiterów, a dokładniej mają
genetycznie zmniejszony wychwyt acetylocholiny i częściowo też dopaminy.
Nikotyna (najprościej tłumacząc) podstawia acetylocholinę i wchodzi w ten cykl.
To m. in. dlatego "skutkiem ubocznym" palenia nawet u zdrowych osób jest
wzmożona koncentracja i statystycznie mniejsze ryzyko zapadnięcia na chorobę
Parkinsona.

Ale wróćmy do palaczy z uszkodzonym wychwytem. Opierają się oni
większości terapii antynikotynowych, trudno im rzucić "siłą woli". Po
odstawieniu czują się źle, wracają do nałogu. Wobec nich można zaryzykować
ostrożne stwierdzenie na podstawie paraleli z uszkodzeniem szlaku oreksynowego u
chorych na narkomanię czy alkoholizm, że są naprawdę uzależnieni. Ale tylko
wobec nich.

W cywilizowanym świecie palących się leczy, nie karze. Dla tych,
których w poprzednim akapicie nazwaliśmy uzależnionymi wymyślono np.
"Zyban". Natomiast jeśli ktoś palił i rzucił, i nie wrócił lub spożywa
dwa piwka dziennie i nic mu nie jest, to nie powinien się z sytuacją
uzależnionych w żadnym sensie porównywać. To tak, jakby z doświadczeniem skoku
przez kozła pisać o skokach na zbyt długim bungee.
nameste   |27.08.2009 01:37:12
@step:

Sorry, w Twoim pierwszym cytacie masz explicite (i powtarzane
konsekwentnie) vulnerability to addiction, a nie samo "addiction", a więc dokładnie to, co w wielkim skrócie
pisałem wyżej. "Naukowość" linkowanej dyskusji jest
mniej więcej taka, jak niniejszej tutaj ;) (czyli żadna), a
podlinkowana książka odmawia wyświetlenia się.

Zrozum mnie
dobrze: zasadniczo zgadzam się z Tobą. Nie mam najmniejszej ochoty, by
kwestionować teorię, że podatność na uzależnienie jest
warunkowana genetycznie. Ani też, żeby kwestionować tezę,
że chory-uzależniony z mocno wykształconym
torem neuropsychicznym/emocjonalnym będzie realizować ten mechanizm w
dowolnym "medium" (alkoholik/narkoman pójdzie w seksoholizm
albo hazard itd.); przecież spory procent zaleczonych uzależnionych to
uzależnieni od mityngów AA/AN itd.

Ale też — bez przesady. Z samego
faktu, że uzależnienie ma różne stadia, wynika, że jest to stan
nabywany. Kluczowe pytanie jest takie: czy każda osoba genetycznie podatna na uzależnienie wpada w uzależnienie. IMO, nie
musi; jest szereg czynników (triggers), przeważnie o charakterze dysfunkcji emocjonalnych, które sprzyjają
powstaniu "twardego" uzależnienia. Do tego dochodzi czynnik
środowiskowy. Dlatego współczesne teorie uzależnień mają charakter
biopsychospołeczny. Żeby sfalsyfikować tę tezę, wystarczyłoby [w
stopniu pewniejszym, niż dziś potrafi nauka] ustalić te cechy
genotypu, które odpowiadają za podatność na uzależnienie, a następnie
przeprowadzić badania populacji: jeśli się okaże, że posiadanie
odp. genotypu jest warunkiem wystarczającym na pojawienie się uzależnienia (tj. objawów fizjologicznych i
behawioralnych), to nie mam racji. Na razie teoria genetycznej podatności
mówi tyle, że posiadanie odp. genotypu jest warunkiem koniecznym, choć (jako niespecjalista) nie wiem, na ile ta teza jest "mocna"
(czyli jaki rząd wielkości wyjątków dopuszcza). Jeśli słyszałeś
o takich badaniach, daj znać.

Sądzę więc, że Twoje nieodróżnianie
"vulnerability to addiction" od "addiction"
jest przekłamaniem, prowadzącym do swego rodzaju fatalizmu. W pewnym
sensie to wygodna (dla uzależnionego) postawa. Każdy nawrót
można wytłumaczyć genotypem ;)
kot   |27.08.2009 02:34:45
-nameste, w końcu zrozumiałeś, jeżeli ktoś taki jak step o sprawdzonej logice
potrafi pewnych rzeczy nie widzieć, to znaczy, że potrzebuje pomocy, a nie
dyskusji.
Przykład pokazujący- jak tam gdzie wchodzą w grę interesy -tam
logika ma służyć im, a nie jej się podporządkowywać.
-Zainteresowałeś się
genetycznie naznaczonymi, ale to co step powiedział o pozostałej większości to
już wypowiedź niebezpieczna, gdyby ją potraktować jako- mającą jakiekolwiek
uzasadnienie.
-step należy do tych wybrańców, którzy nawet wtedy gdy się mylą
wynagradzają to odkrywaniem nowych perspektyw.
- Wydaje mi się, że chciał
przekazać coś, co nie zostało, chyba, jeszcze zidentyfikowane:
że rodzą się
ludzie uzależnieni od przyjemności i żeby egzystować muszą osiągać pewien
stopień jej intensywności. Nie trudno zauważyć, że staja się łatwym łupem
uzależnień.
Pewnie to co napisałem wydaje się śmieszne, bo każdy lubi
przyjemności, ale nie każdy ma jednakową tolerancje na stan, w którym jest jej
pozbawiony.
nameste   |27.08.2009 03:49:23
@kot:

Jestem jak najdalszy od tego, by psychoanalizować stepa. Tomasz Piątek w nocie na samej górze sflekował p. Wiścickiego (i podobnie
myślących), i zasadniczo — sflekował słusznie. A nasza dyskusja pod
notą popadała w pewną, hm, polemiczno-retoryczną przesadę, ale stąd
do twierdzenia, że ktoś "zamiast dyskusji wymaga pomocy"
(twierdzenia skrajnie protekcjonalnego), jest dość daleko.

Co
do przyjemności/uzależnienia od przyjemności, polecam krótką
pouczającą lekturkę z Wiki polskiej, sekcja "Neurobiologia uzależnienia psychicznego od środków
depresyjnych oraz psychostymulujących", natomiast co
do funkcjonujących wyjaśnień mechanizmu uzależnienia — z Wiki angielskiej, sekcja "Diverse explanations".
kot   |27.08.2009 04:53:25
-nameste, wybacz jeżeli Cię uraziłem zwrotem , że nareszcie zrozumiałeś.
Natomiast jak najdalszy byłem od protekcjonalnego albo dwuznacznego tonu wobec
seta.
Cynię go, jest dla mnie ważny dlatego oczywistym jest,ze nie miałem
takich intencji jakie mi przypisałeś.Ale trzeba pamiętać,że set mówi od wewnątrz
rzeczywistości mnie przynajmniej nie znane. Jest to zarówno poznawczo dobre jak
i ograniczające. Filozofowie od dawna poddają w wątpliwość czy my będąc
wewnątrz możemy wypowiadać się o świecie nas otaczającym nie narażając się na
stąd wynikające zniekształcenia naszych sądów.
kot   |27.08.2009 10:22:06
-nameste odlinkował mnie abym się nieco podkształcił. Przeczytałem ale nie widzę
nawiązania do tego o czym mówił set i z tym co napisałem.
kot   |14.09.2009 04:05:56
Piątek wróć!
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 24.08.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.16135 Seconds